Magazyn TVN24

Małgorzata Goślińska

Nie przeszkadzać. Właśnie torturujemy dzieci

Zobacz

Maciej Kucharczyk

ZobaczAgonia w zimnej i ciemnej stalowej trumnie. Dla nich powietrze staje się trucizną

Ludwik Dorn

ZobaczChaos, polityczna korupcja, zastępy Pisiewiczów. Efekt uboczny reformy PiS

Jakub Loska

Zobacz "Traktują nas gorzej niż robactwo". Efekt uboczny Airbnb

Tomasz-Marcin Wrona

ZobaczPoniedziałek: nie ma już czasu na grzeczności, bo reżim przekroczył wszelkie czerwone linie

Podziel się

- Pewnie, że jestem przerażony. Ale z drugiej strony zaczynam się z tym oswajać. Będziemy żyć w coraz bardziej fanatycznym, kościelnym państwie. W ultranacjonalistycznym społeczeństwie. To zawsze w nim tkwiło. Piłsudski wziął to za mordę, potem komuniści, ale w Polaku zawsze odzywały się karmione przez radykalne skrzydło Kościoła demony szowinizmu, izolacjonizmu i pogardy dla obcych - mówi aktor Jacek Poniedziałek w wywiadzie dla Magazynu TVN24.

Rozgłos medialny zapewniły mu role serialowe, jednak Jacek Poniedziałek należy do grona najbardziej cenionych aktorów scenicznych w Polsce. Współpracował z najwybitniejszymi polskimi reżyserami teatralnymi przełomu XX i XXI wieku, w tym z: Krystianem Lupą, Jerzym Grzegorzewskim, Krzysztofem Warlikowskim, Jerzym Jarockim, Krzysztofem Garbaczewskim czy Moniką Strzępką.

Jest cenionym autorem przekładów z języka angielskiego. W swoim dorobku ma teksty między innymi "Kruma", "Anioły w Ameryce", "Tramwaj" czy "Nickel Stuff", na podstawie których powstały sztuki Warlikowskiego.

W 2005 roku był jednym z pierwszych znanych polskich aktorów, który publicznie mówił o swojej orientacji seksualnej.

Na pierwszą główną rolę w filmie długo czekał, chociaż - jak mówi - woli grać postaci drugoplanowe. 1 grudnia do kin trafi "Serce miłości" Łukasza Rondudy, który jest filmową historią związku Wojtka Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek. O Bąkowskim mówi się, że jest jednym z polskich guru sztuk audiowizualnych. Bartoszek (1993 r.) pomimo młodego wieku w kręgach artystycznej awangardy stała się swoistą ikoną. Rysuje, pisze wiersze, tańczy voguing, tworzy performensy. Bartoszek wykorzystuje w swoich działaniach artystycznych swój charakterystyczny wygląd (m.in. całkowity brak włosów), który jest też skutkiem zestawu chorób autoimmunologicznych, z którymi się zmaga.

Z Jackiem Poniedziałkiem rozmawiał Tomasz-Marcin Wrona, tvn24.pl

"Serce miłości" reż. Łukasz Ronduda - fragment filmu
"Serce miłości" reż. Łukasz Ronduda - fragment filmu / Wideo: Gutek Film

Tomasz-Marcin Wrona, tvn24.pl: W ostatnim czasie słyszę komentarze, że artyści powinni zająć się sztuką i przestać politykować. Co o tym sądzisz?

Jacek Poniedziałek: Czy to znaczy, że mamy nie zajmować się społeczeństwem, w którym żyjemy? Sztuka jest po to, żeby jątrzyć, prowokować, wskazywać istotne problemy społeczne. Mamy wciąż zajmować się sami sobą? Na czym polega rola artysty, jeśli nie na tym, żeby mówić prawdę o tym jak jest. Naszym naturalnym środowiskiem jest społeczeństwo, świat, w którym żyjemy, kraj, naród, miasto, rodzina. Inni ludzie po prostu. Jeżeli w tej chwili w Polsce obserwujemy narastającą falę nazizmu w niemal czystej postaci, to nie można chować głowy w piasek.

Co czułeś, patrząc na warszawski marsz 11 listopada?

Starałem się tego nie widzieć, robiłem wtedy przyjemniejsze rzeczy. Jednak nie da się tego uniknąć. Odpalasz internet i zaraz zalewa cię fala brunatnego gówna. Co ja mogę powiedzieć? Pewnie, że jestem przerażony. Ale z drugiej strony zaczynam się z tym oswajać. Będziemy żyć w coraz bardziej fanatycznym, kościelnym państwie. W ultranacjonalistycznym społeczeństwie. To zawsze w nim tkwiło. Piłsudski wziął to za mordę, potem komuniści, ale w Polaku zawsze odzywały się karmione przez radykalne skrzydło Kościoła demony szowinizmu, izolacjonizmu i pogardy dla obcych. Widziałem w mieście tych wszystkich ludzi z biało-czerwonymi opaskami na ramionach... Takie opaski zakładało się na przykład podczas powstania warszawskiego. I one mówią nam, że jesteśmy na wojnie, że w Polsce mamy stan wojny.  To mnie przeraża: ten nieustający konflikt już prawie wszystkich ze wszystkimi. Można od tego oszaleć.

Myślisz, że ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy i spróbuje się dogadać?

Jak chciałbyś się dogadać z pięścią?

Sam też dosadnie opisujesz rzeczywistość. Napisałeś niedawno: "Pręży swoje oślizgłe, ociekające krwią cielsko i węszy: kogo by teraz pożreć. Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska Wiadomości. 40 proc. narodzie, rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata". Tak myślisz?

To tylko fragment tego tekstu. Z tego, co pamiętam - bo post został usunięty przez Facebooka - zadawałem pytanie: czy temu czterdziestoprocentowemu Polakowi nie przeszkadza to, co się dzieje? Taka była moja intencja, a nie to, żeby przywalić komuś. Może powinienem pisać mniej emocjonalnie. Ale to była reakcja po przeczytaniu, że z lektur szkolnych mają usunąć Miłosza. No szlag mnie trafił! Byłem ostatnio na koncercie Czerwonych Świń - zespołu założonego przez Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego. Monika zadedykowała ministrowi kultury Piotrowi Glińskiemu i jego zastępczyni Wandzie Zwinogrodzkiej piosenkę pt. "Debil". Widzisz, ja ją rozumiem. Nie ma już miejsca ani czasu na dyplomatyczne formułki i grzeczności. Bo reżim przekroczył już dawno wszelkie czerwone linie.

Monika Strzępka i Paweł Demirski znani są z jednoznacznego przekazu. Nie owijają w bawełnę.

No tak, ale w poprzednich wyborach chyba głosowali na Andrzeja Dudę, żeby nie głosować na Komorowskiego. A może na PiS... W każdym razie popierali politykę społeczną tej partii. Monika i Paweł byli przeciw tej antyspołecznej, neoliberalnej polityce Platformy. I słusznie. Ja też uważam, że ta część pisowskiego programu jest dobra, też go popieram. Ludzie przestali się martwić, co będą jutro jeść. To jest bardzo dobry pomysł i jak się okazuje gospodarka na tym nie cierpi, tylko się rozwija. Dali ludziom pieniądze, za które kupują rzeczy, które przecież też trzeba wyprodukować.
Ale ja nigdy bym na PiS nie zagłosował, ponieważ od wielu lat obserwuję proces hodowania upiora polskiej ksenofobii, nacjonalistycznego potwora. Tworzenie zamkniętego, klaustrofobicznego społeczeństwa. To PiS wyhodował polskich nazioli, PiS przymyka oczy na przemoc i dyskryminację. A to są rzeczy zabronione prawem, opisane w konstytucji. Powinny być ścigane z urzędu.


"Serce miłości" reż. Łukasz Ronduda - fragment filmu
"Serce miłości" reż. Łukasz Ronduda - fragment filmu / Wideo: Gutek Film

Marsz narodowców zarejestrowany został jako wydarzenie cykliczne.

Zatem powstał pewien parasol ochronny, bo nie można zorganizować kontrdemonstracji. W ten sposób państwo chroni rosnący w siłę nazizm.

Nie mogę się też pogodzić z tym tępym strachem przed obcymi.  Smutne to, że nasz naród jest taki homogeniczny, monolityczny, jednowymiarowy. Wszyscy jesteśmy do siebie podobni, mamy ten sam kolor skóry, tę samą wiarę. To śmiertelna nuda. To jest najlepsza droga do uwiądu społeczeństwa, do jego rozkładu i spustoszenia, kiedy się nie czerpie z innych źródeł, jeśli się zamykamy na to, co inne.

Niektórzy publicyści, określani raczej jako proeuropejscy, także wyrażali swoje obawy przed muzułmańskimi uchodźcami, terrorystami islamskimi.

Najlepszym w takiej sytuacji argumentem są fakty. A fakty są takie, że wszystkich tych zamachów w ciągu ostatnich lat dokonywali obywatele krajów zachodnich, a nie uchodźcy. To byli ludzie, którzy urodzili się bądź wychowali w Europie. Są muzułmanami, ale nikt z nich nie przyjechał teraz z Syrii czy Iraku. Tego argumentu nikt nie traktuje poważnie. Kłamią jak najęci, a 40-procentowy Polak nie zadaje sobie trudu, żeby poczytać w innych źródłach i dowiedzieć się prawdy.

Ostatnio jeden z tygodników na swojej okładce ogłosił, że nową obsesją lewactwa jest molestowanie. Że to nadmuchany problem. Co o tym myślisz?

Uważam, że popadamy w lekką paranoję. Ktoś opowiedział mi kiedyś taką historię: przy kawiarnianym ogródku w Paryżu stoi małe dziecko i płacze. Nikt do niego nie podchodzi, nikt nie reaguje, choć dziecko ewidentnie zgubiło się mamie. Nikt nie odważył się dotknąć dziewczynki, by nie oskarżono go o pedofilię. Podobnie teraz jest z molestowaniem. No jak ludzie mają sobie sygnalizować zainteresowanie seksualne? SMS-y? Nie wolno, bo stalking. Uśmiech? Nie wolno, bo lubieżny. Obejrzeć się za kimś? Przedmiotowe traktowanie. Położyć dłoń na ramieniu? Zaraz wołają policję. Podryw słowny? Oślizłość i myślenie ch**em. Ludzie, weźmy się opamiętajmy. Oczywiście, nie powinno się wykorzystywać stosunku władzy, będąc gwiazdą projektu czy szefem po prostu i łapać kogoś w pracy za jaja czy krocze.  Ale z drugiej strony, czemu jeden z drugim nie da takiemu śmiałkowi w mordę albo nie zgłosi tego na policję czy gdzieś, tylko teraz na fali owczego pędu roni publicznie łzy i przygotowuje grunt pod odszkodowanie?

W dwóch przypadkach chodziło o nieletnich, w tym o 14-latka.

Mówisz o 26-letnim Kevinie Spacey, który był pijany i było to ponad 30 lat temu, tak? Czy ten 14-letni chłopiec, kładąc się na łóżku w sypialni Spacey'ego, podczas imprezy, nie spodziewał się, że coś takiego może się zdarzyć?  Oczywiście, chcę postawić sprawę jasno, że to nie powinno mieć miejsca. Ale co się faktycznie stało temu chłopakowi? Spacey próbował się na nim położyć w ubraniu, nic więcej nie zrobił. A chłopak uciekł i wrócił do tego po 30 latach.

Między ludźmi nieustająco toczy się gra erotyczna. Używa się w niej języka, spojrzeń, czasem jakichś gestów. Nie mówię oczywiście o gwałtach ani o innych formach przemocy seksualnej, o wykorzystywaniu dzieci. To jest jasne. Prawo jasno stawia granice i nie wolno tego robić. Jestem jednak przeciwny piętnowaniu gry erotycznej pomiędzy ludźmi, aluzyjności, żartów, a nawet mówienia świństw, które są elementem tej gry. Jeśli ktoś nie chce w niej uczestniczyć, to mówi jasno i wyraźnie "nie", zamiast popadać w histerię.

Jednak wiele tych hollywoodzkich sytuacji wydarzyło się, gdy wykorzystywana była pozycja stosunku władzy. Chociażby w przypadku Harveya Weinsteina, który miał przez 40 lat wykorzystywać kobiety, zapewniając im karierę w Hollywood.

Mogły się na to nie godzić. Nie rozumiem tego, naprawdę. Jeśli rzuciły wszystko na jedną kartę i były zdeterminowane, żeby zrobić karierę za wszelką cenę, po czym szły do łóżka z facetem, którego uważały za obleśnego i brutalnego wieprza, to znaczy, że tak kalkulowały. Można pójść do innego producenta, chodzić na castingi i wygrywać je. Jest wiele sposobów, żeby spełniać marzenia i realizować plany. Uważam, że grubo przesadzamy. Niedługo nie będziemy mogli odezwać się do kogoś, kto się nam podoba. A jesteśmy istotami zmysłowymi. Jesteśmy tak stworzeni. Chcemy dotykać, iść z kimś do łóżka, kochać się, całować, przytulać. Jeśli sobie tego zabronimy, to znajdziemy się w jakimś orwellowskim piekle.

Jacek Poniedziałek i Justyna Wasilewska w "Sercu miłości" Łukasza Rondudy / Źródło: Gutek Film

Wejdźmy w świat filmu "Serce miłości" Łukasza Rondudy. To pierwsza twoja główna rola..

Boże, ludzie uwielbiają hierarchizować, wartościować, palmy pierwszeństwa wręczać. I główna rola to dla nich jakaś magia. A ja bardzo lubię grać drugoplanowe role. Masz mniejszą odpowiedzialność i większą wolność. Powodzenie filmu nie zależy tak bardzo od ciebie. Jeśli położysz główną rolę, to film będzie do dupy. A ty chcesz powiedzieć, że późno trafiłem na pierwszy plan, tak?

Nie, po prostu od dawna nie widziałem Cię na pierwszym planie w filmie.

Cieszy mnie to, nie martwi. Jak patrzę na tę swoją biografię, to faktycznie dużo grałem w serialach, a w filmie znacznie mniej. Nie lubię się w filmach, gdzie gram duże role. Nie lubię oglądać dubli na planie. To naturalna niechęć do słuchania swojego głosu czy oglądania się na ekranie. Każdy chyba tak ma. Na planie "Serca miłości" nie oglądałem swoich dubli i teraz żałuję, bo wiem, że kilka scen zrobiłbym inaczej. A u Krzysztofa Zanussiego w "Eterze", który właśnie kręcimy i w którym też gram główną rolę, oglądam wszystkie duble i od razu wiem, co trzeba poprawić.

Co mnie uderzyło w tym filmie, to gorzka prawda, że prawdziwa, doskonała miłość nie istnieje, jest niemożliwa.

Film ma też takie hasło, że doskonała miłość nie istnieje. Nie jesteśmy doskonali w ogóle. Zwłaszcza w emocjach popełniamy błędy, w relacji z ukochanym człowiekiem. Ten film jest trochę o tym, że gdy za bardzo się kochamy, to nie możemy ze sobą być. Za bardzo nam zależy i za bardzo chcielibyśmy osobę kochaną dopasować do jakiegoś obrazka, udomowić, zamknąć tylko dla siebie. Artyści wizualni, jak Wojtek Bąkowski, którego gram w "Sercu..." pracują właściwie sami, to jest bardzo samotnicza praca, i to są bardzo silne osobowości, bardzo niezależne natury. Jak się dwie takie osoby spotkają i zamieszkają pod jednym dachem, to wiadomo, że będą rany i siniaki.

Sam jesteś artystą. Ile swoich doświadczeń miłosnych znalazłeś w tej historii?

To też jest trochę o mnie. Gdy film powstawał, przeżywałem osobisty dramat. To się w nim czuje. Widać mój smutek, czasem rozpacz. Ale mój zawód stwarza niesamowitą szansę na wygrzebanie się z największych opresji. Można przepracować swoje traumy. Świetnie zrobiła mi ostatnia scena, w której bohater wygrzebuje się ze strachu przed odrzuceniem i samotnością. W swoim życiu byłem w trzech poważnych związkach i zawsze z artystami, więc doskonale znam to piekło mieszkania z artystą, wspólnego życia, wspólnej pracy, podróży, posiłków, niepokojów. Ale także radości i ekstazy. To są bardzo gorące i burzliwe związki. Zresztą wiele jest burzliwych związków, bo ludzie lubią dostosowywać rzeczywistość do swoich wyobrażeń, a drugi człowiek nie jest przedmiotem, który możesz sobie przestawić. A gdy uprawia się ten sam zawód czy pracuje w tej samej dziedzinie, to jest jeszcze trudniej.

Skoro to był dla ciebie trudny okres, nie miałeś wątpliwości, żeby podjąć się tej roli?

Nie, miałem tylko jedną wątpliwość. Wojtek (Bąkowski - red.) jest w rzeczywistości młodszy ode mnie o 14 lat. Kilka razy pytałem ich, czy są pewni, że chcą "starca" do tej roli. Łukasz (Ronduda - red.) z Wojtkiem mówili, że tu chodzi o wrażliwość i charyzmę, które ponoć mam. Zależało im bardzo na Justynie Wasilewskiej, dlatego żeby podkreślić różnicę wieku - chcieli mnie. Filmowy Wojtek to trochę taki klasyk awangardy, on jest mistrzem, pionierem, a ona jego fanką, apologetką. Ten mistrz bierze debiutantkę - co jest też trochę pikantne. Wojtek goli głowę na łyso. I Łukasz z Wojtkiem mówili, że mam dobrą czachę. (śmiech)

Jacek Poniedziałek jako Donald w spektaklu "K." Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego / Źródło: Magda Hueckel/Teatr Polski w Poznaniu


Strona wizualna zachwyca. Charakteryzacja twoja i Justyny sprawiła, że wyglądaliście niemalże jako swoje klony. W szczególności wygląd Justyny daleko jest od takiego przeciętnego rozumienia kobiecości - szpilki, długie bujne włosy, tego tu nie ma.

Ale są za to bardzo zmysłowe, precyzyjnie pomalowane usta. I wspaniała sylwetka. Zuza w rzeczywistości się nie goli, ma problemy zdrowotne, dlatego nie ma w ogóle włosów, brwi i rzęs. Taka androginiczność jest dziś bardzo trendy...

To, że tak wyglądaliście w tym filmie, nadało całej historii większego uniwersalizmu.

Chodzi ci o to, że to mogłoby się zdarzyć pomiędzy dwoma facetami bądź dwiema kobietami? Tak, zgadzam się z tobą. Seksualność jest dziś bardzo ruchoma, otwarta. Zwłaszcza w młodym pokoleniu. Nastąpiła zmiana w myśleniu i w języku. I chwała Bogu, bo człowiek taki po prostu jest. Przestajemy się przejmować tymi kategoriami: hetero, homo, itd.

A propos etykietowania. Byłeś jedną z pierwszych publicznych postaci, która otwarcie powiedziała o swojej seksualności. Było to 12 lat temu. Nadal w show-biznesie jesteś traktowany przez ten pryzmat?

Nie wiem. Nie interesuje mnie to. Poza tym jako aktor nie mam tego wymalowanego na twarzy. To nie jest tak oczywiste, zwłaszcza dzisiaj, kiedy mężczyźni i kobiety stają się do siebie podobni.
W Hollywood funkcjonuje pewien kodeks hipokryzji w temacie homoseksualizmu. Niektórzy uważają, że gej nie da rady zagrać miłości do kobiety, co jest piramidalną bzdurą. (śmiech)

Jacek Poniedziałek jako Donald w spektaklu "K." Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego / Źródło: Magda Hueckel/Teatr Polski w Poznaniu


Poza filmem Rondudy zagrałeś też ostatnio Donalda Tuska w spektaklu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego "K." (Teatr Polski w Poznaniu - red.). Mało kto dzisiaj pamięta, że krytykowałeś otwarcie Tuska i jego rząd. Było to dla ciebie wyzwanie stworzyć scenicznego Donalda?

Krytykowałem ich i dalej ich krytykuję za to, że nie potrafią się dogadać z resztą opozycji. Za tę samobójczą ślepotę i tępy upór Schetyny, tego pozbawionego charyzmy partyjnego machera, który bredzi o konserwatywnych wartościach, jakby się chciał ścigać z Kaczorem, co jest oczywiście niewykonalne. Krytykowałem ich za niszczenie kultury (to platformersko-peeselowski samorząd postawił Morawskiego na stanowisku dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, co było gwoździem do trumny tej sceny), próbę jej komercjalizacji, ale przede wszystkim za to, że są kompletnie głusi i ślepi na biedę, która aż piszczy w tym kraju. Za tę niezłomną wiarę, że rynek sam wszystko załatwi. Ta polityka złamała życie wielu ludziom w Polsce, czasem bezpowrotnie. Paradoks polega na tym, że mimo wszystko tego Tuska lubię. To jest bardzo silna osobowość i jakoś reprezentuje nasze aspiracje europejskie, opcję budowania otwartego społeczeństwa. W tym sensie jest - moim zdaniem - po właściwej stronie. Grając go, staram się ośmieszyć kilka jego cech, które są źródłem tej całej pisowskiej demolki. Na przykład jego lenistwo i strach przed zaproponowaniem czegoś nowego, ten jego brak wizji w gruncie rzeczy. Czyli ciepła woda w kranie i inne kunktatorskie brednie.

Jest taki świetny fragment, który ci cały przytoczę. "Kiedyś zastanawiałem się, kto zagłosuje na człowieka o głupim imieniu i jeszcze głupszym nazwisku. Leżałem w łóżku i nie chciałem żadnych wyborów. Tak, wiecie, jak człowiek, co w niedzielę wieczór drży przed poniedziałkiem w pracy. Też nie chce pracy, tylko żeby był już piątek po południu. Ale jakoś przemogłem się w sobie. Krok po kroku, lepa po wewnątrzpartyjnej lepie w ryj, jakoś się z tego chłopca, co się bał ciemności, wyprzodowałem". (śmiech)

"Potem się zastanawiałem, dlaczego mnie można nie lubić? Przecież ja jestem w sumie miłym gościem. Mam fajne koszule, skąd tyle tego w moją stronę. Idę o zakład, że gdybym się z każdą taką nienawistną w moją stronę kurwą spotkał na pięć minut, toby mnie już lubił, miałbym go po swojej stronie. Ale to strasznie dużo pracy". (śmiech)

Człowiek, który miał wszystkie narzędzia: większość parlamentarną, prezydenta i sympatię ludzi, nie miał w gruncie rzeczy wizji. To było osiem lat zarządzania państwem i strachem przed PiS-em. Teraz widzimy po dwóch latach reżimu, ile można zrobić. I dobrego, i złego niestety.

Jacek Poniedziałek jako Donald w spektaklu "K." Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego / Źródło: Magda Hueckel/Teatr Polski w Poznaniu

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Zwiń

Tomasz-Marcin Wrona

ZobaczZa ciężkie skrzydła, głodówka, pot. Poznaj Aniołki

Poprzedni weekend
2 tygodnie temu
3 tygodnie temu
4 tygodnie temu
6 tygodni temu
Zobacz wszystkie