logotyp tvn24

Powstańcy

Powstańcy

Łączy ich wspólna walka w Powstaniu Warszawskim. 1 sierpnia w większości byli niepełnoletni. Stanęli do nierównej walki z Niemcami. Po 74 latach w rozmowach z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów", opowiadają, co znaczy nie czuć lęku, dorosnąć mając 15 lat i mieć na sumieniu kilkanaście osób. Przede wszystkim jednak apelują do młodych: bądźcie uczciwi, solidni i empatyczni. Żyjcie przyzwoicie, pomagajcie słabszym, kochajcie Ojczyznę i nie pozwólcie, aby pamięć o Powstaniu przeminęła.

Każda z dziesięciu rozmów premierowo emitowana jest na antenie TVN24 od poniedziałku 23 lipca do 1 sierpnia symbolicznie o godzinie 17.

gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, ps. "Motyl"

"Wierzyliśmy. Te młode 17-, 18-letnie łączniczki, sanitariuszki wierzyły, one szczerze wierzyły, że walka skończy się zwycięsko".

Generał Zbigniew Ścibor-Rylski, pseudonim "Motyl".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miał 27 lat. Był dowódcą kompanii "Motyl". Jako jeden z nielicznych przeszedł cały szlak bojowy batalionu Czata 49. Został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Zmarł w piątek 3 sierpnia.

"Rocznica Powstania to dla mnie wielkie święto"
Wideo: tvn24 "Rocznica Powstania to dla mnie wielkie święto"

Generał Ścibor-Rylski podkreślał w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN, że miał szczęście, że przeżył Powstanie Warszawskie. - Rocznica Powstania to dla mnie wielkie święto uczczenia tych, co polegli, tych, co oddali swoje życie za wolność i niepodległość naszej ukochanej ojczyzny - wyznał.

- Trudno uwierzyć, sam nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało, że obok ginęli najbliżsi moi koledzy ze szkoły, z wojska, a ja przeżyłem. Może jest to sygnał, żeby temu młodemu pokoleniu, obecnemu i temu, co przyjdzie potem, naoczny świadek mógł powiedzieć parę słów o tych tragicznych dniach Powstania - zastanawiał się generał.

- Pierwsze dni Powstania to była euforia. Wszystkim nam mówiono, że Powstanie potrwa kilkanaście dni i przyjdzie pomoc. Niestety, tak jak w 1939 roku, ta pomoc zawiodła - opowiadał dowódca kompanii "Motyl". - To, że Powstanie skończyło się tak tragicznie, to przecież nie była wina tego młodego pokolenia.

- Najtrudniejsze było patrzenie na te biedne dzieci i matki, które nie miały czym karmić swoich niemowląt. Kiedy przechodziłem przez piwnice, widziałem te strasznie biedne, a jednak nienarzekające [kobiety - przyp. red.]. Te matki rozumiały, że Polska będzie wtedy silna, kiedy pokolenia będą silne. Kiedy młode pokolenia oddadzą wszystko, co w ich mocy - mówił generał.

- Mówię do młodego pokolenia: oby nigdy wasze młode życie nie doznało tego, co waszych dziadków i pradziadków. Doceniajcie kochani to, co osiągnęliśmy. To jest sukces światowy. Pamiętajcie, najważniejszą rzeczą jest szacunek jednych do drugich. Pozwala na rozmowy na zupełnie innej platformie. Każdy człowiek może mieć inne poglądy - podkreślał dowódca kompanii "Motyl".

Generał przypominał, że niebawem skończy 102. rok życia.

- Przyjmijcie od starego żołnierza te życzenia, aby nie tylko doceniać i w tej chwili cieszyć się, ale robić wszystko, żeby Polska była coraz piękniejsza i cieszyła się międzynarodowym uznaniem i wielkim szacunkiem - mówił generał Zbigniew Ścibor-Rylski, ps. "Motyl".

Edmund Baranowski, ps. "Jur"

"Dostałem od mamy święty obrazek, który noszę do dzisiaj w resztkach. Ucałowała serdecznie i spotkaliśmy się po roku dopiero. Nie było o tym mowy, żeby próbowała mnie zatrzymać. Młodzież była tak wychowana, że poczucie obowiązku było najważniejsze".

Edmund Baranowski, pseudonim "Jur".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie miał 20 lat. Był plutonowym podchorążym w batalionie "Miotła". Wałczył na Woli, Starym Mieście i w Śródmieściu. Odznaczony m.in. Krzyżem Walecznych i Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta.

"Emocje są silniejsze w miarę upływu lat"
Wideo: tvn24 "Emocje są silniejsze w miarę upływu lat"

- Było wśród nas dwóch kolegów jednej nacji, którzy zginęli w pierwszych dniach powstania na Woli. W 1946 roku odszukałem ich matki, żeby poinformować, jaka była sytuacja, gdzie są pochowani, żeby o tym wiedziały. Mimo tego, że rozmawiałem w różnych miejscach, w różnych porach, obydwie powiedziały to samo: "Gdybyś po niego nie przyszedł, toby żył". Wyrzuty sumienia mam do dzisiaj, jestem za nich odpowiedzialny - wyznaje były żołnierz AK w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN.

Podkreśla, że emocje "są silniejsze w miarę upływu lat, ale to nieuniknione". Mówi, że w pewnym sensie czuje się odpowiedzialny za tych chłopaków, którzy z nim walczyli. - To byli koledzy z tej samej drużyny. Wiekowo byłem jednym ze starszych kolegów, bo byli 16- i 17-latkowie w plutonie - wyjaśnia.

- Ja już miałem dwudziesty rok życia. Mogłem rozpocząć samodzielne życie, które zresztą rozpocząłem dwa lata po Powstaniu. Moją żoną jest nasza sanitariuszka. Żyjemy wspólnie 72 lata  - dodaje. Wspominając historię ich powstańczego związku, opowiada, że żonę poznał w oddziale, a po wyjściu z obozu jenieckiego i powrocie do zrujnowanej Warszawy skierował do niej swoje pierwsze kroki. - Jako jeden z niewielu adresów, jaki miałem, to był właśnie ten adres na ulicy Mokotowskiej, gdzie mieszkała - relacjonuje.

Do walki w Powstaniu Baranowski przygotowywał się przez szereg tygodni. - Wiedzieliśmy, jaki obiekt będziemy atakować, jak się mamy zachować. Jedyną bardzo przykrą dla nas niespodzianką było to, że nie było broni - zwraca uwagę "Jur".

Wyznaje, że w głowie na zawsze pozostały mu obrazy płonącej Woli. - Czwarty dzień Powstania. Z płonących chmur wyłaniają się postaci na wpół oszalałe. Opowiadają o tym, co się tam dzieje, skąd wracają, o masowych rozstrzeliwaniach, o masowych wypalaniach domów. Wielka bezsilność, bo nie możemy nic pomóc - wspomina.

- Nikt nie wie, ilu zginęło na Woli. Czy to było 30, 40 czy 50 tysięcy ludzi. Fakt, dzielnica przestała istnieć. To była moja dzielnica, tam się urodziłem. Tam miałem wielu przyjaciół - przyznaje.

Baranowski wspomina również ostatnie dni przed upadkiem Powstania. - Dziesiątki leżących rannych, którzy oczekują na zabranie ich do kanału. Ale żaden nie może wejść do kanału - mówi ze łzami w oczach. Przypomina, że ranni wołali w stronę powstańców: "Koledzy, nie zostawiajcie nas".

- To się pamięta - dodaje. Zwraca jednak uwagę, że nie było innego wyjścia.

Gdyby naprzeciw niego siedział 20-latek, jakim on sam był podczas Powstania, powiedziałby mu o tym, co wpajano młodym ludziom przed wojną, czyli o "głębokim uczuciu i miłości do ojczyzny". - Ostatnie słowa harcerskiej piosenki, bardzo popularnej, brzmiały: "wszystko co nasze, Polsce oddamy" - mówi Edmund Baranowski, "Jur".

Baranowski: do Powstania szedłem z butelką zapalającą i opaską na ramieniu
Wideo: tvn24 Baranowski: do Powstania szedłem z butelką zapalającą i opaską na ramieniu

Anna Jakubowska, ps. "Paulinka"

"Kanał kojarzy mi się z czymś najgorszym. Tak wyobrażam sobie piekło w tych najstraszliwszych opisach. Po pierwsze, człowiek jest upchnięty w bardzo małej przestrzeni. Nie może się wyprostować, bo musi być cały czas pochylony. Jest ciemno, odór potworny. Ale najważniejsze i najgorsze to ta ciemność i brak nieba, brak świata naokoło".

Anna Jakubowska, pseudonim "Paulinka".

"Wojna to jest coś absolutnie, ostatecznie złego"
Wideo: tvn24 "Wojna to jest coś absolutnie, ostatecznie złego"

- Naszym marzeniem było to, że będzie Powstanie. Prędzej czy później musiało wybuchnąć. W pierwszy dzień była euforia, nadzieja, niezwykły zapał, poczucie, że zwyciężymy, że wyzwolimy to nasze ukochane miasto, naszą stolicę. Zobaczyłam tych chłopaków i te dziewczyny z biało-czerwonymi opaskami - stojących legalnie na ulicy, a nie gdzieś się kryjących. To jest takie uczucie, które nigdy w życiu się nie powtórzyło. Największe wzruszenie, jakiego można doznać - opowiada Anna Jakubowska w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN.

- Miałam ledwo skończone 17 lat. Była sytuacja, gdy razem z koleżanką musiałyśmy nieść kilkaset metrów - pod ostrzałem - wysokiego mężczyznę w butach z cholewami, który był bardzo ciężko ranny. Koleżanka, która niosła go za ramiona, widziała więcej, widziała, jak kule utkwiły w murze, obok mojej głowy. Spytała: "Paulinka, dostałaś?". A ja nic nie widziałam, byłam tak zadyszana - opowiada. - Byłam całkowicie skoncentrowana na tym, żeby wytrzymać fizycznie, byle go nie rzucić. Jednocześnie świadomość, że którakolwiek zostanie ranna, to my zostaniemy tam wszyscy - wspomina "Paulinka".

Była sanitariuszka mówi, że w tej sytuacji się nie bała. - Takie normalne poczucie strachu to ja poczułam, kiedy byłam na Starym Mieście, po zranieniu. Leżałam sama i było bombardowanie. Liczy się sekundy, w których człowiek myśli: tutaj trafi czy obok?. Później zdawałam sobie sprawę, że obok mnie w piwnicach siedzą matki z dziećmi, staruszki i inni ludzie. Jeżeli ta bomba nie trafiła w ten dom, to obok, czyli oni mogą być zabici - tłumaczy Jakubowska.

Anna Jakubowska, ps. "Paulinka" o pożegnaniu z rodziną
Wideo: tvn24 Anna Jakubowska, ps. "Paulinka" o pożegnaniu z rodziną

Podczas Powstania pełniła służbę w szpitalu.

- Tam przeżyłam największą osobistą tragedię. Do tego szpitala przywieziono moją siostrę, która została ranna. Na jej obydwie nogi spadła brama w zbombardowanym domu. Miała strzaskane obydwie nogi. Okazało się, że musimy się ewakuować ze Starego Miasta, ale nie mieliśmy nawet noszy. Robiliśmy nosze z ramy okiennej, ale to było kompletnie niemożliwe. Po pierwsze, to była za szeroka rama, żeby zmieściła się w kanał. Po drugie, moja siostra zsuwała się z tego potwornie - opowiada. - Dostałam polecenie przejścia kanałami z grupą wytypowanych lekko rannych. To jest właśnie mój największy ból i największa desperacja - podkreśla. - Z perspektywy czasu wydaje mi się, że nie powinnam była posłuchać tego rozkazu - ocenia Jakubowska, dodając, że gdyby została z siostrą, wtedy najprawdopodobniej zginęłaby wraz z nią. - Siedziałabym w tym szpitalu koło niej. Takie pytanie mi już zadawano i odpowiedziałam: może wolałabym - wyznaje była sanitariuszka.

- Tam byłam i to przeżyłam. Kobietom ginęły na kolanach małe dzieci, które nie miały nawet szklanki wody. Zwłaszcza teraz, na starość, mam takie straszne poczucie, że nie wolno dopuścić do wojny. Wojna to jest coś absolutnie, ostatecznie złego. Nigdy nie ponoszą za to konsekwencji ci, którzy ją wywołali w takim stopniu, jak ludzie zupełnie niewinni i bezbronni - mówi Jakubowska.

Jakubowska: myśleliśmy, że idziemy na dwa, trzy dni Powstania
Wideo: tvn24 Jakubowska: myśleliśmy, że idziemy na dwa, trzy dni Powstania

Uczestniczka Powstania Warszawskiego podkreśla, że jest przeciwniczką antagonizowania społeczeństwa, "napuszczania jednych na drugich, podsycania nienawiści". - To się zaczyna od dwojga ludzi - zwraca uwagę.

Gdyby przed nią siedziała 17-letnia dziewczyna, taka jak ona sama, kiedy szła do Powstania, Jakubowska powiedziałaby jej, że "rodzice muszą przygotować swoje dzieci na ewentualne zmiany w ich życiu".

- Dwie rzeczy są najważniejsze, żeby nauczyć ich etycznego myślenia, etycznego postępowania, etycznej postawy i jednocześnie podejmowania decyzji, samodzielnego myślenia. I jeszcze jedna bardzo ważna dla mnie cecha: odwaga cywilna. Odwaga w polu - że tak powiem - w czasie Powstania to jest nic w porównaniu z tym, żeby człowiek w każdych okolicznościach życiowych potrafił, wbrew własnemu egocentryzmowi i egoizmowi, umiał przyznać się do rzeczy złych - podsumowuje Anna Jakubowska, "Paulinka".

Jakubowska: zostałam ranna w warunkach zupełnie niebohaterskich
Wideo: tvn24 Jakubowska: zostałam ranna w warunkach zupełnie niebohaterskich

Wanda Traczyk-Stawska, ps. "Pączek"

"Nie chcieliśmy umierać, ale nie chcieliśmy żyć bez godności człowieczej i bez wolności".

Wanda Traczyk-Stawska, pseudonim "Pączek".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miała 17 lat. Była plutonowym w Oddziale Osłonowym Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Walczyła w Śródmieściu i na Powiślu. Odznaczona Krzyżem Walecznych.

"Nie chcieliśmy umierać, ale nie chcieliśmy żyć bez godności człowieczej i bez wolności"
Wideo: tvn24 "Nie chcieliśmy umierać, ale nie chcieliśmy żyć bez godności człowieczej i bez wolności"

- Dojrzałam do Powstania przez czas okupacji, który był dla mnie bardzo trudny. Byłam świadkiem rozstrzeliwania na ulicy Puławskiej, w czasie lekcji. Jak zaczęli o ósmej trzydzieści, to trwało to do dwunastej z minutami. Te salwy były dla nas tak straszne. Świadomość, że za oknem rozstrzeliwują bezbronnych ludzi i że my nic nie możemy zrobić. Płakaliśmy, modliliśmy się na zmianę. Kiedy wyszłam na ulicę i zobaczyłam, że zmiatają miotłą z chodnika strzępy ciał i krew do rynsztoka, wpadłam w taką rozpacz i w taką wściekłość, że postanowiłam nie uczyć się, tylko nauczyć się dobrze strzelać i rzucać granatem, żeby znaleźć się w plutonie egzekucyjnym - opowiada Wanda Traczyk-Stawska w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN.

Wspomina, że dziewczyny i kobiety rzadko robiły to, co ona. Głównie były sanitariuszkami i łączniczkami. - Czasem jestem przez to bardzo zawstydzona. Tym, że mówią o mnie, że byłam bohaterką. Wcale nie byłam. Miałam broń i mogłam się bronić. Decydowałam, czy będę żyć, czy polegnę. One były bezbronne. To była najtrudniejsza służba. Sanitariuszki musiały ściągnąć rannego, opatrzyć go, czasem umierał na ich rękach, a one miały naście lat. To były bardzo młode dziewczyny - zwraca uwagę Traczyk-Stawska.

- I te łączniczki, które musiały same biec bez broni, bo brakowało jej nawet dla chłopaków. Musiałam w czasie Powstania udawać chłopaka, bo miałam przechlapane absolutnie. Nosiłam normalnie spódniczkę i bluzę, ale potem chłopcy mi powiedzieli, że mam się przebrać, bo inaczej oni będą musieli stale tłumaczyć się, dlaczego dziewczyna ma broń, a tamci stoją z butelką benzyny. Przebrałam się i udawałam chłopca do końca Powstania - opowiada Traczyk-Stawska.

Mówi, że zachowały się fotografie przedstawiające ją z bronią, w walce.

Gdy po raz pierwszy strzelała do wroga, czuła radość. - Widziałam, jak się przewraca, ale nie widziałam jego oczu ani cierpienia. (Czułam) satysfakcję, że dostał. To jest nieprzyjaciel w tym momencie, a nie człowiek. Ale gdy widzi się oczy tego człowieka, kiedy widzi się jego cierpienie, to to jest nie do udźwignięcia - podkreśla.

- Najgorszy moment w życiu każdego żołnierza to kapitulacja. Żołnierz czuje się, że jest winien tego, że przeżył, że nie powinien był kapitulować, bo koledzy nie żyją, a on tchórzy, kapituluje - opowiada. - Kiedy wychodziliśmy z Brackiej, ludzie stawali wzdłuż Alei Jerozolimskich, na tych gruzach. Matki wypatrywały swoich dzieciaków pośród nas. Niemcy prowadzili nas pod bronią. A one były tak odważne, że wbiegały w szeregi, gdy zobaczyły swoje dziecko, żeby uściskać, pocałować, krzyżyk na czole nakreślić. I to chyba była najważniejsza chwila. Najpiękniejsza. Ich nieprawdopodobna odwaga i to, że nie przeklinały, tylko żegnały nas. Wyprostowaliśmy się. Zrozumieliśmy, że wykonaliśmy dobrze zadanie - mówi ze łzami w oczach Traczyk-Stawska.

Gdyby siedziała przed nią 17-letnia dziewczyna - czyli w takim wieku, w jakim Traczyk-Stawska przystępowała do Powstania - powiedziałaby jej, "żeby przede wszystkim uczyła się". - Ale żeby uczyła się żyć tak, żeby szukać przyjaciół, a nie wrogów. Żeby umieć się przyjaźnić, umieć pomagać. Jak nie ma wojny, to patriotyzm polega na tym, że się dba przede wszystkim o swoich sąsiadów, o ludzi, którzy mówią tym samym językiem, którzy kochają ten kraj. Trzeba starać się nawzajem rozumieć, być tolerancyjnym, ale też być miłym. Jak się człowiek do drugiego uśmiecha, to drugi odpowiada uśmiechem - podkreśla.

Zdaniem Traczyk-Stawskiej we współczesnej Polsce "brakuje wzajemnego szacunku". - To, co się dzieje w parlamencie, jest nie do zniesienia. Nie do wyobrażenia. A to, co się stało teraz z tymi niepełnosprawnymi... - przypomina niedawny protest prowadzony w Sejmie. - Strzelałam dwa miesiące, ale prawie 30 lat uczyłam dzieci niepełnosprawne i współpracowałam z ich matkami - dodaje. - Nie mogę spokojnie znieść tego, co się stało - podsumowuje Wanda Traczyk-Stawska, pseudonim "Pączek".

"Miałam moment, kiedy w Niemcach widziałam ludzi"
Wideo: tvn24 "Miałam moment, kiedy w Niemcach widziałam ludzi"

Jan Bohdan Gliński, ps. "Gbur"

"Nigdy się nie bałem. Zawsze wiedziałem, co mam zrobić w nawet bardzo trudnej sytuacji".

Jan Bohdan Gliński, pseudonim "Gbur".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miał 29 lat. Był lekarzem. Należał do zgrupowania "Gurt" i stacjonował w Śródmieściu.

"Nigdy się nie bałem. Zawsze wiedziałem, co mam zrobić w nawet bardzo trudnej sytuacji"
Wideo: tvn24 "Nigdy się nie bałem. Zawsze wiedziałem, co mam zrobić w nawet bardzo trudnej sytuacji"

- Nie było żadnej wątpliwości - zapewnia były żołnierz AK w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN, pytany, czy wahał się przed pójściem do Powstania Warszawskiego. - Byłem lekarzem Armii Krajowej, a żona z córeczką wyjechały do Kielc, tak że w domu byłem sam - wspomina. Dodaje, że było "nie do pomyślenia", żeby żona próbowała go przekonywać do rezygnacji z udziału w Powstaniu.

Pełnił służbę w punkcie sanitarnym. - Miałem przydzieloną grupę sanitariuszek, przeszkolonych przez Armię Krajową - wspomina. - Choć były bardzo młode, to bardzo patriotyczne.

Jak mówi, jednym z najgorszych jego wspomnień jest zdarzenie z dnia, gdy Niemcy prowadzili przed czołgiem grupę Polaków. Czołg był otoczony żołnierzami, którzy w pewnym momencie zaczęli strzelać z karabinów do tych bezbronnych ludzi. Gliński dodaje, że Niemcy nie pozwolili zabierać rannych.

- Widok pędzonych przed niemieckim czołgiem ludzi i strzelanina Niemców to było chyba najgorsze - wyznaje.

Gdyby spotkał się z młodymi ludźmi, podzieliłby się z nimi nadzieją, że "już takich wojen nie będziemy przeżywać". - Poza tym uważam, że celem człowieka jest pomoc potrzebującemu. Pomoc drugiemu człowiekowi, okazanie mu życzliwości, nieraz współczucia - to jest dla mnie najważniejsze - podsumował Jan Bohdan Gliński, pseudonim "Gbur".

Juliusz Kulesza, ps. "Julek"

"To było przede wszystkim odreagowanie na te pięć lat. Nagle pojawiają się biało-czerwone flagi na ulicach. Dzisiaj dla nas żadna sensacja, w każde święto narodowe miasto jest upstrzone flagami. A wtedy rozstrzeliwali na ulicach - i tu nagle flagi biało-czerwone".

Juliusz Kulesza, pseudonim "Julek".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie miał 16 lat. Był łącznikiem i strzelcem w zgrupowaniu "Róg” w oddziale Podziemnej Wytwórni Banknotów. Walczył na Starym Mieście.

"Zapanował niesamowity entuzjazm, który udzielił się wszystkim"
Wideo: tvn24 "Zapanował niesamowity entuzjazm, który udzielił się wszystkim"

- Mam 90 lat, wiele ciekawych momentów w życiu przeżyłem, ale to były najważniejsze wydarzenia i najważniejszy okres - podkreśla w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN. Mówi, że "jak na żołnierza", to był bardzo młody, "ale w skali Powstania" 16-letni żołnierz nie budził żadnego zdziwienia.

Decyzja o udziale w Powstaniu była dla niego tak oczywista, że trudno mu ją "w tej chwili uzasadniać".

- To był impuls, odruch - podkreśla. - Miałem zakodowane w głowie, że powstania to jest wyznacznik naszego losu. Było to dla mnie magiczne słowo: "Powstanie". To była dla mnie iskra elektryczna, bo nagle te wszystkie zamierzchłe sprawy nabrały dla mnie rangi dnia dzisiejszego, że dziś też mamy powstanie - wyjaśnia "Julek".

Były łącznik i strzelec z Żoliborza mówi, że bardzo istotna była atmosfera, jaka towarzyszyła samemu zrywowi. - Atmosfera po tych pięciu latach niewoli, okupacji, rozstrzeliwania na ulicach, tych rzeczy, które się działy w kaźniach gestapo... To było jak złapanie świeżego powietrza i reakcja na to wszystko. Zapanował niesamowity entuzjazm, który udzielił się wszystkim. Szewcy na Starówce  - pamiętam - wywieszali na swoich warsztatach ogłoszenia: "Powstańcom reperuję buty za darmo" - wspomina.

- Wartość tych moich koleżanek i kolegów, którzy uczestniczyli w tym wszystkim, polega na bezinteresowności. Przecież byliśmy ochotnikami, cała Armia Krajowa to było ochotnicze wojsko. Ta dziewczyna, która czołga się na brzuchu podczas ostrzeliwania, po rannego kolegę... Co jej się tu mogło opłacić? Czego mogła się spodziewać? Tu nie było żadnej kalkulacji. To był tylko odruch, ludzki, wspaniały odruch: ratować drugiego - podkreśla.

Wspomina, że gdy szedł walczyć w Powstaniu, jego ojciec "się panicznie bał" o niego i chciał go przekonać do zmiany decyzji. - Nawet gdyby się położył w progu niczym Rejtan, to przebiegłbym po ojcu. To było silniejsze ode mnie - zaznacza.

Co powiedziałby chłopcu takiemu jak on w chwili, gdy szedł do Powstania?

- Wie pani, mógłbym mówić jakieś hasła z pierwszych stron gazet. Ale powiedziałbym mu jedynie: nie myśl tylko o sobie - podsumowuje Juliusz Kulesza, ps. "Julek".

Kulesza: ciekawy był proces zdobycia wytwórni papierów wartościowych
Kulesza: ciekawy był proces zdobycia wytwórni papierów wartościowych

Eleonora Galica-Zaremba, ps. "Maja"

"Ktoś musiał walczyć o to miasto. Kochaliśmy to miasto, chcieliśmy być wolni. Urodziliśmy w wolnej Polsce i chcieliśmy w wolnej Polsce być".

Eleonora Galica-Zaremba, pseudonim "Maja".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie miała 16 lat. Była łączniczką w zgrupowaniu "Kryska", batalionu "Tum". Powstanie spędziła na Czerniakowie.

"To był dla nas wielki dzień. Pojawiła się radość"
"To był dla nas wielki dzień. Pojawiła się radość"

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miała 16 lat. - Należałam do jednych z tych najmłodszych Powstańców - przyznaje

Galica-Zaremba podkreśla w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN, że nigdy się nie wahała, czy pójść do Powstania. - Mieliśmy dużo optymizmu. Nie uważaliśmy, że ta walka będzie taka dramatyczna. Wierzyliśmy, że Powstanie będzie udane. Tak każdy marzył. Byliśmy bardzo młodzi, bardzo wrażliwi i myślę, że byliśmy po prostu odważni. Nie baliśmy się. Baliśmy się mało. Jeżeli ktoś się bał, to raczej się z tym nie afiszował - wspomina była łączniczka.

"Maja" mówi, że jej mama wiedziała o jej powstańczych zamiarach, o tym, że przygotowuje się do walki. - Przewidywała to, ale trzymałam przed moją mamą tę tajemnicę. Nie chciałam jej denerwować, kiedy chodziłam na szkolenia. W momencie gdy szłam na Powstanie, musiałam się pożegnać z moją mamą. Naturalnie - podkreśla. Dodaje, że był to trudny moment, szczególnie dla mamy.

- W rodzinie wojskowej to nie do pomyślenia, żeby ktoś nie wykonał swojego zadania. To jest zupełnie inny rodzaj wychowania. Cóż, mama musiała sama zostać, a ja musiałam sama biec - opowiada.

Dobrze pamięta emocje, jakie towarzyszyły jej, kiedy wybuchło Powstanie. - To był dla nas wielki dzień. Pojawiły się biało-czerwone opaski, biało-czerwone sztandary tu i ówdzie. Pojawiła się radość - wyznaje.

16-latka, która bierze udział w Powstaniu, "musi sobie po prostu radzić" - podkreśla Galica-Zaremba. - Zdaje sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. Nie było żadnych psychologów, nie było żadnej opieki. Każdy był uważany za osobę - można powiedzieć - dorosłą, która wie, co robi. Tak się traktuje żołnierzy. Nie ma innego traktowania - zaznacza.

Łączniczce z Powstania w pamięci utkwiła szczególnie jedna scena. - W pewnej chwili przybiega  chłopiec. To zawsze na mnie robi wrażenie, ile razy o tym sobie wspomnę. Młody człowiek, jeden z Powstańców przybiega i zwisa mu ręka koloru czarnego. Widać, że to gangrena. On mówi: "Kto mi obetnie tę rękę?" - opowiada. - Błaga o to, żeby mu amputować rękę. Zdaję sobie wtedy sprawę, że nie potrafię, nawet nie wiem, jak. A z nami żadnego lekarza już nie ma. To był dla mnie moment, w którym wybrałam medycynę. Ten moment zaważył na wyborze zawodu na całe życie - wyznaje.

- Najmłodszy z naszych kolegów miał 12 lat - wspomina. - Został przygarnięty jakoś w czasie Powstania Warszawskiego. Miał pseudonim "Mały" i zginął. Był bardzo miłym i wspaniałym chłopakiem - dodaje była łączniczka.

Gdyby przed nią siedziała 16-latka, taka jak ona sama, kiedy szła do Powstania, Galica-Zaremba powiedziałaby jej, żeby "zachowała się w życiu bardzo przyzwoicie, bo to jest to, co naprawdę ma znaczenie".

- Życzę młodemu pokoleniu, żeby nie musieli znaleźć się w naszej sytuacji, żeby żyli w wolnym kraju, gdzie można mówić, pisać, odzywać się i można zachowywać wolność, także wewnętrzną - podkreśla.

- Jestem przede wszystkim Polką, ale jestem również Europejką. Zawsze byłam wychowywana w Europie i kocham Europę. Uważam, że ta Europa nas przygarnęła i trzymajmy się jej kurczowo, bo inaczej może być z nami bardzo źle - podsumowuje Eleonora Galica-Zaremba, "Maja".

Eleonora Galica-Zaremba o swoich początkach w konspiracji
Wideo: tvn24 Eleonora Galica-Zaremba o swoich początkach w konspiracji

Płk Kazimierz Klimczak, ps. "Szron"

"Ci chłopcy nie mieli wątpliwości, że my wywalczymy wolność. Stale mówili: wywalczymy, wywalczymy!".

Pułkownik Kazimierz Klimczak, ps. "Szron".

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miał 30 lat. Był sierżantem w obwodach "Grzymała" i "Waligóra". Walczył na Ochocie i Woli.

"Byłem odpowiedzialny za ich życie i śmierć"
Wideo: tvn24 "Byłem odpowiedzialny za ich życie i śmierć"

Płk Klimczak 15 lutego 2019 roku skończy 105 lat. Jak przyznaje w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN, był jednym ze starszych żołnierzy. - Najstarszego z powstańców, jakiego miałem, to miał 23 lata, a tak to 18, 16 lat. Przychodzili jak ptaki - opowiada.

Przypomina, że wśród osób, które zgłaszały się do niego na Woli, był 12-letni chłopiec. Nie pozwolił mu jednak walczyć.

- Byłem elitarnym dowódcą, skończyłem trzyletnią szkołę kadetów w Koninie - zaznacza pułkownik. - Powiedziałem im, jak się wam nie podoba, to idźcie do domu. Tutaj nie ma przymusu, to jest zryw - opowiada. Nikt do domu nie poszedł, mimo że powstańców, którzy walczyli pod jego dowództwem, trzymał mocną ręką.

Pułkownik podkreśla, że ówczesna młodzież wychowywana była w duchu patriotycznym, dobrze pamiętano o powstaniach w czasach zaborów.

Pułkownik dowodził ponad 120 powstańcami. - Byłem odpowiedzialny za ich życie i śmierć - mówi.

Jak dodaje, bardzo przeżywał śmierć swoich żołnierzy - a ci najodważniejsi, z największym entuzjazmem, ginęli pierwsi. Wyznaje, że walczący z nim młodzi ochotnicy na początku bali się zabijać.  - Mówili, że jeszcze nikogo nie zabili, pytali: "jak ja będę żyć z takim ciężarem na sumieniu". Odpowiadałem: nie wiadomo, czy przeżyjesz, przecież tutaj jest wojna - dodaje.

- Powiedziałem: słuchajcie, my nie chcemy być Katyniem, tych bezbronnych nie zabijaj, nawet jeśli to będzie gestapowiec. Gdy krzykniesz "Haende hoch", a on chwyci za broń - zabić. Ale jak odda broń i podniesie ręce do góry - nie wolno zabijać bezbronnego - opowiada oficer.

- Jak Powstanie wyszło, nie tylko ci młodzi czy dowódcy, ale cała ludność Warszawy nas pozdrawiała, machała flagami, witała nas wszystkich - wspomina ze wzruszeniem.

Do dziś śni mu się Powstanie. - Przetwarza mi się to, czasami męczę się w nocy. Człowiek jest człowiekiem. Będąc w szkole, nigdy nie planowałem, że będę zabijać ludzi - mówi.

- Największe przeżycia pojawiają się, gdy człowiek widzi, że mój dobry przyjaciel - zabity, ten drugi - zabity. Coś się rodzi w człowieku, jakaś nienawiść - dodaje.

Gdyby przed nim usiadł 16-latek, taki jak on w 1944 roku, pułkownik Klimczak powiedziałby mu, żeby pomagał słabym. - Powstanie broniło biednych dziewczyn, starców, pomagało słabszym - podkreśla.

- Widziałem [w Powstaniu - przyp. red.] tę młodzież z zapałem. Chciałbym prosić młodzież, żeby zachowała ideę naszego zrywu powstańczego i tych chłopców, którzy oddali duszę Bogu, serce ojczyźnie, a wolność kolejnym pokoleniom - podsumowuje pułkownik Kazimierz Klimczak, ps. "Szron".

Andrzej Wiczyński ps. "Antek"

"Ten pierwszy moment zabicia pierwszego Niemca zrobił rysę na moim sercu. Długo się z tym nie mogłem pogodzić".

Doktor Andrzej Wiczyński, pseudonim "Antek".

Urodził się 13 sierpnia 1926 roku w Warszawie. Uczęszczał do Państwowego Gimnazjum imienia Stefana Batorego w Warszawie. W czasie okupacji należał do tajnego harcerstwa, które w 1941 roku przemianowane zostało na Szare Szeregi.

Poszedł do Powstania w wieku 18 lat, w randze plutonowego podchorążego. Od 17 sierpnia 1944 roku był dowódcą plutonu 227 w II obwodzie Armii Krajowej "Żywiciel". Walczył na Żoliborzu.

"Wiedziałem, że mogę zginąć i przyjąłem to do wiadomości"
Wideo: tvn24 "Wiedziałem, że mogę zginąć i przyjąłem to do wiadomości"

 

Wiczyński w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN, przyznaje, że przed Powstaniem zdarzyło się mu zabić "paru Niemców, głównie gestapowców i żandarmów". Nie wie jednak, jak wielu przyszło mu zabić w trakcie Powstania.

- Jest takie stare powiedzenie, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Kiedy jestem dowódcą plutonu, sześćdziesięciu sześciu chłopaków, sam jestem sześćdziesiąty siódmy, idziemy do natarcia i strzelamy wspólnie, to nie wiem, czy tych Niemców trafia moja kula, czy kula moich podkomendnych - opowiada Wiczyński.

Jego pluton składał się głównie z 14- i 15-latków. Najstarszy miał niecałe 16 lat. - Pierwszym dowódcą plutonu 227 był mój przyjaciel Adam Hebrowski. On był pierwszym przywódcą, ja jego zastępcą - wyjaśnia.

- Śmierć Adama była dla mnie najcięższym przeżyciem w sensie porównawczym do śmierci innych moich chłopców - wyznaje.

- Nie bałem się o swoje życie - podkreśla. - Wiedziałem, że mogę zginąć i przyjąłem to do wiadomości. Ale bałem się o moich chłopców, wspaniałych chłopców, urwisów na potęgę, którzy szli do każdego natarcia z pogardą wobec śmierci. To był dla mnie zaszczyt, że byłem ich dowódcą. Uważam ich za wspaniałych żołnierzy, wszystkich, in corpore. Tak jak stali. To było sześćdziesięciu sześciu chłopców, którzy także myśleli - tak przynajmniej sądzę - że mogą zginąć, ale mieli w sobie to coś, ten olbrzymi patriotyzm, wolę walki i zwycięstwa - wymienia.

Dzień osiemnastych urodzin Wiczyńskiego przypadł na drugi tydzień Powstania. - Chyba nie obchodziłem urodzin - przypomina sobie. - Dorosłym zostałem w momencie, gdy zabiłem pierwszego Niemca, czyli jak miałem 15 lat. Wtedy straciłem dzieciństwo - podkreśla.

Na pytanie, dlaczego został lekarzem chirurgiem, odpowiada krótko: - To jest spłata długu.

- Jak by nie było mam na sumieniu parę bądź paręnaście śmierci. Moja sześćdziesięcioparoletnia praca w zawodzie chirurga była w jakimś sensie spłatą mojego długu i tego, że miałem jak gdyby dwie twarze: człowieka, który zabijał, i człowieka, który ratował - mówi.

Dr Andrzej Wiczyński: przystąpienie do Powstania było pewnym impulsem
Wideo: tvn24 Dr Andrzej Wiczyński: przystąpienie do Powstania było pewnym impulsem

Gdyby siedział przed nim kilkunastoletni chłopiec, taki jak on, kiedy szedł do Powstania, powiedziałby mu: - Po pierwsze, obyś nigdy - ale to nigdy - nie przeżył okupacji, nie przeżył Powstania, bo to były straszne czasy.

Jego zdaniem "Powstanie było wielką pomyłką, choć musiało do niego dojść".

- Ale życzę ci, abyś kochał tak Polskę, swoją ojczyznę, jak kochałem ją ja, jak dla niej byłem gotów poświęcić nawet swoje życie - dodaje.

- Patrzę na to, co się w tej chwili dzieje w Polsce - a dzieje się wiele złego, rzeczy, z którymi się nie godzę. Tak nie ma prawa być, że Polak Polakowi lupus est, czyli Polak Polakowi jest wilkiem. Nie godzę się na podział: ty jesteś pisowiec, a ty jesteś PO. Może to zabrzmi brzydko, ale ja sobie nie wymarzyłem takiej Polski - podsumowuje Andrzej Wiczyński, pseudonim "Antek".

"Z punktu widzenia psychologicznego Powstanie Warszawskie było nieodzowne"
Wideo: tvn24 "Z punktu widzenia psychologicznego Powstanie Warszawskie było nieodzowne"

Hanna Stadnik, ps. "Hanka"

"Dopiero gdy zobaczyłam pierwszych rannych i pierwszego, który zginął, to wtedy zaczęłam myśleć, że Niemcy mają nad nami przewagę".

Hanna Stadnik (z domu Sikorska), pseudonim "Hanka".

Urodziła się 23 lutego 1929 roku w Warszawie. W trakcie Powstania była sanitariuszką, walczyła w pułku "Baszta" na Mokotowie. Do Armii Krajowej dołączyła rok wcześniej. Jako czternastolatka przeszła szkolenie sanitarne.

"Widać było tę Polskę, którą kochaliśmy, którą znaliśmy ze swoich dziecięcych lat"
Wideo: tvn24 "Widać było tę Polskę, którą kochaliśmy, którą znaliśmy ze swoich dziecięcych lat"

Do Powstania dołączyła jako 15-latka razem ze starszą siostrą. - Rodzice wiedzieli - przyznaje. - O jedenastej przyszedł do nas młody chłopiec, mniejszy jeszcze od nas. Poinformował, że godzina "W" to 17.00. Chwyciłyśmy za torby sanitarne. Mama nas wyściskała i prosiła: "Tylko tak z tyłu się trzymajcie, nie chodźcie do przodu". Powiedziałam jej: "Mama, przecież mamy rannych zbierać, przecież musimy iść do przodu" - opowiada Hanna Stadnik w rozmowie z Magdą Łucyan, reporterką "Faktów" TVN.

- Wtedy się jeszcze zupełnie nie bałam. Nie było lęku. Już wcześniej przenosiłyśmy broń z siostrą. W konspiracji byłam od roku. Byłyśmy nastawione, że po prostu tak trzeba - podkreśla. - Dopiero jak się pierwsza krew polała, to wtedy było widać, że troszeczkę strach nas ogarnia - dodaje.

"Hanka" zawsze będzie pamiętać 1 sierpnia 1944 roku. - Obie z siostrą - już po pożegnaniu - wychodzimy z bramy i tuż za nami idą trzej chłopcy, którzy zaczynają nucić piosenkę "Hej, chłopcy, bagnet na broń". Też im odpowiadamy: "Hej, chłopcy, bagnet na broń" - wspomina.

Stadnik pamięta, że czuło się wtedy, w dzień wybuchu Powstania, jak bardzo Polacy chcieli "tę wolność odzyskać, żebyśmy mogli żyć w wolnym kraju". - W domach od razu były biało-czerwone flagi. Dostałyśmy biało-czerwone opaski. Widać było tę Polskę, którą kochaliśmy, którą znaliśmy ze swoich dziecięcych lat - podkreśla.

"Wolności nie daje się na zawsze"
Wideo: tvn24 "Wolności nie daje się na zawsze"

Pierwszym mocnym powstańczym przeżyciem była strata kolegi, z którym bawiła się w berka w parku Dreszera. Pewnego dnia do punktu, w którym stacjonowała wraz z siostrą, wbiegł ktoś i powiedział: "Dziewczynki, jest ranny". - Bierzemy nosze, idziemy do parku Dreszera. Patrzę, a to ten kolega. Biały, nie widać w ogóle krwi - wspomina. - Siostra bierze za rękę, żeby tętno zmierzyć. Ja biorę ręką pod jego głowę, a tu mózg wypływa. Wczoraj się w berka ganialiśmy, a dziś już nie żyje - dodaje.

- Do parku Dreszera nie chodziłam do czasu, aż wybudowaliśmy tam ten pomnik. Nie mogłam - wyznaje. Pomnik Mokotów Walczący, wykonany z pękniętego na dwoje głazu, stanął w parku dopiero w 1985 roku. - Tam właściwie był cmentarz, mały cmentarz Powstańców - wspomina "Hanka". Emocje z tym związane czuje do dziś. - Trudno, takie było życie. Muszę powiedzieć, że nie chciałabym nawet, żeby było inne. Bo się czegoś człowiek nauczył w tych czasach - zaznacza.

Gdyby naprzeciw niej usiadła 15-letnia dziewczyna, taka jak ona, kiedy szła do Powstania, Stadnik powiedziałaby jej, że w życiu ważne jest, aby "być uczciwym, solidnym, z empatią do innych".

- Bardzo ważne jest, żeby pomóc innym, którzy są słabsi od nas - podkreśla. Jej zdaniem takiego podejścia brakuje w naszym społeczeństwie.

Co sądzi, patrząc na dzisiejszą Polskę, stwierdza: - Jest mi przykro, że w ostatnich latach źle się dzieje z Polską. Bardzo się tym martwię - podkreśla była sanitariuszka.

- My już odchodzimy na wieczną wartę. Nie mówię tego z przykrością, bo to normalne: jeśli ktoś się urodził, musi odejść z tego świata. Ale proszę wszystkich: jak nas już nie będzie, pamiętajcie o nas - apeluje Hanna Stadnik, "Hanka".

Hanna Stadnik, ps. "Hanka", opowiada o obowiązkach sanitariuszki
Wideo: tvn24 Hanna Stadnik, ps. "Hanka", opowiada o obowiązkach sanitariuszki