Magazyn TVN24

Piotr Machajski

Tajemnica trasy 631. Szybki seks, gwałtowna śmierć

Zobacz

Podziel się

Popędzały go, nie mógł skończyć. Dlatego zaczął je dusić. Po pierwszym zabójstwie wypalił papierosa. Potem wrócił do domu, do ciężarnej żony. Wziął prysznic, zakrwawione ubrania spalił w piecu. O tym, jak zabijał prostytutki, ze szczegółami opowiedział prokuratorowi. Teraz twierdzi, że to wszystko nieprawda. Jak było naprawdę?

Popędzały go, nie mógł skończyć. Dlatego zaczął je dusić. Po pierwszym zabójstwie wypalił papierosa. Potem wrócił do domu, do ciężarnej żony. Wziął prysznic, zakrwawione ubrania spalił w piecu. O tym, jak zabijał prostytutki, ze szczegółami opowiedział prokuratorowi. Teraz twierdzi, że to wszystko nieprawda. Jak było naprawdę?

Nadieżda

Różowe buty na bardzo wysokim obcasie leżały rozpięte przy zwłokach. Obok czarna torebka, w niej trochę typowych drobiazgów. Czerwony grzebień, spinka do włosów. Lusterko, szminka, błyszczyk. Papierosy z zapalniczką. Nawilżane chusteczki i prezerwatywy.

Nadieżda miała na sobie bluzkę w cekiny i czarną kurtkę ze skaju. Tyle było widać pośród leśnych chaszczy i śmieci, które wypełniały dół. Witalij, Ukrainiec, który ją znalazł, zwrócił uwagę na odsłonięte nogi. - Wyglądały jak sztuczne - opowiadał policjantom w dniu, w którym poszedł zbierać jagody, a znalazł martwego człowieka.

Pod rozkładającym się ciałem funkcjonariusze znaleźli jeszcze telefon komórkowy, starą nokię z przyciskami. "Zgon w niejasnych okolicznościach. Stan zwłok wskazuje na to, że nastąpił wiele dni lub tygodni temu" - zapisał lekarz w dokumentacji.

Było upalne popołudnie, 21 czerwca 2015 roku.

Nadieżda zaginęła miesiąc wcześniej, 22 maja. Nikt nie zgłosił jej zaginięcia, więc nikt jej nie szukał. Miała 35 lat.

Oskarżony o dwa zabójstwa nie przyznaje się do winy
Oskarżony o dwa zabójstwa nie przyznaje się do winy / Wideo: Tomasz Zieliński, Mateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl

Liliana

Przy zwłokach Liliany nie było torebki. Wśród gałęzi i liści policjanci znaleźli za to opakowanie po żelu intymnym, zużytą prezerwatywę, fizelinową chusteczkę, kawałek papierowego ręcznika z szarymi plamami i krótki nóż - z ząbkami i ułamaną końcówką.

Na stopach miała japonki, czarny biustonosz zsunięty z piersi przykrywał różową bluzkę bez ramiączek. Reszta ubrań leżała kilkanaście metrów dalej: krótkie dżinsowe spodenki brudne od ziemi i różowe stringi z czarnymi kokardkami. I jeszcze pukiel klejonych blond włosów.

Dzień wcześniej, 6 sierpnia 2015 roku zaginięcie Liliany zgłosił mąż. Do komisariatu w podwarszawskich Ząbkach dzwonił aż z rodzinnej Bułgarii. - Musi pan złożyć formalne zawiadomienie - usłyszał w słuchawce. - Wsiadam w pierwszy samolot - odparł.

Severin poznał Lilianę na bazarze przy Bakalarskiej. Po trzech latach wzięli ślub. Wiedział, czym zajmuje się jego 27-letnia żona. - Nie chciałem robić jej wyrzutów, byłem zakochany - tłumaczył. - Potrzebowała pieniędzy dla swojego dziecka i matki, które zostały na Ukrainie.

Policjanci znaleźli ciało Liliany w ciągu kilkudziesięciu minut od rozpoczęcia poszukiwań. Doskonale wiedzieli, kim była i gdzie jej szukać. Przydrożne prostytutki w tej okolicy są regularnie kontrolowane. Funkcjonariusze co jakiś czas sprawdzają je w ramach akcji o kryptonimie "Trasa 631".

Podwarszawska trasa nr 631

Nadieżda

Milena: - Stoję przy kuchni polowej w Markach. Robię to od dziesięciu lat, dobrowolnie, nikt mnie do tego nie zmusza. Znamy się, ale Bułgarki stoją osobno. Dopiero się dowiedziałam, że w lesie została znaleziona martwa dziewczyna. Kojarzę to miejsce przy szlabanie, stała tam jedna, zawsze ubierała rajstopy w paski. Nie mam pojęcia, jak miała na imię, ani skąd była. Tak poza tym, to nie słychać, żeby ktoś podejrzany kręcił się w pobliżu. Nie było jakichś niebezpiecznych zdarzeń.

Katarzyna: - Stoję na trasie 631, za parkingiem, gdzie parkują ciężarówki i jest jedzenie z grilla. W tym miejscu jestem od 4 lat, w poniedziałki, środy, czwartki i piątki. W pozostałe dni odpoczywam. Za seks oralny biorę 50 zł, za tradycyjny 60 zł. Przeciętnie zarabiam 300 zł dziennie. Pieniądze są moje, nie dzielę się z innymi osobami. Mam na utrzymaniu syna, który mieszka z ojcem. Wysyłam mu 500 zł miesięcznie. Wiem, o którą dziewczynę chodzi. Miała pseudonim "My Love". Stała sama, uprawiała seks blisko ulicy, nigdy nie wjeżdżała w głąb lasu.

Asan: - Teraz stoję przy cegielni, wcześniej stałam 100 metrów bliżej, przy parkingu. Łącznie od ośmiu lat. Jeśli widzę, że klient dziwnie się zachowuje, jest pijany lub coś mi w nim nie pasuje, to odmawiam usługi. Zarabiam od 300 do 600 zł dziennie. Jak mam dobry utarg, to wracam do domu taksówką, jak gorszy, to autobusem. Nigdy w pracy nie zostałam pobita. Dwa razy skradziono mi torebkę. Za pierwszym razem zgłosiłam to na policję, ale jak zobaczyłam, jaka jest procedura, to drugi raz już nie zgłaszałam. Zwróciłam uwagę, że brakuje jednej Bułgarki. Ładnej, młodej, szczupłej z czarnymi włosami. Stała jakieś 600 metrów ode mnie, sama. Nie wiem, jak się nazywała. Ja jej długo nie widziałam, ale dziewczyny dość często opuszczają to miejsce albo wyjeżdżają na jakiś czas do domów.

Fevzie: - Miałam chłopaka, miał na imię Marcin, nie pamiętam nazwiska. Rozstaliśmy się po dwóch latach. Byłam z nim w ciąży. Dziecko urodziło się w szóstym miesiącu, ważyło 800 gramów. Odebrali mi je, jest w domu dziecka. Czasem do niego jeżdżę. Mam jeszcze dwójkę dzieci w Bułgarii. Stałam kiedyś obok tej dziewczyny przy szlabanie, ale ona chciała stać sama. Gdy zauważyłam, że jej nie ma, to stanęłam może ze dwa dni na jej miejscu. Nie miałam żadnych klientów. Nic nie zarobiłam. Wróciłam na swoje miejsce koło cmentarza.

Ewa: - Wcześniej pracowałam w Dortmundzie. Znam Maritę, powiedziała, że mogę stać z nią. Mieszkam u niej z chłopakiem. On jest Bułgarem, poznałam go dwa lata temu w Niemczech. Pracuję przy trasie jako prostytutka z własnej woli. Mój chłopak obecnie nigdzie nie pracuje. Czasami mu pomagam, ale robię to z własnej woli. Nigdy mnie nie uderzył, ani do niczego nie zmuszał.

Marita: - Od dwóch lat jestem prostytutką. Mieszkam w Ząbkach, z chłopakiem - Bułgarem. Co prawda utrzymuję mojego chłopaka, ale to dlatego, że on nigdzie nie pracuje. Jeśli daję mu pieniądze, to z własnej woli. Od mojego chłopaka nigdy nie zaznałam krzywdy. A tu gdzie pracuję, to w sumie dwa razy stałam się ofiarą przestępstwa. O tym, ze zostały znalezione zwłoki dowiedziałam się dzisiaj. Jakiś miesiąc temu zauważyłam, że przy trasie brakuje jednej z dziewczyn. Nie wiedziałam, że została zabita. Moim zdaniem to musiał być jakiś popieprzony klient. Myślałam, że poznała jakiegoś klienta i wyjechała albo uciekła od swojego Bułgara. Bułgarzy źle je traktują i zmuszają do prostytucji. Prawda jest taka, że każda z Bułgarek pracuje dla jakiegoś Bułgara.

Kobiety pracujące przy trasie mają od kilku do kilkunastu klientów dziennie

***

Ciało Nadieżdy zbyt długo leżało na ziemi, między gałęziami i liśćmi, poddane działaniu wysokiej temperatury. Lekarzom z Zakładu Medycyny Sądowej nie udało się określić przyczyny jej śmierci. Zwrócili jednak uwagę na "złamanie rogu większego kości gnykowej po stronie lewej". To mogło, jak zauważyli, wskazywać na mechanizm uduszenia gwałtownego, czyli mechaniczny ucisk wywierany na szyję. Mogło, ale nie musiało. Bo brakowało chrząstek krtani, których ocena mogłaby potwierdzić tę diagnozę.

Trudno jednak wyobrazić sobie, by Nadieżda zmarła naturalnie, do połowy rozebrana, w środku lasu.

A zatem kto? Agresywny klient? Niezadowolony alfons? Ktoś z osobistą pretensją?

Policja szybko ustaliła, że Nadieżdą opiekował się jej rodak, Sali.

Michał: - Pracowałem jako barman, a popołudniami na taksówce. Do baru przyszedł Bułgar. Zaproponował, żebym woził dziewczynę na trasę. Miałem ją zawozić rano, a potem odbierać, stała usługa za 60 zł dziennie. Ona nie opowiadała o sobie, ja nie pytałem. Nie mówiła, ile zarabia. Mówiła tylko, że było dobrze albo było słabo. Woziłem ją prawie codziennie, łącznie z sobotami i niedzielami. Zawsze podwoziłem ją na stację przy Nadmie. Kupowała prezerwatywy, papierosy, setkę wódki albo dwie. Nigdy nie widziałem, żeby płakała, ale widziałem, że czasem miała podbite oko albo siniaki.

Policyjni informatorzy donieśli, że Sali szukał Nadieżdy przez jakiś czas po jej zaginięciu. Sądził, że uciekła z klientem. Gdy znaleziono jej ciało, wyjechał z Polski. Obawiał się, że podejrzenia spadną na niego. Ale policja była pewna, że to nie Sali zamordował.

Śledczy koncentrowali się na klientach. Szukali tych agresywnych. Przesłuchując prostytutki pytali przede wszystkim o przypadki przemocy. Sprawdzali m.in. mężczyznę, który kiedyś dusił Maritę apaszką i pracownika koncernu chemicznego, który rozmowę z dziewczyną na trasie 631 zaczynał od pytania, czy "robiąc loda, zdejmuje majtki i pokazuje cycki".

***

Fevzie: - W ostatnim czasie zostałam dwukrotnie napadnięta. Cztery tygodnie temu podszedł do mnie mężczyzna. Przyszedł od tyłu, z lasu. Był w kominiarce, groził mi nożem. Zabrał torebkę z utargiem. Uciekł pieszo. Nie goniłam go, bałam się. Przy cmentarzu miałam też sytuację, że klient podjechał i chciał, żebym mu zrobiła laskę. Widział, że mam pieniądze. Zabrał mi torebkę i złapał mnie za piersi, a w biustonoszu mam pieniądze i dokumenty. Powiedziałam, żeby mnie puścił. Wtedy wyjął scyzoryk i zranił mnie w udo. Otworzyłam drzwi i uciekłam w las.

Marita: - Trzy tygodnie temu miałam dziwnego klienta. Podjechał na skuterze. Koło 50-tki, włosy siwe, tęższej budowy ciała. Zapytał, czy pójdę z nim do lasu. Ale ja uprawiam seks tylko w samochodzie, do lasu nie chodzę. Pojechał dalej, w stronę tamtego szlabanu i tamtej dziewczyny. Wydał mi się podejrzany, miał taki dziwny obłęd w oczach. Gdyby się przy mnie zatrzymał samochodem, bałabym się do niego wsiąść. Potem dowiedziałam się, że ten gość podjechał do takiej Kaśki, i ona miała z nim problem. Chciał, żeby mu robiła laskę za darmo.

Katarzyna: - To na pewno był wtorek, 5 lub 12 maja. Stałam przy trasie między Zielonką a wiaduktem w Markach. Około południa podjechał klient na skuterze, siwe włosy, kilkudniowy zarost, też siwy. Wjechaliśmy 500 metrów w las. Zaparkował. Chciałam wykonać usługę, ale powiedziałam, żeby najpierw zapłacił. Powiedział, że będzie chciał komplet i to bez prezerwatywy. Komplet to jest stosunek i seks oralny, tzw. laska. Powiedziałam, że bez prezerwatywy nie robię. Pokazał, że ma pieniądze, chyba 180 zł. Powiedziałam, że i tak nie świadczę usługi bez gumy. On na to, że jak nie, to będę wracała pieszo. Na to ja, że to sobie wrócę. Obróciłam się i zaczęłam iść w stronę trasy. Nagle poczułam, że złapał mnie z tyłu głowy za włosy i siłą sprowadził na kolana. I kazał sobie robić laskę, a jak nie, to groził, że mnie za***ie. Sposób, w jaki to powiedział, świadczył o tym, że nie żartuje. Drugą ręką wyciągnął telefon komórkowy i zaczął nagrywać. Po jakimś czasie kazał mi wstać, oprzeć się rękami o skuter i podwinąć spódnicę. To wszystko trwało kilka minut. Powiedział, że będzie przyjeżdżał codziennie i będę mu płaciła. Ostrzegłam dziewczyny przed tym facetem, potem widziałam go jeszcze tylko raz. Niedługo wyjeżdżam do domu. Jestem w ciąży, w grudniu będę miała dziecko. Kończę z tym zajęciem.

Prostytutki za usługę seksualną biorą od 50 do 60 złotych

Liliana

Od śmierci Liliany do momentu, w którym policjanci odnaleźli jej ciało, minęła niespełna doba. Tyle wystarczyło, by dzikie zwierzęta zwietrzyły krew. Lekarz, który badał zwłoki, stwierdził ubytek tkanki w okolicy szyi. Ubytek na tyle duży, że nie udało się jednoznaczne stwierdzić przyczyny śmierci. Pewne jest jedynie, że rana powstała już wtedy, gdy nie żyła.

Mimo to śmierć Liliany wydawała się znacznie łatwiejszą zagadką do rozwikłania niż zabójstwo Nadieżdy.

Po pierwsze, od zgonu nie minęły nawet 24 godziny. Ciało odkryto o 11, Liliana ostatnią rozmowę przeprowadziła o 13.42 poprzedniego dnia. Wtedy jeszcze żyła, nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Później jej telefon zamilkł. Nie było połączeń wychodzących, odebranych ani wysłanych SMS-ów. A przecież z billingów wynikało, że z komórki korzystała więcej niż aktywnie.

Po drugie, w miejscu odkrycia zwłok, policjanci znaleźli cenne ślady. Przede wszystkim męskie DNA. Na sklepieniu pochwy, sandale ofiary i papierowym ręczniku przy zwłokach zabezpieczono substancję z kodem genetycznym tej samej osoby. Trzeba było tylko tę osobę odnaleźć.

Po trzecie, w bezpośredniej okolicy było kilka kamer monitoringu. Przy rondzie obok urzędu miasta Zielonki, przy stacji benzynowej BP i przy Orlenie, na wiadukcie nad krajową "ósemką". I kilka innych na prywatnych posesjach.

Na nagraniach z tych kamer policjanci wypatrzyli srebrnego volkswagena polo.

***

Natalia: - Znałam Lilianę od dwóch lat, stałyśmy przy tej samej trasie. Ona zwykle przy zjeździe na Nadmę, my z Małgosią trochę dalej. Liliana nie opowiadała mi nic o tym, aby zdarzyła się jakaś nieprzyjemna sytuacja. Jak mamy jakiegoś podejrzanego klienta,  to dzwonimy do siebie i się uprzedzamy.

Małgorzata: - Lila chciała stać sama. Nie wiem, dlaczego. Była bardzo odważna, potrafiła nawet zwyzywać klienta. Stała od rana do wieczora, nawet w weekendy.

Asan: - Lila chciała stać sama, bo mówiła, że samej zarabia się lepiej. Nawet po tym, jak jakoś dwa czy trzy miesiące temu znaleziono przy trasie zwłoki tamtej Bułgarki, Lila mówiła, że ona się nie boi. Nikomu się nie opłacała za ochronę, mi też nikt nigdy proponował żadnej ochrony. W tym dniu miałam dość dobry ruch. Zaczęłam przed dziesiątą, a do dwunastej miałam sześciu klientów. Wiem to na pewno, bo sprawdzałam kasę i miałam 300 złotych. Po jej śmierci część dziewczyn przez kilka dni nie wychodziło na trasę. Lila i jej mąż byli w sobie bardzo zakochani, ona chciała zerwać z zawodem.

Przydrożne prostytutki pracują przy trasie 631 od wielu lat

Daniel

Srebrny volkswagen polo, wersja pięciodrzwiowa. Miał halogeny, czarny szyberdach, czarne listwy wzdłuż pojazdu i lusterka w kolorze nadwozia. Wyprodukowany między 1999 a 2001 rokiem. Z nagrań nie udało się odczytać numerów rejestracyjnych, ani rozpoznać twarzy kierowcy, ale na podstawie zapisów z kilku kamer policjanci odtworzyli trasę, którą auto jechało 6 sierpnia między 13.25 a 13.45.

Najpierw zarejestrowała je kamera w Kobyłce przy ul. Mareckiej. Samochód skręcił w Przyjacielską i ruszył w kierunku Nadmy, potem ulicą Jaworówka dojechał do trasy 631 w Markach, w miejscu, gdzie na wiadukcie przecina się z drogą krajową nr 8. Tam uchwyciły go dwie kamery umieszczone na wiadukcie. Volskwagen zawrócił i skierował się w stronę Zielonki, a po chwili skręcił z powrotem w kierunku Kobyłki. Ale w połowie drogi, na ulicy Szkolnej, zjechał z drogi do lasu. Mniej więcej 200 metrów od tego zakrętu znaleziono ciało Liliany.

Skręt do lasu o godz. 13.46 uchwyciła tzw. fotopułapka (czyli kamera uruchamiana przez czujnik ruchu) umieszczona na budynku prywatnej firmy. Wcześniej, na ulicy Jaworówka kamera na prywatnym domu nagrała volskwagena dwukrotnie. Najpierw o 13.30 - kierowca jechał sam, w stronę Marek. O 13.42 wracał w kierunku Kobyłki. Wówczas na siedzeniu pasażera siedziała jasnowłosa kobieta.

Trasa przejazdu srebrnego volkswagena polo
Trasa przejazdu srebrnego volkswagena polo / Wideo: TVN24.pl/Google Earth

Srebrnego volkswagena policjanci wypatrzyli dopiero 3 grudnia, blisko cztery miesiące po zabójstwie. Jego właściciel, 23-letni Daniel P., robił akurat zakupy w sklepie spożywczym w Wołominie. Wszystkie elementy auta zgadzały się z tym, co zarejestrowały kamery: kolor, lusterka, czarne listwy, szyberdach. Dla pewności policjanci sprawdzili jeszcze billingi Daniela P. 6 sierpnia o 13.40 jego komórka logowała się do masztu przekaźnikowego przy ul. Majora Billa 2 w Markach. To adres stacji benzynowej, 500 metrów od miejsca, w którym Liliana czekała na klientów. Jej komórka też w tym czasie logowała się do tego przekaźnika.

22 maja, czyli w dniu w którym zginęła Nadieżda, około godziny 17 telefon Daniela P. też zostawił ślad w okolicy trasy 631. "Analiza wcześniejszych i późniejszych logowań wskazuje, że nie jeździł on na co dzień tą drogą. Fakt logowania się telefonu Daniela P. w miejscach, gdzie po raz ostatni widziane były denatki, a także w czasie, kiedy doszło do ich śmierci, jednoznacznie wyklucza przypadek" - napisał policjant w służbowej notatce.

Tydzień później, 10 grudnia, Daniel P. został zatrzymany przed swoim domem pod Warszawą. Akurat wyszedł na spacer z czteromiesięczną córką.

Nadieżda

Daniel: - W maju albo kwietniu pojechałem na trasę Marki - Nieporęt, żeby skorzystać z usług przydrożnej prostytutki. Żona zaszła w ciążę, nie współżyliśmy ze sobą. Kilka razy przejechałem w jedną i w drugą stronę, żeby wybrać odpowiadającą mi dziewczynę. Miała około 30 lat, czarne włosy, krótką spódniczkę i buty na obcasie. Mówiła łamaną polszczyzną. Powiedziała: 50 złotych - laska, 60 złotych - seks. I tyle. Powiedziałem, żeby mi zrobiła laskę i od razu zapłaciłem 50 zł. Pieniądze schowała chyba w stanik. Po 10 minutach powiedziała, żebym już kończył. Nie mogłem dojść. Zaczęliśmy się kłócić i szarpać. Chciałem ją zmusić, żeby dokończyła. W pewnej chwili zacząłem ją dusić. Jeszcze bardziej się szarpała, potknęła się, a ja przewróciłem się na nią. Siadłem na niej. To trwało od trzech do pięciu minut. Szamotała się, potem coraz mniej. W końcu przestała, jakby straciła przytomność. Zrobiła się blada, miała czerwone oczy. Język jej wyszedł na wierzch. Zaczęła mieć takie drgawki. Przerzuciłem ją do rowu, dalej miała te konwulsje. Wziąłem kamień i uderzyłem kilka razy w głowę. Zaczęła lecieć krew. Pobrudziłem bluzę i spodnie. Jak już się nie ruszała, wyciągnąłem jej ze stanika pieniądze. Były pod lewą piersią, około 1200 złotych. W samochodzie zapaliłem papierosa, potem pojechałem do domu. Wykąpałem się, a rzeczy, które miałem na sobie, spaliłem w domowym piecu, żeby zatrzeć ślady. Pieniądze wydałem w ciągu następnych dni na bieżące wydatki.

Liliana

Daniel: - Minęło kilka miesięcy i w sierpniu znów postanowiłem skorzystać z przydrożnej prostytutki. Miałem wolny dzień. Wybrałem dziewczynę stojącą zaraz za wiaduktem w stronę Zielonki. Widziałem ją pierwszy raz. Miała blond włosy. Była szczupła, ubrana w jakieś spodenki i bluzkę, mówiła ze wschodnim akcentem. Zaproponowała, że zrobi mi laskę za 50 złotych. Wsiadła do samochodu i prowadziła mnie w jakieś swoje miejsce, gdzie świadczyła usługi. To był niewielki las. Wysiedliśmy. Byłem oparty o samochód, ona klęczała. Znowu nie mogłem dojść. Zaczęła mnie pospieszać, ja dociskałem jej głowę. W pewnym momencie nie chciała mi już robić laski. Widząc, że się wycofuje, zacząłem ją dusić obiema rękami. Przewróciliśmy się. Usiadłem na niej i dalej dusiłem. Szamotała się, próbowała krzyczeć. Po kilku minutach zbladła. Miała czerwone gałki oczne i przestała się ruszać. Jak już była nieprzytomna, przeciągnąłem ją na drugą stronę rowu. Tam zdjąłem jej spodenki, odsłoniłem biust. Zacząłem się masturbować wkładając jej palce do pochwy, wskazujący i środkowy. Potem zaciągnąłem ją bardziej w krzaki. Stanąłem jej stopą na gardle, żeby mieć pewność, że nie żyje. Nożykiem do cięcia folii przeciąłem jej kawałek szyi. Zaczęła krwawić. Jak już wiedziałem, że jest martwa, ściągnąłem złoty łańcuszek, złote kolczyki oraz pierścionek. Zabrałem torebkę wraz z zawartością. Poszedłem do samochodu. W samochodzie wypaliłem papierosa, przeszukując torebkę. Po powrocie do domu wykąpałem się, ale rzeczy już nie paliłem w piecu, ponieważ nie ubrudziłem się krwią. Następnego dnia po pracy pojechałem do Wołomina. Przejeżdżając obok cmentarza, przez uchylone okno wyrzuciłem telefon. Pojechałem dalej przez Wolę Rasztowską i w okolicy rozlewni wyrzuciłem torebkę. Papierosy wypaliłem, złoto sprzedałem. Jubiler spisał moje dane i dał mi za towar około 600 złotych. Wydałem je na bieżące potrzeby.

Prokurator zażądał dożywocia
Prokurator zażądał dożywocia / Wideo: Mateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl

Daniel

Dzielnicowa opiekująca się okolicą, w której mieszkał podejrzany, wcześniej o nim nie słyszała. Sąsiedzi nie mieli żadnych uwag do jego zachowania. W zarzuty nie mogli uwierzyć.

Kurator podczas wizyty u rodziny zanotowała: „dom zadbany, odnowiony”. Żona zapewniła ją, że Daniel jest idealnym mężem i ojcem, który kocha swoje dziecko i żonę. Dobrze opiekował się córką, był opanowany i spokojny i ugodowy. "Inteligentny i przykładny człowiek". Miał dobre relacje z teściami.

Matka też nie mogła się go nachwalić. Nie sprawiał problemów wychowawczych, nie bywał agresywny. Nie wystawał pod sklepem, wolny czas spędzał w domu. Kurator zwróciła uwagę, że zarówno matka, jak i żona przeżywały aresztowanie Daniela. Miały nadzieję, że "ten koszmar" i "dziwna sytuacja" wkrótce się wyjaśnią. Obawiały się - zanotowała w dokumentach pani kurator - stygmatyzacji i ostracyzmu społecznego.

O tym, że był w dzieciństwie bity, matka nie wspomniała. Mówił o tym Daniel podczas przesłuchania przed prokuratorem.

Chciał zostać ratownikiem medycznym, ale miał zbyt mało punktów z chemii na maturze. Poszedł do pracy. Rozklejał reklamy, później pracował w firmie rozwożącej meble. Czasem wypił piwo albo dwa, czasem wypalił skręta. Gdy dowiedział się, że żona jest w ciąży, przestał palić przy niej.

W telefonie policjanci znaleźli trochę zdjęć własnych, trochę żony i córki, kilka jego z córką. I trochę rozebranych, ściągniętych z sieci. Do tego pojedyncze SMS-y z erotycznych czatów: "Chcę ci powiedzieć, że moja szparka stoi dla Ciebie otworem, spragniona dotknięć języka i penisa. Chciałabym cię też poczuć cię w ustach i od tyłu. Jestem już mokra na samą myśl co moglibyśmy zrobić. Dzwoń od razu, bo jestem podniecona 3.69 zł/min".

***

Na początku stycznia, niemal miesiąc po zatrzymaniu, Daniel P. napisał do prokuratury: "Odwołuję swoje zeznania w sprawie przestępstwa, o które jestem oskarżony. Podczas przesłuchania nie zostałem poinformowany o swoich prawach, byłem bity i zastraszany przez policję. Grożono mi odebraniem praw rodzicielskich nad córką. Od jednego z funkcjonariuszy czuć było alkohol. Prokurator przybył na moje przesłuchanie w przeciągu godziny, był on przychylny do policji, do przesłuchiwania mojej osoby bez adwokata".

Poprosił o nowego obrońcę, z innego rejonu niż prokuratura, która go oskarża. Trzy miesiące później, 19 kwietnia, prokurator przesłuchał go ponownie.

Daniel: - Policja zmusiła mnie do przyznania się do zarzucanych mi czynów poprzez docinki słowne i zaciśnięcie mocno kajdanek. Zostałem pobity przez policjanta. Grożono mi, że dziecko zostanie mi odebrane. Był policjant, miał tabliczkę z napisem „Uwaga ostry pies”. Na moje pytanie o adwokata i w ogóle dlaczego tutaj jestem, nie dostałem odpowiedzi. Ten policjant początkowo łagodnie proponował mi, żebym się przyznał, chociaż tak naprawdę nie wiedziałem do czego. Kiedy powiedziałem, że się nie przyznam, wpadł w formę furii, złości i agresji. Uderzył mnie w twarz z otwartej ręki. Bardzo się bałem, dlatego się przyznałem. Miałem się przyznać do dwóch morderstw. Zaczął mi opisywać [policjant - red.], gdzie byłem, co miałem zrobić. Parokrotnie zapytałem dlaczego, przecież w ogóle tego nie zrobiłem. Po jednym takim pytaniu, zostałem zaprowadzony do łazienki przez dwóch policjantów. Ten starszy wszedł ze mną. Dostałem w twarz i zaczęły się groźby. Potem wróciliśmy i już bez żadnych oporów robiłem, co policjanci mówili. Po tych czynnościach funkcjonariusz skończył pisać swoją historię i dał mi ją do nauczenia się na pamięć. Miałem powiedzieć prokuratorowi to, co było napisane. Potem było przesłuchanie z panem prokuratorem, powiedziałem wszystko, co policjanci stworzyli, tą całą historię. Przyznałem się do czegoś, czego nie zrobiłem. Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę mi grozi. I napisałem odwołania od moich zeznań.

Obrońca wniósł o uniewinnienie
Obrońca wniósł o uniewinnienie / Wideo: Mateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl

***

Dopiero podczas kolejnego przesłuchania, cztery miesiące później, przyznał, że zabrał Lilianę z trasy 631 i że skorzystał z jej usług. Prokuratura dysponowała już wtedy wynikami badań DNA, które potwierdziły, że ślady biologiczne na sklepieniu pochwy ofiary, na jej obuwiu i papierowym ręczniku przy jej ciele, należą do Daniela P.

Podejrzany zapewnił jednak, że uprawiali seks w samochodzie, nie na zewnątrz i że później odwiózł kobietę w miejsce, z którego ją zabrał. Przyznał też, że w 2015 roku z usług prostytutek korzystał sześć, może siedem razy. Ostatni raz krótko przed narodzinami córki. Jednak żadnej z kobiet nie zrobił krzywdy. W miejscu, gdzie znaleziono pierwszą ofiarę, nigdy nie był.

Wyjaśnił też, że umowa na sprzedaż złota podpisana u jubilera dotyczyła obrączki, którą znalazł razem z żoną w miejscowości Urle nad Liwcem. Jedna z jego krewnych potwierdziła potem przed sądem, że rzeczywiście tego dnia znalazł biżuterię.

A torebka, którą policja znalazła po tym, jak sam wskazał miejsce, gdzie ją wyrzucił? - To było tak, że policjant zauważył torebkę sześć, siedem metrów od drogi. Jak dla mnie, to policjant wiedział, gdzie leży torebka - stwierdził podczas przesłuchania Daniel P.

To, czy policjanci zmusili podejrzanego do składania określonych wyjaśnień, prokuratura badała w osobnym śledztwie. Nie znalazła przekonujących dowodów. Prowadząca śledztwo prokurator zwróciła uwagę, że przesłuchanie podejrzanego zostało nagrane. Na nagraniu, które podczas rozprawy odtworzył także sąd, widać, że P. zachowywał się bardzo spokojnie. Mówił bez emocji, momentami wręcz znudzonym głosem, jakby go zupełnie nie interesowało, że właśnie został oskarżony o ciężką zbrodnię. Nie widać było po nim ani strachu, ani zdenerwowania. Na zapisie nie widać też żadnych śladów obrażeń, które mogłyby sugerować, że mężczyzna został przez policjantów pobity. Mówił szczegółowo i zdaniem śledczych podawał takie fakty, które mógł znać tylko sprawca.

Osoba znająca przebieg śledztwa: - Nikt go nie bił, bo nie było po co. Policjanci mieli przygotowany wariograf, ale nawet nie zaczęli badania. Po przywiezieniu do pałacu [Pałac Mostowskich, siedziba stołecznej policji - red.] od razu zaczął mówić.

Miejsce, przy którym prostytutka czeka na klientów

Ostatnie słowo

Prokurator: - Materiał dowodowy zebrany w tej sprawie jest pełny, nie wymaga uzupełnienia. Daje podstawę do wydania wyroku. Dlaczego oskarżony to zrobił? Obserwując oba te zdarzenia z zewnątrz, wydaje się, że poszło o rzecz banalną. Zaczęło się od tego, że pan Daniel P. poczuł się nieusatysfakcjonowany jakością usługi świadczonej przez obie panie. Wartość tej usługi w jednym i w drugim przypadku wynosiła 50 złotych. Jaka to może być motywacja do pozbawienia człowieka życia i to dwukrotnie? To jest kolejny element, który przemawia za tym, że społeczna szkodliwość czynu jest tutaj ogromna (…). Okoliczności świadczące na niekorzyść oskarżonego przemawiają za tym, żeby kara miała charakter eliminacyjny, to znaczy, żeby odciąć go od społeczeństwa. Stąd też mój wniosek jest właśnie taki: dożywotnie pozbawienie wolności.

Obrońca: - Proszę sądu, ale popatrzmy na to trochę z innej strony. [Załóżmy, że - red.] nie ma protokołu przesłuchania pana P. z grudnia 2015 roku, nie ma przyznania się pana P. do dwóch podstawowych czynów plus pochodnych, czyli kradzieży. Z jakimi dowodami wtedy zostajemy? Praktycznie z żadnymi. Są to poszlaki, które nazwałbym wątłymi, niełączącymi się w jakąkolwiek całość. Oskarżony Daniel P. w mojej ocenie nie dopuścił się żadnego z pierwszych trzech czynów [zabójstw i kradzieży - red.]. Konsekwencją takiego mojego stanowiska jest wniosek o jego uniewinnienie.

Daniel: - Jestem świadomy wagi zarzucanych mi czynów i możliwej surowej kary, jednak nie zgadzam się z zarzutami prokuratury. Nie przyznaję się do dwóch morderstw oraz kradzieży. Nie zamierzam wybielać się, chociaż media kreują mnie na mordercę, zapominając o tym, że wyrok jeszcze nie zapadł, a od wydawania wyroków jest wysoki sąd. Nie jestem złym człowiekiem, bestią, jak niektórzy myślą. Jestem członkiem mojej rodziny. I ta rodzina wierzy we mnie, wspiera na każdym roku. Ogarnia mnie strach przed skazaniem za coś, czego nie zrobiłem.

Ostatnie słowo Daniela P.
Ostatnie słowo Daniela P. / Wideo: Mateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl

Listy

Wcześniej z aresztu pisał listy.

Do żony: "Na samym wstępie chciałbym ci podziękować za paczki higieniczną i spożywczą. Dziękuję ci za nowy dres, buty i klapki. (…) Jeśli chodzi o adwokata, to postanowiłem go odwołać po twoim liście. Nie sprzeczaj się ze mną i zrób dokładnie to, o co cię proszę. Weźmiemy adwokata z urzędu, tak będzie taniej. (…) Może z powodu rozgłosu będzie chciał się postarać i wybić. (…) Dla mnie liczysz się tylko ty i M. Ja schodzę na drugi plan. Biorę wszystko pod uwagę, każdą ewentualność, choć jestem niewinny, mogę zostać skazany. Dlatego nie marnuj na mnie pieniędzy, bo są potrzebne tobie i M.

Cały czas myślę o tym wszystkim, co się dzieje. I chcę zapewnić tobie i małej stabilizację majątkową. Tak jak już pisałem, choć jestem niewinny, mogę zostać skazany (… ) Trzeba zrobić rozdzielność majątkową, żeby nie przejęli telefonu, laptopa, samochodu i twojej działki. Musisz załatwić to z notariuszem. Po ślubie mamy wspólny majątek i żeby nie mogli nic ruszyć z tego, to wszystko co zakupiliśmy po ślubie (chociaż jest na mnie zapisane -> laptop, telefon, samochód), powiemy, że kupiliśmy za twoje pieniądze. (…) U mnie jakoś leci. Jestem na dawnej celi od tygodnia. Siedzimy we czterech. Jeden ma chorobę skóry, drugi to Murzyn z Kamerunu, a trzeci strasznie chrapie w nocy, spać się nie da. Czytam książki i ćwiczę, żeby nie zwariować. (…) I tak dni mi lecą, każdy jest do siebie podobny. Dzięki kopertom i znaczkom będę co tydzień pisał do ciebie. Miło by było żebyś i ty pisała do mnie… To chyba tyle, czekam na widzenia i kolejne zdjęcia. Kocham cię z całego serca, nawet nie wiesz jak tęsknię. Pa kochanie :*

PS. Prześlij mi przepis na blok czekoladowy, to go sobie zrobię jak dostanę kasę na wypiskę =)".

Do starszej siostry: "Mam nadzieję, że dostałaś już mój poprzedni list i uwierzyłaś w to, co napisałem. Mówię prawdę, nie ściemniam, nie cwaniaczę. (…) Jakoś daję radę z tym wszystkim z tym całym więzieniem. Momentami jest ciężko i to bardzo. Mam do ciebie prośbę, pomóż P. przy rozdzielności majątkowej i przepisaniu tego 1/3 własności na kogoś z was".

Do młodszej siostry: "Nie wiem, co napisać, nie chcę pisać trzeci raz to samo. Modlę się codziennie o bezpieczeństwo dla P. i M. Wiem, to głupie, bo nigdy nie byłem bardzo wierzący, ale w tej chwili tylko to mi zostało. Jak się czujesz? Co u ciebie? Pisz. Całe dnie czytam i ćwiczę, nic więcej… Proszę cię o zdjęcia, dużo dla mnie znaczą… Tęsknię za wami wszystkimi. Pilnuj P. i M. Pamiętaj!

Anioły na całym świecie,

Zróbcie co tylko możecie,

I strzeżcie moje dziecię".

W poniedziałek 16 października sąd ogłosił wyrok w tej sprawie. Uznał, że Daniel P. jest winny obu zabójstw i skazał go za to na dożywocie.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
marse
marse

Jak sie kogoś zabija to wybiera sobie już pewną dalszą drogę na przyszłość i tylko nielicznym sie udaje wykręcić, ale żyć przez 30 lat w nie pewności że ktoś do mnie zapuka to ja dziękuję.

  • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
      0
    • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
        0
      • zgłoś naruszenie
      zamknij
      Zasady forum
      Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
      Zwiń

      Jakub Sieczko

      Zobacz„A teraz wam opowiem, jak to naprawdę jest być młodym lekarzem w Polsce”

      Ludwik Dorn

      ZobaczBudżet MON. Ruchome miliony i zaskórniak Macierewicza

      Jacek Pawłowski, współpraca: Mateusz Dolak

      ZobaczKibice całowali piłkarzy i myli im nogi. Bo "dokopali Ruskim"

      Marek Szymaniak

      ZobaczWielka tajemnica polskich płac. Wszyscy na niej tracimy

      Tomasz-Marcin Wrona

      Zobacz"Na zewnątrz złoto, w środku wielki syf". Historia upadku "ostatniego Boga"

      Poprzedni weekend
      2 tygodnie temu
      3 tygodnie temu
      4 tygodnie temu
      5 tygodni temu
      Zobacz wszystkie