tvnpix
śledź nas na:
  • Google Plus
  • Instagram
  • RSS

Historia pięciu łapówek

Historia pięciu łapówek
Foto: Bartosz Andrejuk "Przejście graniczne" mołdawsko-naddniestrzańskie

- Masz pieniądze na łapówki? To pytanie słyszałem przed wyjazdem na Wschód kilka razy. Nie wierzyłem, że będę zmuszony do dawania ich tam tak często.

Łapówka numer 1

Centrum Tyraspolu, stolicy Naddniestrza (fot. Bartosz Andrejuk)
Granicy mołdawsko-naddniestrzańskiej na mapie nie ma. Republika Naddniestrzańska to kraj, który oficjalnie nie istnieje. Ale ma prezydenta, ruble naddniestrzańskie i stolicę – Tyraspol. To tam rozlewany jest jeden z najlepszych koniaków na świecie. Niestety, aby go spróbować, trzeba na granicy zapłacić łapówkę.

Mołdawski policjant, niczym doświadczony barman, wie, kto musi to zrobić, a kto nie. Wystarczy, że spojrzy na rejestrację samochodu.

- Polska? Brakuje wam pieczątki – rzuca i nie pozwala jechać dalej. Ten sam problem mają Słoweńcy, którzy parkują obok nas. Sprawa nie wygląda jednak źle. - Ja zakryję oczy, a wy dacie 40 dolarów w paszportach. Po 10 na głowę – mówi wprost.

Milicja w stolicy republiki (fot. Bartosz Andrejuk)
W przeciwieństwie do Słoweńców idziemy w zaparte: – Nie zapłacimy, bo nie musimy. Mamy wszystkie pieczątki. I co teraz? - pytamy.

- Poczekacie na generała z Kiszyniowa. Będzie tu za godzinę – odpowiada i znika w swojej budce. My zostajemy na słońcu. - Co teraz? - pyta jeden z moich towarzyszy.

- On dzwoni do swojego generała, to i my dzwonimy do naszego – odpowiadam i szelmowsko się uśmiecham.

„Generałem tu to jestem ja”

Przed wyjazdem dostałem numer telefonu do generała Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (w skrócie OBWE) pracującego w Kiszyniowie. Wysoko postawiony człowiek. Dajmy na to, że nazywa się Stefan. – Jeżeli będziesz

Dom sowietów w Tyraspolu (fot. Bartosz Andrejuk)
miał problemy na granicy, dzwoń do Stefana. On załatwi wszystko szybciej niż ambasada – powiedział mi jeszcze w Polsce przyjaciel.

Tak też robię. Wybieram numer i po kilku sekundach rozmawiam z „moim” generałem. Spokojny głos w słuchawce każe mi mówić, na czym polega problem. Opowiadam całą historię. – A teraz mamy czekać na generała z Kiszyniowa – kończę. – Spokojnie, spokojnie. Generałem to ja tu jestem. Dawaj go do telefonu – ze stoickim spokojem mówi Stefan.

W tym momencie dębieję. Policjant chyba też, ponieważ nawet nie dotyka telefonu. Nagle oddaje nam paszporty i każe jechać. Kontrola graniczna cały czas jednak jest przed nami. – Do usłyszenia za 15 minut - mówię do generała.

Wrota do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii (fot. Bartosz Andrejuk)
Łapówka numer 2

Nie mija 5 minut, kiedy znów okazuje się, że „brakuje” nam pieczątki. Tym razem tej, której nie dał nam celnik mołdawski. Mołdawia (ani żaden inny kraj na świecie) nie uznaje Republiki Naddniestrzańskiej, dlatego oficjalnie nie kontroluje granicy. Ruch nadzorują posterunki policyjne. Straży granicznej tu nie ma, więc nikt pieczątek do paszportów nie wbija. To jednak nie ma znaczenia, ponieważ dla celnika z Naddniestrza pieczątka mołdawska w paszporcie musi być. Pieczątka - albo 10 dolarów.

- Zapłaćcie. Chyba zależy wam na tym, by jak najszybciej wjechać do Naddniestrza? - radzi „nasz” generał. Drugi raz nie chce pomóc. Uznaje, że lepiej płacić, niż wszczynać awanturę. Po długich pertraktacjach z celnikiem naddniestrzańskim dajemy po 5 dolarów od głowy – razem 20.

- Daj 100 dolarów

- Nie mam. Nie dam

- Daj 100 hrywien

- Nie mam. Nie dam

- A skolko dasz?

- Nie mam. Nie dam

R

– Nie mamy więcej. To wszystko, co pożyczyliśmy od Słoweńców, których przed chwilą poznaliśmy – kłamiemy. Celnik bierze pieniądze. - Tylko nie mówcie Słoweńcom, ile daliście. Oni zapłacili mi 40 euro – kończy pogranicznik i każe znikać.

Łapówka numer 3

Celnik w wielkiej czapce z sierpem i młotem stuka naszymi paszportami o blat biurka. - Łapówka albo nie wyjedziecie – mówi wprost. Płaci się nie tylko za wjechanie do Naddniestrza, lecz także za wyjechanie. Musimy zrobić to do 22:00. Tego wymaga tranzyt. Każdą noc spędzoną w kraju nad Dniestrem trzeba zgłosić na milicji. Tego chcemy uniknąć. Dlatego na granicy naddniestrzańsko-ukraińskiej jesteśmy o 21:30. Sprawę stawiamy jasno: Nie zapłacimy i nie pojedziemy do innego przejścia granicznego.

Słowo przeciw słowu. „Musicie” kontra „nie mamy pieniędzy”. Kłamstwo przeciw kłamstwu. Licytacja trwa, choć przecież „cennik” się nie zmienił. Stoimy we czterech naprzeciw mężczyzny i Lenina spoglądającego na nas ze

"Rosja gwarantem spokoju i stabilności", napis na murze, Naddniestrze (fot. Bartosz Andrejuk)
zdjęcia na ścianie. Zastanawiam się, kiedy mundurowy się wkurzy i wyrzuci nas ze swojej budy. Nagle na jego biurku dzwoni telefon. Celnik odbiera i rozmawia przez dłuższą chwilę. Gdy kończy, rzuca nam tylko pogardliwe spojrzenie i jedno zdanie: – Poszli w Ukrainę.

Bierzemy paszporty i szybko wychodzimy. Bez płacenia łapówki przekraczamy granicę naddniestrzańsko-ukraińską.

Łapówka numer 4

- Ty agent. Ty szpieg – mówi do mnie milicjant na dworcu kolejowym w Odessie. Jest środek dnia, co chwilę przyjeżdżają tu pociągi pełne turystów jadących na Krym. Nauczony doświadczeniem, grzecznie daję paszport i o nic nie pytam.

Uliczny handel w Odessie (fot. Bartosz Andrejuk)
Tłumaczę, że nie jestem ani agentem, ani szpiegiem, tylko turystą. Mundurowy nie słucha i bez słowa szybkim krokiem odchodzi z moim paszportem.

Zaczynam się denerwować. Moi towarzysze podróży nie zauważyli, że zniknąłem. Milicjant prowadzi mnie na komisariat – Daj 100 dolarów- mówi bez mrugnięcia okiem. – Nie mam. Nie dam – powtarzam jak mantrę.
- Daj 100 hrywien – próbuje dalej.
- Nie mam. Nie dam – mam tylko jedną odpowiedź.

Zirytowany milicjant zatrzymuje się.
– A skolko dasz? - pyta.

A korupcja u was jest?

R1

- Nie mam. Nie dam – powtarzam.

Rzuca mi paszport i odchodzi szukać innych turystów. Na peronie dworca głównego w Odessie jest ich przecież mnóstwo.

Łapówka numer 5

Za jazdę autostopem w Mołdawii trzeba płacić. Ten sposób podróżowania jest jednak tańszy i wygodniejszy niż jazda przeładowanymi minibusami nazywanymi tu marszrutkami. Tak z kolegą chcemy dojechać do Kiszyniowa z Komratu w Gagauzji. Po kilku minutach stania przy drodze zatrzymuje się bordowe BMW z ciemnymi szybami. Osiłek w skórzanej kurtce bez słowa otwiera bagażnik, gdzie wrzucamy swoje plecaki. W aucie gra mołdawskie radio. Nie odzywamy się do towarzyszy podróży. Kierowca kłóci się z matką. Wyraźnie mają jakiś problem. Okazuje się, że niejedyny tego dnia.

Naddniestrze to separatystyczny region Republiki Mołdawii (fot. Bartosz Andrejuk)
Zatrzymuje nas drogówka w bardzo eleganckim radiowozie. Policjant mówi jasno do kierowcy: – Mandat 400 lei. Mogę nie wypisywać za 100.

Wybór jest oczywisty. Gdy odjeżdżamy, kierowca samochodu pierwszy raz się do mnie odzywa: - A korupcja u was jest? - pyta po rosyjsku.

Bartosz Andrejuk, reporter portalu tvnwarszawa.pl//mat

Prowadzi bloga o tematyce podróżniczej

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • Skopiowano do schowka

Dowiedz się więcej...

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Pozostałe informacje