Jestem z Marsa, jestem z Marsa!
Za dużo telewizji. Zdecydowanie. Praca w stacji informacyjnej ma to do siebie, że w ciągu dnia, jak telewizji nie robimy, to ją oglądamy. Stale nam towarzyszy w redakcji, no bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, albo któremu politykowi strzeli coś do głowy. Tak więc oglądamy. Między Palikotem i Macierewiczem przerwa reklamowa. A w przerwie?
W przerwie… "kino kobiecie, kino męskie - nonsens! Na pewno kobieca jest sałatka. Wiem, wiem, czytałam. Mężczyźni są z Wenus a kobiety z Marsa. Jestem z Marsa, jestem z Marsa!" Co to? To Knorr. I wynajęta przezeń rodzina Katarzyny Herman, która atakuje z morderczą czasową precyzją co pół godziny. Brr. Znam już to na pamięć. Też powoli zaczynam się czuć jakbym był z Marsa – ale raczej tą złośliwą kreaturą z filmu "Mars atakuje". Powoli nabieram ochoty… na sałatkę? Nie na wygarnięcie z blastera. Porozumienia międzyplanetarnego tu nie będzie. Pozostaję radykałem i nadal uważam, że z reklamą jest jak z dowcipem. Nawet ten najlepszy, opowiadany w kółko potrafi zamęczyć.
Acha. Właśnie nade mną atakuje inna pani z telewizora. "On nigdy nie dorośnie. Potrzebuje pokojówki na pełen etat. Marzy o karierze rockmana. Jest cudowny. Kocham go!" A ja już nie kocham i nawet tracę ochotę na tę kawę, którą pan zdziecinniały rockman parzy zakochanej partnerce. Brr. A może z tymi reklamami jest jak z letnią ramówką telewizyjną – same powtórki? Bo właśnie kończę ten odcinek bloga, zajęło mi to dziesięć minut, a przez ten czas była już sałatka z Marsa, pokojówka na pełen etat, a teraz jeszcze – w ramach wielkiego finału – klika Borys Szyc. Czas kończyć. Klik.


