Magazyn TVN24

Tomasz Wiśniowski

Zwycięstwo albo wpie**ol. Trumny, policzkowanie, gra w ciągłym strachu

Zobacz

Podziel się

Przyglądali się dokładnie, bo nigdy czegoś takiego na boisku nie widzieli. Mieli przed sobą kilkanaście trumien z krzyżami, na których były inicjały każdego z nich. To niespodzianka od kibiców dla zawodników Zawiszy. W Polsce bicie i zastraszanie piłkarzy to nic nowego. Jedni musieli wkładać na siebie upokarzające koszulki, inni uciekali przed osiłkami. Ostatnio dostało się zawodnikom Legii. – To nie kibice, to kibole, a nawet zwierzęta – opisuje były prezes jednego z polskich klubów.

Przyglądali się dokładnie, bo nigdy czegoś takiego na boisku nie widzieli. Mieli przed sobą kilkanaście trumien z krzyżami, na których były inicjały każdego z nich. To niespodzianka od kibiców dla zawodników Zawiszy. W Polsce bicie i zastraszanie piłkarzy to nic nowego. Jedni musieli wkładać na siebie upokarzające koszulki, inni uciekali przed osiłkami. Ostatnio dostało się zawodnikom Legii. – To nie kibice, to kibole, a nawet zwierzęta – opisuje były prezes jednego z polskich klubów.

Jak to było z legionistami, wiadomo tylko nieoficjalnie. Piłkarze nie chcą o tym głośno mówić, bo po prostu się boją. Pewnie czują wstyd, a może nie chcą powtórki z mało przyjemnego spotkania.

Wersje różnią się szczegółami. Prawdę znają tylko zawodnicy i kilkudziesięciu rosłych panów, którzy czekali na nich z niedzieli na poniedziałek na terenie klubu. Ponoć pod pozorem pozostawienia w magazynie stadionowej oprawy. Drużyna właśnie wróciła klubowym autokarem z Poznania. Nastroje były podłe. Wiadomo, dotkliwa porażka w świętej wojnie z Lechem. Nikogo nie trzeba przekonywać, jaka to ujma. Zwłaszcza jeśli jest się mistrzem Polski i jeśli lało się lechitów w pięciu poprzednich spotkaniach.

Miało boleć również po wyjściu z autokaru. To jedna z wersji, zasłyszana od osoby blisko związanej z warszawskim klubem: - Piłkarze liczyli, że padnie kilka żołnierskich słów, obiecają poprawę i sprawa rozejdzie się po kościach. Ale gdy wychodzili, napotkali na szpaler, poleciały "plaskacze". Oszczędzono tylko bramkarza Arkadiusza Malarza, krzywdy nie zrobiono również najmłodszemu Sebastianowi Szymańskiemu i związanemu z Legią od 2010 roku Michałowi Kucharczykowi.

Klub długo milczał, wypowiedział się dopiero kilkanaście godzin później. Wspomniano o "ostrej wymianie zdań i szarpaninie". Wszystko nawet dokładnie policzono: pogaduchy z użyciem rąk trwały osiem minut. Czas podano w oświadczeniu na oficjalnej stronie klubu.

Brama numer 4, za którą zatrzymuje się autokar Legii
Brama numer 4, za którą zatrzymuje się autokar Legii / Wideo: tvn24

Manuela za Mięciela

Środowisko jest wzburzone, ale nie zdziwione. - Nawet w czasach, kiedy miałem sporo nieporozumień z kolegami z zespołu, byłem pewien, że gdyby jakiś bandyta skoczył do mnie z rękami, to koledzy by mu te ręce urwali przy samej dupie - przekonuje dziś Maciej Szczęsny, były bramkarz Legii, ojciec Wojtka, reprezentanta kraju.

Szczęsny: nie umiałbym pokornie tego przyjąć
Szczęsny: nie umiałbym pokornie tego przyjąć / Wideo: TVN 24

- Wtedy były inne czasy. Piłkarze mieli większy szacunek, a i my mieliśmy inne charaktery – potwierdza Marek Jóźwiak. Razem ze Szczęsnym grali z Legią w Lidze Mistrzów w połowie lat 90.

- To chore i nienormalne, ale dotyczy wszystkich klubów w Polsce, nie tylko Legii. A gdy zdobędzie mistrzostwo, to za pół roku wszyscy, ramię w ramię, pójdziemy na fetę? To nie powinno się zdarzyć. Chcemy mieć klub w Lidze Mistrzów, ale nigdy nie sprowadzimy klasowych zawodników, bo kto będzie chciał tutaj grać, jeśli wyrabia się takie rzeczy? – dopytuje Marcin Mięciel, były reprezentant kraju i były napastnik warszawskiego klubu.

On też miał na pieńku z kibicami. Gdy mu nie szło, a strzelanie goli przychodziło z trudem, z trybun niosło się "Manuela za Mięciela". To były czasy pierwszej edycji Big Brothera, wszyscy pamiętają Manuelę, uczestniczkę programu. Sympatyczną, roześmianą i z wyraźną nadwagą. W opinii części kibiców poradziłaby sobie na boisku nie gorzej od wyszydzanego piłkarza.

- Kilka razy mieliśmy spotkania z kibicami. Na stadionie i poza nim. Musieliśmy się tłumaczyć. Grożenie nam nie pomagało i nie sądzę, żeby teraz pomogło piłkarzom Legii. Będą się chowali, będą podawali do najbliższego kolegi tylko po to, żeby nie popełnić błędu, bo kibice ich obserwują. Będą się czuli osaczeni, nie zaryzykują, bo każda strata to gwizdy i kto wie, jaka jeszcze reakcja kibiców – przewiduje Mięciel.

Tomasz Sokołowski i Marcin Mięciel (od prawej) w czasach gry w Legii. Nie zawsze było tak kolorowo / Źródło: JACEK KOZIOŁ/Newspix.pl

Ganiali i omsknęła się ręka

Męskie rozmowy, najczęściej po treningu albo po meczu, w polskich realiach to nic nowego. Kibice dość regularnie składają niezapowiedziane wizyty piłkarzom. Tak jest teraz, tak też było choćby w latach 90. Kiedyś, też po przegranej z Lechem w Poznaniu (również 0:3), z gniewem sympatyków Legii zderzył się jej zawodnik Tomasz Sokołowski. Nasłuchał się, że jest "sprzedawczykiem" i że mecz odpuszczono za pieniądze.

– Przed budynkiem czekało chyba z dwieście osób. To było dzień po meczu. Przyszli, myśleli, że będzie reszta piłkarzy, chcieli się spotkać. Tłumaczyłem kolegów, którzy grali w Poznaniu. Nic do nich nie docierało. Padły słowa i w którymś momencie musiałem uciekać. Biegłem korytarzami jeszcze w starym budynku klubowym, próbowałem się gdzieś schować. Któremuś gdzieś tam się ręka omsknęła i dostałem. Jakoś strasznie nie ucierpiałem, ale poczułem to, co wiele lat później Kuba Rzeźniczak – opowiada.

Sokołowski z Lechem w 1998 roku nie grał. Był kontuzjowany, a przyszedł do klubu na trening dla zawodników, którzy z różnych przyczyn nie pojechali do Poznania.

"Niech szanuje mordę"

Wspomniany Rzeźniczak siłę ręki kibica poznał w 2011 roku. Cała Polska myślała o zbliżającym się Euro, a tu taki zgrzyt. Znów Legia, znów Warszawa. Piłkarz wdał się w pyskówkę z Piotrem Staruchowiczem. "Staruch" to nieformalny przywódcą kibiców Legii. Poszło o właśnie poniesioną, wstydliwą porażkę z Ruchem Chorzów. Rzeźniczak w tunelu do szatni został spoliczkowany. "Niech szanuje mordę, kur*a, gnój je**ny" – odburknął "Staruch" do przybyłych na miejsce ochroniarzy, próbujących rozdzielić strony. Spięcie zarejestrowały kamery.

Oburzony był minister sportu Adam Giersz. "Bezprecedensowa agresja kibica w stosunku do piłkarza świadczy o rażącym bezkarności sprawcy" – ogłosił i zwrócił się do prokuratora generalnego, aby ten z urzędu zajął się sprawą.

Rzeźniczak i "Staruch" kilka dni później mieli się spotkać, ponoć były przeprosiny. Dochodzenie i tak wszczęto, choć naruszenie nietykalności cielesnej jest ścigane z oskarżenia prywatnego. Na takie piłkarz się nie zdecydował. Podczas pierwszego przesłuchania potwierdził, że został uderzony, ale na kolejnym mówił już o kłótni, a wszystko tłumaczył emocjami. Trzy lata później kibica i tak skazano - na sześć miesięcy prac społecznych.

Klub sprawę zbagatelizował. Nie zakazał Staruchowiczowi wstępu na stadion, nikt z Legii nie potępił też napaści. - Dla dobra klubu zdecydowałem się milczeć – przyznał po latach wymieniony wcześniej Marek Jóźwiak, ówczesny dyrektor Legii.

"Staruch" do dzisiaj prowadzi doping na Żylecie, trybunie z najzagorzalszymi sympatykami Legii. "Przegląd Sportowy" napisał, że był wśród grupy "rozmawiającej" z piłkarzami po ostatnim blamażu z Lechem.

"Jesteście moralnymi trupami"

Mało przyjemna niespodzianka czekała na zawodników Zawiszy, gdy w pewien styczniowy poranek zjawili się na swoim stadionie. Wystraszeni, nie dowierzali, gdy przyglądali się boisku. Przed sobą mieli piętnaście drewnianych pudeł. Nikt nie miał wątpliwości: imitowały trumny, każde z krzyżem i inicjałami piłkarzy i prezesa klubu. W dodatku na jednej z trybun powiewał transparent z wyzwiskami i zwrotem: "Jesteście moralnymi trupami".

Radosław Osuch wychylił się, gdy odmówił wejścia na stadion w Bydgoszczy kibicom ŁKS, którzy przyjechali na mecz Zawiszy z Widzewem. Wiadomo, jak ze sobą żyją sympatycy obu łódzkich klubów. Mała iskra i rozróba byłaby gotowa.

Wojna, jaką stadionowym chuliganom wypowiedział właściciel Zawiszy, osiągnęła właśnie apogeum. Osuch uznał, że koniec pobłażania i wziął się za czyszczenie stadionu z bandytyzmu. W odpowiedzi miał dopingowy bojkot, groźby i bluzgi. Prezesa z czasem poparli piłkarze. Podpisali się pod listem, w którym zaapelowali o spokój na trybunach i przeprosiny dla szefa. Pewnie stąd te trumny.

W końcu biznesmen spakował swoje manatki i odszedł z piłkarskiego biznesu, jego zdaniem nieopłacalnego. Od trzech lat na stałe żyje w Maladze. Zawisza też zniknął z futbolowej mapy, od zdobycia Pucharu Polski minęły raptem trzy lata.

 

Niespodzianka, która czekała na piłkarzy i prezesa Zawiszy (styczeń 2015) / Źródło: Tymon Markowski / Agencja Gazeta

Z nami albo przeciw nam

Zasada w takim światku jest prosta: drogi właścicielu, nie jesteś z nami, to jesteś przeciwko nam. - Kiedyś mieliśmy w Polsce mafię, dziś jej miejsce zajęli kibole, którzy przejęli dyskoteki i burdele. Działają na zasadzie totalnego terroru. Są tak samo groźni, ale jeszcze liczniejsi. Wtedy zajeżdżali trzema samochodami, dziś zrobią to trzema autobusami. Prezesi boją się wychylić, bo łysole przyjadą po nich i wywloką zza biur – opisuje jeden z piłkarskich działaczy, który chce pozostać anonimowy.

- Jesteś dobry, gdy zgadzasz się na to, co chcą. Potem, gdy im odmówisz, to nie pamiętają, że trzydzieści razy na coś przystałeś, tylko jesteś najgorszy. Nie zgadzają się ze sprzeciwem – tłumaczy mechanizm współpracy.

Kozacy z siłowni

Gdy Górnik Zabrze bronił się przed spadkiem w sezonie 2008/2009, liczne grono dobrze zbudowanych łysych jegomości zawitało na trening pierwszego zespołu. Wyścig o uniknięcie degradacji dobiegał końca, a Górnik przegrywał mecz za meczem, stąd specjalna delegacja na boisku. Tak, żeby zdopingować piłkarzy do lepszej gry. Panowie nie przynieśli ze sobą kijów bejsbolowych, a kilkanaście koszulek z upokarzającym napisem: "Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zapierd***ć".

Kibice Górnika w koszulkach, które znajdą się na ciele piłkarzy / Źródło: Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta

O sprzeciwie nie było mowy. – Było ich z pięćdziesięciu. Przyszli i powiedzieli, że jeśli ich nie włożymy na siebie, to będzie wpie**ol. Nie powiedzieli tego wprost, ale można to było wyczytać między wierszami. Nie były to żadne chłopczyki z podwórka, tylko kozacy z siłowni. Megakozacy, naprawdę. Masakra. Strach w oczach mieliśmy – wspomina po latach Dawid Jarka, wtedy napastnik Górnika.

Wszystkiemu bezradnie przyglądał się trener Henryk Kasperczak, nie reagował również prezes. - Tylko Adam Banaś i chyba jeszcze jeden kolega nie musieli tych koszulek zakładać. Adam był kapitanem, strzelił kilka ważnych goli – dopowiada Jarka.

Dawid Jarka opowiada o nietypowym spotkaniu z kibicami
Dawid Jarka opowiada o nietypowym spotkaniu z kibicami / Wideo: tvn24

Tak zmotywowani piłkarze nie uratowali klubu przed spadkiem, Górnik pierwszy raz od 31 lat opuścił szeregi najlepszych.

Dokładka była po ostatnim meczu. – Gonili nas po boisku. Niektórzy zdążyli uciec, niektórzy nie i dostali po "plaskaczu". Ja uciekłem – zapewnia Jarka, dziś gracz Gwarka Tarnowskie Góry.

Mniej szczęścia miał młody Michał Pazdan. Wystraszył się nie na żarty. Były łzy w oczach.

Michał Pazdan po ostatnim meczu sezonu 2008/2009. Bliskie spotkanie z kibicami / Źródło: Andrzej Grygiel/PAP/EPA

W poprzednim sezonie swoją aferę koszulkową miał Wrocław. Po kolejnej porażce Śląska, grupka najbardziej rozzłoszczonych kibiców, wyraźnie ponadprzeciętnie umięśnionych, poprosiła o zwrot strojów. Oczywiście głosem nieznoszącym sprzeciwu. Zrzucający w pośpiechu koszulki piłkarze mieli zrozumieć, że na noszenie barw Śląska trzeba zasłużyć.

Klub odmówił komentarza.

Cegły na masce samochodu

Jak niebezpieczny potrafi być wściekły kibic, pamiętają Robert Jeż, Deniss Rakkels i Michał Gliwa. Kilka sezonów temu grali w Zagłębiu Lubin. Drużynie nie szło, a kibice właśnie w tej trójce upatrzyli sobie głównych winowajców niepowodzeń. Pierwszego pobito, drugiego postraszono, a trzeciemu obrzucono cegłami samochód. – Rano idę do auta. Podchodzę, patrzę, a przednia szyba była pęknięta. Dwie cegłówki leżały na masce, która została porysowana – wspomina Gliwa.

- Od początku, od pierwszego meczu, miałem z nimi pod górkę. Nie wiem, z czego to wynikało. Oj, leciały wyzwiska. Pamiętam, jak na jedno spotkanie przyjechał mój tata. Graliśmy u siebie z Jagiellonią, prowadziliśmy 1:0, a w pewnym momencie kibice mojego klubu zaczęli krzyczeć: "Gliwa! Co? Ty ku*wo!". Akurat wybijałem piłkę. Przykre to było. Rozumiem, że mogli mnie wyzywać, gdy popełniałem błędy, ale to był mecz, w którym akurat prowadziliśmy – nie przestaje się dziwić bramkarz.

W tym sezonie gra w Sandecji Nowy Sącz, ekstraklasowym beniaminku. Samochód na razie ma cały.

Zbadali, nie kłamał

Kilka miesięcy temu Adam Danch rozstrzygnął wątpliwości z szalikowcami Górnika Zabrze za pomocą wykrywacza kłamstw.

- Były jakieś pomówienia, że obstawiam u bukmacherów wyniki meczów, w których gram. Słyszałem nawet, że moja żona miała jeździć na Słowację czy do Czech, żeby też obstawiać – tłumaczy powód poddania się badaniu wariografem.

Taki sposób rozstrzygnięcia spornej kwestii zaproponowali sami kibice. - A że nie miałem nic do ukrycia, to się zgodziłem. Wszystko odbyło się w Katowicach. To oni zaaranżowali badanie, przekazali pytania osobie, która analizowała moje reakcje. Wyszło na moje, zamknąłem usta co niektórym. Nie było to przyjemne, że po tylu latach gry dla Górnika oskarża się mnie o coś takiego. Ktoś to powtórzy, ludzie uwierzą i do człowieka taka brednia się przyczepi – wspomina Danch. Ma dziś z tego małą satysfakcję.

Odszedł z Zabrza, od tego sezonu gra dla Arki Gdynia. Kibice Górnika zdążyli jeszcze zwrócić mu honor. "Informujemy że posiadamy dowód na to, iż Adam Danch, nie brał udziału, nie podawał wyników, nie przekazywał nikomu pieniędzy ani nie sprzedał meczu, w celu osiągnięcia korzyści w zakładach bukmacherskich. Tyle i aż tyle! Adam Danch, dziękujemy za grę w barwach w Górniku!" - oświadczyli.

Gdzie ochrona i policja?

- Rozmawiałem z wieloma bogatymi ludźmi w Polsce. Oni wszyscy, poza Januszem Filipiakiem z Cracovii, wycofali się piłki. Czemu? Bo nie chcą mieć nic wspólnego z kibolami. Kto chce użerać się z nimi za własne pieniądze? Takie wydarzenia będą sprawiały, że nikt nie będzie chciał inwestować w naszą piłkę – nie ma złudzeń Radosław Osuch.

Dariusz Mioduski pewnie główkuje, jak zmierzyć się z silnym fizycznie i liczebnie problemem. Przejął Legię pół roku temu, pakiet kontrolny ponoć kosztował go 38 milionów złotych. Ładny początek przygody. Musiał być oszołomiony, bo z oświadczeniem o incydencie przed stadionem po blamażu z Lechem czekał trzydzieści sześć godzin. "To, co się wydarzyło, nigdy nie powinno mieć miejsca" – ogłosił. Dość ostrożnie, zabrakło zdecydowanego potępienia.

I klub, i piłkarze nie zgłosili sprawy policji. Ta po medialnych doniesieniach sama wzięła się do pracy. Przejrzano monitoring i po wstępnej analizie wykluczono pobicie, ale już nie naruszenie nietykalności osobistej. Tylko że teraz ruch należy do zawodników. - Jeśli nie ma uszkodzeń ciała, a w tej sytuacji – według relacji medialnych, bo o innych nie wiemy – nie ma, to w grę wchodzi tylko złożenie prywatnego aktu oskarżenia. Jeśli piłkarze tego nie zrobią, to nikt się tym nie zajmie. Pewnie prokuratura mogłaby się zająć, ale gdyby uznała, że istnieje jakiś istotny interes społeczny - tłumaczy adwokat Tomasz Tabisz.

Kibice Legii podczas meczu z Lechem w Poznaniu. Kika godzin później, już w stolicy, doszło do incydentu / Źródło: Jakub Kaczmarczyk/PAP/EPA

Nie wiadomo, co teraz zrobi Legia. Wiadomo, czego nie zrobiła. - Klub powinien zareagować, przecież musiano widzieć, że kibice się zbierają. Można było wezwać większe siły ochrony, policję - dziwi się Marcin Mięciel.

Tak postępowano w Grecji, gdzie spędził kilka lat swojej kariery. Tam też kibice są w gorącej wodzie kąpani. – Parę razy było nieciekawie. Musieliśmy dłużej zostać na stadionie czy na lotnisku, gdy wracaliśmy po porażce, ale nigdy nie doszło do rękoczynów. Klub reagował momentalnie, wzywano policję, czekaliśmy dłużej w szatni, aż emocje ostygną i się rozjeżdżaliśmy do domów – wspomina były piłkarz Legii.

- To trudny temat - krzywi się drugi z eks-legionistów Tomasz Sokołowski. - Klub i kibice są od siebie uzależnieni. Gdy ci drudzy przyjdą w liczbie piętnastu czy dwudziestu tysięcy, to klub ma z tego pieniądze, kręci się marketing. Oczywiście klub powinien to zdarzenie potępić, są kamery na stadionie, nikt nie wszedł sobie anonimowo - tłumaczy Sokołowski.

Troglodyci i zwierzęta

Gdy pytam jednego z byłych prezesów polskiego klubu, czy Legia pójdzie na wojnę z kibicami z Żylety, ten zaczyna się śmiać do słuchawki.

Za chwilę poważnieje. - Kibole to troglodyci, czerwoni na mordzie od narkotyków. Nigdy nie wiadomo, co im wpadnie do głowy. Dla nich dać w mordę, to jak dla pana podać komuś rękę. Broniąc kiboli, bronimy zwierząt, ale że to poważne sprawy, przekona się dopiero ten, kto z nimi będzie miał do czynienia. Wtedy skończą się uśmieszki - wyjaśnia. Też nie chce mówić pod nazwiskiem. Odszedł z branży i nie chce już mieć z nią nic wspólnego.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Zwiń

Bartosz Żurawicz

Zobacz Kaja nie była "pierwszej kategorii", miała więc grób w wersalce

Jakub Dymek

ZobaczOpozycja potrzebuje czegoś więcej, niż środek do wybielania zębów

Maciej Kucharczyk

ZobaczŻycie pierwsze: bogaty emeryt. Życie drugie: zbrodniarz

Jacek Tacik

ZobaczPolowanie na kata. Żył spokojnie w USA, mroczną przeszłość skrywał

Patrycja Król

Zobacz"Plan 6718". W Mieście Zła dzieci sprzedają seks, dorośli go kupują

Poprzedni weekend
2 tygodnie temu
3 tygodnie temu
4 tygodnie temu
5 tygodni temu
Zobacz wszystkie