Magazyn TVN24

Mariusz Nowik

Tylko kat ma imię. Historia chłopca z fotografii

Zobacz

Podziel się

Krótkie spodenki, podkolanówki, skórzane trzewiki, zniszczone palto i wytarty kaszkiet. Tak mógłby wyglądać, gdyby wybiegł na ulicę bawić się z kolegami w promieniach wiosennego słońca. Jednak zamiast radości na jego twarzy rysuje się przerażenie. Wznosi ręce w geście poddania. Wyrok został wydany.

Krótkie spodenki, podkolanówki, skórzane trzewiki, zniszczone palto i wytarty kaszkiet. Tak mógłby wyglądać, gdyby wybiegł na ulicę bawić się z kolegami w promieniach wiosennego słońca. Jednak zamiast radości na jego twarzy rysuje się przerażenie. Wznosi ręce w geście poddania. Wyrok został wydany.

SS-Brigadeführer życzył sobie otrzymać jak najlepsze zdjęcia, dlatego SS-Obersturmführer Franz Konrad często sam zabierał aparat na akcje. Nie był przekonany, czy Jürgen Stroop będzie na pewno zadowolony z efektów prac młodych fotografów z Propaganda Kompanie nr 689.

Stroopa najbardziej interesują szczegóły, ujęcia z bliska, pokazywanie twarzy, emocji. Na przykład zdjęcie grupy cywilów prowadzonych ulicą Nowolipie. Wręcz idealne. Za ich plecami gęsty ciemny dym z płonących drewnianych budynków, po bokach kolumny niemieccy żołnierze – spokojni, wręcz zrelaksowani, kilku z karabinami przewieszonymi przez ramię. Jeden się zatrzymuje, ogląda z uśmiechem. Może zaczepił go kolega spoza kadru, a może po prostu coś przykuło na chwilę jego uwagę. Twarze Żydów ścięte są strachem.

Żydzi prowadzeni ulicą Nowolipie. Fotografia z raportu Stroopa / Źródło: Jürgen Stroop/Wikipedia (PD)

Na przedzie tego osobliwego pochodu idą dwie kobiety, mężczyzna i dziewczynka. Być może to rodzina, być może sąsiedzi, którzy obiecali sobie pomagać do ostatniej chwili. Dziewczynka ma nie więcej niż pięć lat, kraciasty płaszczyk i chustkę zawiązaną na starannie uczesanych włosach. Mężczyzna i młodsza z kobiet patrzą uważnie na fotografa, jakby chcieli zapytać, co z nimi będzie.

Niemal w tym samym miejscu rozgrywa się kolejna dramatyczna scena. Skrzyżowanie Smoczej i Nowolipia, zamiast chodnika gruzowisko, na nim leżący ludzie, nad nimi niemieccy żołnierze. Kobieta osłania własnym ciałem mężczyznę, tuli się do niego, przyciska dłoń do jego twarzy. Są przerażeni.

Skrzyżowanie ulic Smoczej i Nowolipie. Jedno z kilkudziesięciu zdjęć dokumentujących likwidację warszawskiego getta / Źródło: Jürgen Stroop/Wikipedia (PD)

"Dopiero co wyciągnięci z bunkra" – głosi suchy podpis na fotografii wklejonej na prostokątną tekturę. Kartę następnie przedziurkowano i połączono z kolejnymi. 52 zdjęcia ilustrujące raport Stroopa i składające się na dokument opisujący likwidację warszawskiego getta.

Tsvi. Levi. Artur

"Tylko dzięki nieprzerwanemu i niezmordowanemu udziałowi w akcji wszystkich sił udało się ująć lub z całą pewnością zgładzić ogółem 56 065 Żydów. Do tej liczby należy jeszcze dodać tych, którzy zginęli na skutek wysadzenia w powietrze, pożarów itd., których liczby nie można było jednak ustalić" – napisał Stroop w raporcie przeznaczonym dla Heinricha Himmlera, Reichsführera, szefa SS i gestapo. "23.4.1943 Reichsführer SS za pośrednictwem wyższego dowódcy SS i policji wschód w Krakowie wydał rozkaz przeszukania z największą bezwzględnością i nieubłaganą surowością getta warszawskiego" – dodawał dowódca akcji likwidacyjnej.

Chłopiec z warszawskiego getta / Źródło: Wikipedia

"Przemocą wyciągnięci z bunkrów". Taka odręczna adnotacja widnieje pod najsłynniejszą chyba fotografią z jego raportu. Nie ma pewności, kto ją zrobił – czy był to Franz Konrad, czy któryś z anonimowych dziś żołnierzy Propaganda Kompanie. Z punktu widzenia SS-manów przedstawia kolejne kilkadziesiąt osób przeznaczonych do rozstrzelania na miejscu lub uduszenia w komorach gazowych obozów zagłady. Nic więcej oprócz kolejnych liczb w meldunkach. "Zlikwidowani". "Przesiedleni". "Bandyci". Można jednak przypuszczać, że to zdjęcie spodobało się Stroopowi. Przerażenie w nieobecnych oczach chłopca stojącego na pierwszym planie robi ogromne wrażenie. Strach dziecka, które widziało już za dużo i za dużo się domyśla, zderza się z obojętnością SS-manów z planu drugiego, z rutyną seryjnych morderców.

Kim jest ten chłopiec? To pytanie od lat zadają sobie badacze dziejów warszawskiego getta. Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ na przestrzeni lat pojawiło się kilka osób, które twierdziły, że znają jego tożsamość. Wśród nich był Tsvi Nussbaum, były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen, który w 1982 roku zapewniał na łamach amerykańskiej prasy, że chłopcem z fotografii jest on sam. Zachodnie media ogłosiły sensację – nie dość, że udało się zidentyfikować chłopca z getta, to na dodatek on żyje. Jak opowiadał Nussbaum, w lipcu 1943 roku został aresztowany wraz ze swoją ciotką i wujem. Według jego relacji zdjęcie zostało zrobione przed hotelem Polskim przy ulicy Długiej w Warszawie, w którym Niemcy urządzili zasadzkę. Do hotelu zgłaszali się Żydzi szukający pomocy i ukrywający się poza gettem, po tak zwanej aryjskiej stronie. W pamięć zaledwie ośmioletniego chłopca na całe życie wryło się wspomnienie, w którym wychodzi z bramy i zmierza w stronę ciężarówki czekającej na aresztowanych, SS-man unosi broń, celuje do niego, a on stoi sparaliżowany przerażeniem, z rękami w górze.

Wersja Nussbauma, choć przejmująca, zawierała kilka poważnych nieścisłości, przez wiele lat ignorowanych przez publicystów. Niemcy złapali go w lipcu, a jednak osoby na fotografii ubrane są tak, jakby była wczesna wiosna. Noszą również na ramionach opaski z gwiazdą Dawida, co byłoby z pewnością niemożliwe, gdyby fotografia została wykonana poza murami getta. Założenie opaski po aryjskiej stronie oznaczało natychmiastowy wyrok śmierci, ponieważ Żydzi mieli zakaz opuszczania dzielnicy zamkniętej. Poza tym zdjęcie ukazało się w raporcie Stroopa przygotowanym w maju, dwa miesiące przed aresztowaniem Nussbauma i jego krewnych w hotelu Polskim.

Potem zgłosił się kolejny świadek. Abraham Zelinwarger z Izraela, który w 1943 roku poszedł do powstania w getcie, zostawiając żonę i syna. On przeżył, im się nie udało. – Dostałem od niego list, z Izraela, jakieś piętnaście lat temu – wspomina profesor Richard Raskin z Uniwersytetu Aarhus w Danii, autor książki "A Child at Gunpoint" poświęconej tej słynnej fotografii. – Rozmawiałem też z nim przez telefon. Był przekonany, że chłopiec na zdjęciu to jego syn Levi, a kobieta idąca obok to Chana, jego żona – dodaje. Zelinwarger przysłał Raskinowi odbitki starych fotografii, ostatnich pamiątek, jakie mu zostały po bliskich, jednak profesor miał wątpliwości, czy na pewno przedstawiają osoby ze zdjęcia z getta. – Moim zdaniem nawet ich nie przypominały – przyznaje. Podrzuca jednocześnie kolejny trop i kolejne nazwisko - Artur Dąb Siemiątek z Łowicza.

Łowicz. Sochaczew. Kowel

W archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego przy ulicy Tłomackie w Warszawie, w gmachu wznoszącym się niegdyś tuż obok Wielkiej Synagogi wysadzonej osobiście przez Jürgena Stroopa 16 maja 1943 roku, wśród tysięcy relacji o okrucieństwach Holokaustu leży świadectwo złożone w 1968 roku przez Jadwigę Piasecką. Wiąże ono anonimowego chłopca z fotografii z konkretnym chłopcem z Łowicza. – Mama znała Artura Siemiątka sprzed wojny, byli rodziną – wyjaśnia Ernest Piasecki, syn Jadwigi Piaseckiej. – Miała dziewięcioro rodzeństwa, była najmłodsza. Artur to wnuk jednego z jej braci, Józefa. Urodził się w Sochaczewie – dodaje.

Jadwiga Piasecka i jej mąż Henryk mieszkali w Łowiczu. We wrześniu 1939 roku uciekli przed jedną wojną na wschód, przez granicę, do Kowla. – Tam się urodziłem. Miałem trzy miesiące, kiedy wybuchła kolejna wojna – opowiada Piasecki. Niemcy najechali Sowietów w czerwcu 1941 roku. Na szczęście Jadwiga, Henryk i mały Ernest zdążyli ewakuować się w głąb Związku Radzieckiego. Dzięki temu przeżyli.

– Do Polski wróciliśmy w 1945 roku. Rodzice szukali bliskich, od strony taty w Tomaszowie Mazowieckim i od strony mamy - w Łowiczu. Zrozumieliśmy, że niemal cała nasza liczna rodzina została wymordowana. Ocaleli tylko ci, którzy wyjechali za granicę, na wschód albo do Izraela – podkreśla. Nie pamięta, w jakich okolicznościach jego matka zetknęła się ze zdjęciem, na którym rozpoznała małego Artura. Nie pamięta, jak zareagowała. Ale wie, że dla niej był to dowód na to, jaki los spotkał Siemiątków z Łowicza.

Ernest Piasecki zgadza się, że identyfikacja na podstawie fotografii – i to tylko jednej – pozostawia szereg wątpliwości. Zdaje sobie sprawę, że stuprocentowe potwierdzenie tożsamości chłopca nigdy nie będzie możliwe.

Dlatego warto szukać informacji na temat chłopca także w innych źródłach.

Piernaty. Kandelabr. Linoleum

Nieliczne ślady Artura Siemiątka i jego rodziców można znaleźć w trzech pożółkłych dokumentach ze zbiorów łowickiego Archiwum Państwowego.

Pierwszy to akt urodzenia matki chłopca, Sury, spisany w 1907 roku po rosyjsku.

Akt urodzenia matki Artura Siemiątka

Drugi to umowa przedślubna zawarta w 1934 roku przed "Marjanem Janowskim, Notarjuszem", wyszczególniająca, jakie dobra do małżeństwa wnoszą Sura Jenta Dąb z Łowicza i Lajb Josek Siemiątek z Sochaczewa.

"Suma złotych w złocie dziesięć tysięcy i wyprawa i meble wartości czterech tysięcy złotych", wśród nich między innymi "linoleum", "lampa wisząca niklowa do światła elektrycznego", "dwie pierzyny duże – puchowe", "dwa piernaty", "kandelabr", a także "prawa własności do sklepu kolonjalnego w Sochaczewie" – wykaligrafował notariusz nienagannym, starannym, wyćwiczonym charakterem pisma.

Trzeci dokument to zapis w księdze meldunkowej z domu przy ulicy Piłsudskiego 18 w Łowiczu. Jedyny, w którym pojawia się syn Sury i Lajba. "Siemiątek Elejzer; zawód: przy rodzicach; data urodzenia: 7 I 1935; wyznanie: mojżeszowe" – odnotował urzędnik. Niżej znajduje się również wzmianka o siostrze Artura-Elejzera. Łaja, która otrzymała imię po zmarłej babce, jest młodsza od niego o trzy lata. Adnotacje meldunkowe podbito czerwoną okrągłą pieczęcią opatrzoną datą 16 września 1938 roku. Kolejny wpis w rubryce obok nosi datę 26 września 1940 roku i oznacza dzień wyprowadzki rodziny. Jako ich nowy adres podano ulicę Zduńską 37. Teren getta.

Księga meldunkowa. Ostatni ślad po obecności rodziny Siemiątków w Łowiczu

– Siemiątkowie z pewnością należeli do ludzi zamożnych – wyjaśnia Marek Wojtylak, kierownik Archiwum Państwowego w Łowiczu. – Z pewnością również wpływowych. Lajb Siemiątek został członkiem Rady Żydowskiej, Judenratu. Stał także na czele Komitetu Pomocy Uchodźcom, których nie brakowało wówczas w łowickim getcie. Komitet pomagał również ubogim, prowadził jadłodajnię, świetlicę, zajmował się dożywianiem dzieci – dodaje Wojtylak.

Nie trwało to długo. Pod koniec lutego 1941 roku rozpoczęła się akcja likwidacyjna łowickiej żydowskiej dzielnicy zamkniętej. Najpóźniej w marcu Siemiątkowie zostali wywiezieni, najpewniej od razu do getta w Warszawie.

Frankenstein. Rzeźnik. Bleszer

Nawet jeśli przyjmiemy, że chłopiec z raportu Stroopa to Artur Siemiątek, wciąż pozostają pytania, na które nie znajdziemy odpowiedzi. Co dzieje się z jego rodzicami, dlaczego nie ma ich na zdjęciu? Czy jego młodsza siostra Łaja żyje? Kto w getcie opiekuje się ośmioletnim dzieckiem?

Niemcy utworzyli w Warszawie getto dla ludności żydowskiej
Niemcy utworzyli w Warszawie getto dla ludności żydowskiej

Jest jednak postać na fotografii, co do tożsamości której nie ma żadnych wątpliwości. SS-man stojący na drugim planie, za plecami chłopca, kierujący lufę pistoletu maszynowego w jego stronę. SS-Rottenführer Josef Blösche, nazywany w getcie Frankensteinem lub Rzeźnikiem. Wyjątkowo okrutny i – jak opowiadali świadkowie - czerpiący przyjemność z zabijania ludzi.

"Strzelał do dzieci. Wiedziało się, że to taki typ, który ma wśród Niemców najmniej do powiedzenia, bo jest najniższy stopniem ze wszystkich Niemców, którzy byli w getcie" – mówił w 2002 roku Marek Edelman w rozmowie z Heribertem Schwanem i Helgard Heindrichs, autorami książki "SS-mann. Życie i śmierć mordercy". "Zobaczyłem go 18 stycznia, jak likwidował żydowski szpital przy ulicy Gęsiej 6" – wspominał przywódca powstania w getcie. "Dowodził oddziałem i wiem, nawet jeśli tego sam nie widziałem, wiem, że przeszedł po wszystkich piętrach, przez wszystkie oddziały, zabijając ludzi leżących w łóżkach. Zabijał tam niemowlęta, noworodki. To był typ, który był znany z tego, że bardzo chętnie strzela do ludzi. Wiem lub sam to widziałem, było to chyba przy ulicy Siennej. Tam był mur, po którym wspinały się dzieci ze szmuglowanym towarem, na przykład z ziemniakami. Więc te dziury w murze były bardzo wąskie, ciężko było przez nie się przecisnąć i jakieś dziecko utknęło w takiej dziurze, a on je zastrzelił" – opowiadał.

Fotografia z raportu Stroopa. Oryginalny niemiecki podpis: "Rabini żydowscy" / Źródło: Jürgen Stroop/Wikipedia (PD)

"Widziałem to zupełnie przypadkiem, bo naprzeciwko był szpital Bertsohna i Baumanna [Szpital Dziecięcy Bersohnów i Baumanów przy ulicach Śliskiej i Siennej – red.], w którym pracowałem. Ale często opowiadano, że [mordowanie – red.] jest jego codziennym zajęciem" – dodawał Edelman.

Jak zeznawali byli mieszkańcy getta warszawskiego, "Bleszera każdy się bał". Zaledwie 31-letni, pochodzący z biednej niemieckiej rodziny z sudeckiej części Czechosłowacji, "wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o szerokich ramionach, ciemnych włosach i jasnych oczach" – jak opisywał go Edelman. Być może lepiej sprawdziłby się jako kelner bądź nawet właściciel odziedziczonej po ojcu gospody we Frydlandzie. Służba w SS wyzwoliła w nim najbardziej zbrodnicze instynkty.

"Był najgorszy, bo zabijał ludzi bez jakiegokolwiek powodu" – opowiadał Sol Liber, żołnierz z powstania w getcie. "To była jego codzienna robota: przychodzić do getta i rozstrzeliwać ludzi. Mógłbym to jeszcze zrozumieć, gdyby ktoś zrobił coś niezgodnego z prawem, ale przecież i wtedy nie można człowieka tak po prostu zastrzelić. Jednak to była jego robota, jego zawód. Gdy nie znajdował nikogo na ulicy, wyłamywał drzwi i wdzierał się do domów" – dodawał.

Anna Kacprzak tak zapamiętała spotkanie z SS-manem: "Nagle ludzie zaczęli szybko uciekać. Okazało się, że pojawił się Blösche na rowerze. Szłam powoli i gdy go zauważyłam, zatrzymałam się i byłam bardzo przerażona" – mówiła. "Blösche spojrzał na mnie, przejeżdżając obok i zaczął strzelać do uciekających, zabijając kilka osób. Prawie umarłam ze strachu" – dodała.

Generał SS Jürgen Stroop stoi pośrodku i patrzy w górę. Pierwszy od prawej – Josef Blösche / Źródło: Jürgen Stroop/Wikipedia (PD)

"Po takim śmiercionośnym patrolu ulicznym Blöschego widziałem w getcie leżących i krwawiących ludzi" – mówił Mieczysław Maślanko, inny ze świadków.

SS-man pojawia się w fotograficznej części raportu nie tylko na zdjęciu z chłopcem. Stoi również przy grupie starszych Żydów, podpisanych jako "grupa rabinów". Można go też wypatrzeć wśród niemieckich żołnierzy wokół Jürgena Stroopa, przyglądających się płonącym budynkom. Wszystkie fotografie wykorzystano potem w jego procesie, stając się pośrednim dowodem jego zbrodni.

W 1969 roku sąd w Erfurcie uznał Blöschego winnym zabicia co najmniej dwóch tysięcy osób. Został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano.

Stawarowska. Kartuziński. Lamet

Choć większość ofiar Blöschego pozostaje nieznana z imienia i nazwiska, kilka kolejnych osób z fotografii z chłopcem zostało zidentyfikowanych – oczywiście z pewnym prawdopodobieństwem.

Jeśli by przyjąć, że bohaterem zdjęcia byłby Levi Zelinwarger, to według oświadczenia jego ojca, Abrahama, kobietą po prawej stronie chłopca mogłaby być Chana Zelinwarger. Profesor Raskin wyklucza jednak taką możliwość. Wskazuje jednocześnie na inne osoby, co do tożsamości których można mieć znacznie mniej wątpliwości. Jego zdaniem, kobietą widzianą w tle, bezpośrednio za plecami chłopca, jest Gołda Stawarowska. Chłopak z białym workiem na lewym ramieniu, według jego ustaleń, nazywał się Leo Kartuziński i pochodził z Gdańska. Po lewej stronie, przy krawędzi fotografii, spogląda w obiektyw kilkuletnia dziewczynka. To najpewniej sześcioletnia Hania Lamet, pochodząca z Warszawy córka Matyldy i Moszego. Obok niej, z zawiązaną na szyi chustą i opaską na ramieniu, idzie Matylda Lamet-Goldfinger, jej matka. Tożsamość obu tych osób potwierdziła ciotka małej Hani, mieszkająca w Miami Beach na Florydzie Esther Grosband-Lamet.

Chłopiec z warszawskiego getta / Źródło: Wikipedia

Wszystko, co więcej da się powiedzieć o tej fotografii, to domysły. Nie wiadomo, gdzie zostało zrobione zdjęcie, nie wiadomo kiedy. Niewykluczone, że brama, z której wychodzą Żydzi, należała do kamienicy o numerze 34 przy ulicy Nowolipie. Takie ustalenia można znaleźć w książce "Teraz '43. Losy", której autorzy – Magdalena Kicińska i Marcin Dziedzic – nanieśli sceny z żydowskiej dzielnicy na współczesne fotografie Warszawy. Jak wyjaśnia Dziedzic, w sprawie tego konkretnego zdjęcia skorzystał z ustaleń pasjonatów historii z internetowego forum Stowarzyszenia Obrony Pozostałości Warszawy "Kolejka Marecka".

– Zwrócili uwagę na wiele szczegółów. Nie tylko na fasadę kamienicy, bramę czy charakterystyczny chodnik, ale nawet na cień rzucany przez postacie na zdjęciu. To pozwoliło na ustalenie, że budynek stał po północnej stronie ulicy, z parzystą numeracją domów – tłumaczy. – Kluczowym tropem okazała się rynna wpuszczona w wystającą nieznacznie ścianę kamienicy. Występ ten widać wyraźnie dopiero na planach Lindleya z końca XIX i początku XX wieku, sporządzonych na potrzeby kanalizowania warszawskich ulic – dodaje.

Tutaj prawdopodobnie stałaby dziś kamienica, z której Niemcy wyprowadzili grupę Żydów z "chłopcem z getta"

Dziś w miejscu, gdzie przy Nowolipiu 34 wznosiła się kamienica, jest przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu z aleją Jana Pawła II.

Śledztwo, choć zostało przeprowadzone starannie, wciąż jest śledztwem poszlakowym. – Ustalenie ze stuprocentową pewnością, gdzie zostało zrobione to zdjęcie, jest na chwilę obecną niemożliwe – przyznaje profesor Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego. – Podobnie nie da się stwierdzić, kiedy je wykonano – podkreśla. Fotografia w raporcie Stroopa nie jest oznaczona datą, wydarzenie nie zostało opisane w meldunkach z likwidacji getta. – Możemy jedynie przypuszczać, że chodzi o czas tak zwanej amnestii, kiedy Niemcy po pierwszych dniach walk w getcie ogłosili, że ludność cywilna może bezpiecznie wychodzić z kryjówek. Ci ludzie są, jeśli można użyć takiego określenia, w dobrym stanie. Mają czyste dłonie i twarze – zauważa profesor Żbikowski. – Może to oznaczać, że nie musieli jeszcze uciekać przed pożarami kamienic podpalanych przez Niemców w kolejnej fazie walk powstańczych – dodaje.

SS-mani na płonącej ulicy Nowolipie. Fotografia z raportu Stroopa / Źródło: Jürgen Stroop/Wikipedia (PD)

Czy chłopiec miał szansę przeżyć? Trudno mieć taką nadzieję, zwłaszcza że za jego plecami stoi "Rzeźnik" – Blösche. Jeśli nie zginął bezpośrednio po tym, jak został sfotografowany, najpewniej trafił na Umschlagplatz przy ulicy Stawki, skąd odchodziły transporty do obozów zagłady. Ostatnią poszlaką, która może wskazywać na to, co go spotkało, jest wpis w dokumentacji Hani Lamet złożonej w archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie. W rubryce "Miejsce i okoliczności śmierci" zapisano: "Majdanek. Dzieci zabrane do komory gazowej".

Sześcioletnia Hania Lamet trafiła do komory gazowej na Majdanku. Tak wynika z dokumentu z archiwum Yad Vashem

Artur Dąb Siemiątek wymieniony w dokumencie z archiwum Instytutu Yad Vashem
Mariusz Nowik

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Zwiń

Beata Biel

ZobaczDominator, który przeprasza. Szczerze?

Marta Korejwo

Zobacz"Oskarżono mnie, że strzelam ludziom w głowy za pieniądze"

Maciej Kucharczyk

ZobaczKiedy sojusznicy z NATO do siebie strzelają

Jacek Stawiski

ZobaczTo nie był film. Co się wydarzyło tamtego lata w Gladbeck

Rafał Kazimierczak

ZobaczNie rura, a drążek pionowy. Dla każdego

Poprzedni weekend
2 tygodnie temu
3 tygodnie temu
4 tygodnie temu
5 tygodni temu
Zobacz wszystkie