logotyp tvn24

Grzegorz Miecugow. Wspomnienie

Dla jednych był przyjacielem, redakcyjnym kolegą, mistrzem. Dla innych panem z "Faktów" czy "Szkła kontaktowego". Grzegorz Miecugow zmarł 26 sierpnia 2017. I trudno uwierzyć, że minął już rok. - Grzesiek nie był jednowymiarowy. Jego nie da się określić, że był niebieski albo zielony. W zależności od perspektywy miał różne barwy - mówi Dominika Sekielska, jego przyjaciółka i producentka "Szkła kontaktowego". Postanowiliśmy spróbować tę wielowymiarowość pokazać.

Nie chciał być dziennikarzem

Dorastał w niezwykłym, pełnym legend miejscu - w Domu Literatów przy ul. Krupniczej 22 w Krakowie. Tu mieszkał aż do wyprowadzki na studia filozoficzne do Warszawy. Jak sam mówił, był krnąbrnym uczniem, jako siedmiolatek seplenił. Nauczył się wypowiadać "sz" tuż przed pójściem do pierwszej klasy. Jako 12-latek przypadkiem spowodował pożar w mieszkaniu, który sam ugasił.

Chociaż przez lata nie wiedział, kim chce zostać, gdy dorośnie, był pewien jednego: nie chciał zostać dziennikarzem. Był synem słynnego krakowskiego dziennikarza i pisarza Brunona Miecugowa i - jak później mówił - uważał, że pójście w ślady ojca byłoby pójściem na łatwiznę.

Grzegorz Miecugow nie chciał być dziennikarzem
Wideo: UWAGA! TVN Grzegorz Miecugow nie chciał być dziennikarzem

- Pewnie był jakiś kompleks, że gdybym miał zostać dziennikarzem, musiałbym się mierzyć z ojcem. Chyba byłoby to trudne. Miałem takie poczucie, że syn adwokata nie musi być adwokatem, a syn lekarza - lekarzem. To byłoby takie proste - wspominał Miecugow w "Dzień Dobry TVN" w 2012 roku. 

Miał wiele pomysłów na siebie. Jako kilkulatek chciał zostać fryzjerem, bo - jak tłumaczył - mama chodziła często do fryzjera. Potem chciał zostać strażakiem, marzył, żeby zostać kierowcą rajdowym.

- Później przez lata chciałem być pilotem, miałem wujka, który latał i często mnie zabierał a to do szybowca, a to do jakiegoś samolotu. Ale szybko mi się oczy popsuły w liceum, więc przestałem myśleć o lataniu. Marzyłem o tym, żeby zostać sprawozdawcą sportowym - opowiadał w "Mieście kobiet" w TVN Style.

Jako dziecko i nastolatek był bardzo przekorny, chociaż tę wrodzoną i pielęgnowaną cechę charakteru przytemperowało harcerstwo. Jako czwartoklasista wstąpił do legendarnej krakowskiej Szarej Siódemki. - Harcerstwo nie pozwoliło mi być rozpieszczonym bachorem - wyznał kiedyś Miecugow - Szara Siódemka zrobiła pewnie ze mnie człowieka - dodał.

Za sugestią polonistki prof. Zofii Rychlowej poszedł na filozofię. Chociaż dostał się na Uniwersytet Jagielloński, po miesiącu napisał prośbę do władz Uniwersytetu Warszawskiego o przeniesienie. Tak wylądował w Warszawie. Ciągle jednak tylko jedną nogą: tak zorganizował sobie zajęcia, żeby w środy wieczorem wracać do Krakowa.

W czasie studiów podejmował się różnych zajęć. W 1978 roku na przykład wyjechał do Paryża. Jak sam wspominał, do stolicy Francji dotarł dzień przed wyborem Karola Wojtyły na papieża. Po kilku dniach poszedł przed Sorbonę szukać pracy. Tam zaczepiła go pewna, kobieta - Polka, madame Truszkowska, która szukała Polaka do opieki nad dwuletnim synem. Jak wspominał, poznała go po butach. Do jego zadań należała opieka nad małym Aleksandrem, ugotowanie czasem obiadu, przyniesienie mięsa dla psa od rzeźnika.

Gdy postanowił wrócić do Polski, spotkał go komplement. - Madame Truszkowska zaproponowała mi podwojenie pensji, żebym tylko został na stałe, bo byłem świetną gosposią - opowiadał po latach.
Po powrocie do Polski i na studia dostał pracę w powstającym właśnie Teatrze Na Rozdrożu, gdzie pierwsze zajmowane przez niego stanowisko nazywało się "maszynista sceny".

Dwa lata później, w 1980 roku, trafił do radia. Trochę przez przypadek. Tak znalazł się w mediach, z którymi związał się na następne 37 lat.

Źródło: archiwum prywatne Młody Grzegorz Miecugow w otoczeniu przyjaciół

"Balcerowicz Trójki"

Przez kolejne lata błąkał się od redakcji do redakcji Polskiego Radia i Warszawskiego Ośrodka Radiowo-Telewizyjnego. Przez jakiś czas był w redakcji kulturalnej, później trafił też do rolnej, gdzie jego głównym zadaniem było donoszenie pozostałym pracownikom jarzębiaka.

Co ciekawe, został reporterem informacyjnym dzięki propozycji, jaką złożył mu jeden z szefów redakcji w Polskim Radiu - Wiesław Johann, bezpartyjny były sportowiec, który później skończył prawo. - Wiesiek był i jest niezwykle przyzwoitym człowiekiem, a dla mnie zaczął się rok pracy w niczym nieskrępowanej rzeczywistości - wspominał Miecugow w 2012 roku. Obecnie sędzia Johann jest wiceprzewodniczącym nowej Krajowej Rady Sądownictwa.

Później Miecgow trafił jeszcze do redakcji dziecięcej, gdzie napisał swoje pierwsze słuchowiska radiowe.
W 1984 roku na świat przyszedł syn - Krzysztof. To był okres, gdy rodzinie Miecugowów nie było łatwo finansowo.

Źródło: archiwum prywatne Rodzina Miecugowów z czasów, gdy Krzysztof nazywany był "Gruchą"

Kilka miesięcy później Grzegorz pojechał czerwoną ładą do Wiednia. Przez pierwsze dni kopał rowy pod rury, pracował przy sprzątaniu piwnic czy domów po przeprowadzkach, aż w końcu dostał pracę w zakładzie stolarskim. Jego głównym zadaniem było wożenie stolarzy - dwóch Polaków - na montaże. Jednak wykorzystał ten czas i sam nauczył się elementów stolarki, po latach z dumą mówił, że w piwnicy stoi stół, który sam zrobił.

Po powrocie do Warszawy wrócił do radia. - Na nagrywany przez nas magazyn "Między nami" nie przyszedł lektor i z braku laku padło na mnie - wspominał. Poszło mu nieźle. Czytał i nagrywał coraz więcej rzeczy. W 1986 roku wymyślił "Bublotekę" - listę najgorszych przebojów.

- Wyobrażałem sobie to tak, że zaproponujemy jakieś badziewne naszym zdaniem piosenki i potem złośliwie je skomentujemy - opowiadał.

W lutym następnego roku trafił do Trójki. Został szefem redakcji "Zapraszamy do Trójki", którą to audycję w dużym stopniu zredefiniował. A stało się to dzięki zespołowi, w którym miał ogromne wsparcie.

Trzy lata później został szefem programowym stacji. Został zwolniony po tym, jak postawił się prezesowi w sprawie wynagrodzenia swoich zastępców. Chciał nawet oddać im swoją premię kwartalną. Prezes się nie zgodził.

- To jest radio mojej młodości. Jedyne radio dla młodej inteligencji w czasach, kiedy mieszkałem jeszcze w Krakowie - wspominał przy okazji jubileuszu 50-lecia powstania radiowej Trójki. - To już jest taka legenda. To jest coś, co w historii polskiego radia zapisało się złotymi zgłoskami, a w dodatku jeszcze cały czas dokłada nowe zgłoski - podkreślał były szef programowy tego radia.

"To jest radio mojej młodości"
Wideo: tvn24 "To jest radio mojej młodości"

Był dumny z tego, co zrobił w Trójce, bo – jak mówił – zmiany, które zaprowadził „były rewolucyjne” - Byłem trochę takim Balcerowiczem Trójki – powiedział w wywiadzie rzeka "Szkiełko i wokół".

Ostatni program w Trójce prowadził w lutym 2001 roku, gdy był już pracownikiem TVN24.

- Trafiłem do telewizji, kiedy nadeszły nowe czasy i telewizja potrzebowała nowych twarzy, których nie było skąd brać - mówił.

Na stałe z telewizją związał się zaraz po upadku rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 roku. Rok później zrobił jeden z najgłośniejszych materiałów newsowych - o głosowaniu na dwie ręce zarówno w obozie, który wówczas rządził, jak i wśród posłów socjaldemokratów i ludowców. Razem z Tomaszem Lisem i Jolantą Pieńkowską tworzyli autorski program informacyjny, który przez lata przyciągał milionową widownię.

W lutym 1997 roku odszedł do nowej telewizji - TVN - współtworzonej przez Mariusza Waltera.

Źródło: archiwum prywatne Archiwalna reklama prasowa TVN

"Poczucie, że jest się w czymś, co lepi świat, jest wartością”

Wystartowaliśmy po południu trzeciego października (1997 roku - red.). Najpierw prezes powiedział telewidzom, że bardzo się cieszy, że jest nowa telewizja, jakie ma plany i co obiecuje. Tyle tylko, że stał w przejściu między dwoma studiami.  Kamery były tak ustawione, że widać było głównie jego plecy. I to nie przez kilka sekund, tylko przez kilka minut. Prezes mówił do narodu tyłem - wspominał 15 lat później początki w nowej stacji.

- Myśląc o panu Grzegorzu, mam w pamięci, że był pierwszym człowiekiem, o którym pomyśleliśmy, że powinien wzmocnić nasz raczkujący dopiero team i po którego sięgnęliśmy namawiając go, by przeszedł do naszej stacji - wspomina Mariusz Walter, twórca TVN. - Był dziennikarzem czystej wody. Człowiekiem zbudowanym z wiedzy, z pasji do wykonywania tego zawodu, niezwykle spolegliwym wobec problemów, które czasem zaistniały na antenie na żywo - podkreśla. Jak dodaje, spokój, z jakim Miecugow reagował na sytuacje antenowe, powinien być wzorem dla młodych dziennikarzy.

Dwa lata później odszedł z TVN. Przez dwa lata współpracował z marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim. Jesienią 2000 roku zadzwonił do niego Maciej Sojka, któremu Walter zaproponował stanowisko prezesa TVN24. Sojka zaoferował Miecugowowi powrót do TVN-u, tym razem miał zostać zastępcą Adama Pieczyńskiego, któremu powierzono szefowanie pierwszemu polskiemu kanałowi informacyjnemu.

- Mój pierwszy dzień pracy w TVN24 to był ten dzień, kiedy oni (Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski i Donald Tusk - red.) wystąpili po raz pierwszy razem na konferencji prasowej w hotelu Sheraton - zauważył po latach.

Później wielokrotnie wspominał pierwsze dni od startu. Zarówno to, że przez długi czas nie wiedzieli dokładnie, kiedy kanał wystartuje, jak i to, że 8 sierpnia 2001 roku - dzień przed startem - wysłał do Pieczyńskiego list, w którym pisał, że start 16 godzin później jest decyzją "skrajnie nieodpowiedzialną".

Źródło: L. Wróblewski/PAP Warszawa, 9.08.2001. Grzegorz Miecugow oraz dziennikarze i realizatorzy oglądają pierwsze minuty nowego programu informacyjnego TVN24

Stacja jednak ruszyła. - Byłem przerażony. O 12.00 nie było przebacz - wyznał.

- Zostaliśmy skonstruowani z myślą o tym, że co pewien czas świat staje dęba, wariuje i te wariacje trzeba pokazać na żywo - tłumaczył 15 lat później. Trafił w punkt, bo chociaż TVN24 ruszył 9 sierpnia, większość Polaków była przekonana, że kanał wystartował 11 września, w dniu ataków na Nowy Jork i Waszyngton.

- 11 września pokazał, że to ma sens; że to w dzisiejszym szybkim świecie ma i ręce, i nogi. Nie wiedzieliśmy natomiast wtedy, że to zmienia świat - ocenił. - Nigdy nie przypuszczaliśmy, że zajdziemy tak daleko. Za nami miliony godzin pracy, miliony plików do zapisania, pod naszymi nogami jest miliony kabli. To jest niebywałe przedsięwzięcie - stwierdził.

"Poczucie, że jest się w czymś, co lepi świat, jest wartością”
Wideo: tvn24 "Poczucie, że jest się w czymś, co lepi świat, jest wartością”

- Świat się zbanalizował, czyli nam wszystkim wystarczają mniej głębokie informacje, tylko powierzchowne. Świat już wie, co to jest terroryzm. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, bo dopiero za 23 dni miał nastąpić ten największy atak terrorystyczny w historii świata. Świat nie przypuszczał, że jakiś kraj może zbankrutować tak po prostu, świat nie wiedział, że Amerykanie mogą się zachwiać. Wszystko jest inaczej - tłumaczył.

Po latach zwracał uwagę, że przez te 16 lat istnienia TVN24 "wszystko się zmieniło". - My przyspieszyliśmy pewne procesy. Życie zaczęło szybciej dzięki nam się toczyć - polityczne również. Dlatego, że reakcja na pewne słowa zapada tego samego dnia. Politycy polemizują ze sobą na naszej antenie, to jest ewidentne przyspieszenie. Ale czy to by się nie zmieniło bez nas? Nie wiem. Nie ma historii równoległej - wyjaśniał.

- Najważniejszą wartością TVN24 jest takie prawdziwe, realne wpłynięcie na rzeczywistość, na świat. Zmienienie tego świata. Uważam, że na lepsze, ktoś inny może uważać, że nie. Ale ta zmiana - czyli poczucie, że było się i jest się w czymś, co lepi świat, jest tą wartością – mówił.

Źródło: Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta Grzegorz Miecugow, dzień po starcie TVN24 (10.08.2001)

Na pomysł zrobienia "Szkła kontaktowego" wpadł w 2004 roku redaktor naczelny TVN24 Adam Pieczyński.

Tomasz Sianecki, który razem z Miecugowem tworzył program, wspomina, że "Adam był gdzieś chyba w Portugalii i wymyślił sobie, żeby były dwie osoby - dziennikarz i jego gość, które luźno komentowałyby z udziałem widzów wydarzenia dnia". Miało to być, jak podkreśla Sianecki, "bez żadnego zadęcia czy silenia się na politologiczne analizy".

- Adam wymyślił zarówno samą nazwę "Szkło kontaktowe", jak również to, że prowadzącymi program będą Grzegorz i ja - dodaje. - Powiedział, że będzie to taka radiowa formuła pomimo tego, że w telewizji, a my obaj robiliśmy to w "Zapraszamy do Trójki". Adam wiedział, że udźwigniemy to, stąd też pomysł, żeby pierwszy program zrobił Grzegorz z Krzyśkiem Daukszewiczem, a drugi ja z Tomkiem Jachimkiem - wspomina.

Sam Miecugow mówił, że jest to "pierwszy program, który odwracał relacje: my nadajemy, wy odbierajcie". - Mówił: my nadajemy, ale może wy do nas coś nadajcie, to my to powtórzymy za wami - podkreślał.

Podczas wyjazdowego "Szkła kontaktowego" w Darłowie zgasło światło, przyczyna była prosta - awaria prądu spowodowana przez huragan czy z podobnych powodów. - Grzesiek był mistrzem takich sytuacji. Absolutnie się ich nie bał, był na nie przygotowany – wspomina Dominika Sekielska, producentka, kierownik redakcji "Szkła kontaktowego", prywatnie przyjaciółka Miecugowa. - Jak w Darłowie zgasło światło, nie przeszkodziło mu to prowadzić dalej program. Powiedział: zgasło światło, ale jesteśmy z państwem dalej. Zresztą, człowiek radia nie potrzebował zbyt dużej ilości światła - dodaje ze śmiechem.

Podczas jednego z odcinków "Szkła kontaktowego" zgasło światło
Wideo: tvn24 Podczas jednego z odcinków "Szkła kontaktowego" zgasło światło

- Po pierwszych rządach PiS-u, gdy "Szkło kontaktowe" wystrzeliło, ojciec przestał prowadzić poranki polityczne, które robił zamiennie chyba z Kasią Kolendą-Zaleską, przestał się emocjonować polityką. Odszedł od niej, nie robił tego tak jak wcześniej. Im był starszy, tym mniej przynosił to do domu. Tak mi się wydaje. Od pewnego momentu bardziej niż polityką emocjonował się piłką nożną i Scrabblem - opowiada Krzysztof Miecugow.

Mniej więcej w 2009 roku Grzegorz Miecugow przestał lubić politykę, a w zasadzie polityków.

- Pamiętam dokładnie moment, w którym przestał zajmować się polityką. Rozmowy polityczne przestały go ciekawić. Mówił, że politycy nie mają już nic ciekawego do powiedzenia. Widział to – o czym mi mówił - że stopniowo coraz mniej ciekawych polityków przychodziło do studia. Takich, z którymi można byłoby porozmawiać. Wydaje mi się, że politycy starej daty, którzy byli istotni w latach 90., mieli w sobie więcej klasy. Pamiętam, że budziło to w nim frustrację, zdenerwowanie, że przychodził jakiś matołek, któremu jakiś PR-owiec albo inny szefuniu do spraw programowych dał wytyczne do powtarzania. Dokładnie powiedział, że zadawał jedno czy dwa pytania i wiedział, że ten polityk nie ma nic do powiedzenia, a to były pierwsze trzy minuty rozmowy i przed nim było kolejnych siedem - wspomina syn Grzegorza.

- Ja mam tak złe zdanie o polityce, że jak ktoś mi mówi, że jestem zwolennikiem PO, to tylko z politowaniem kiwam głową. Dlatego że jestem w tej chwili przeciwnikiem wszystkich partii - podkreślał Grzegorz Miecugow w rozmowie z gazeta.pl w 2016 roku.

Ostatnie "Szkło kontaktowe" z udziałem Miecugowa
Wideo: tvn24 Ostatnie "Szkło kontaktowe" z udziałem Miecugowa

"Nie był gadułą"

Tato traktował swoją pracę jako pasję. Ojciec lubił być dziennikarzem, gadać z ludźmi, wyjaśniać im, lubił słuchać ludzi. Fascynowały go różne punkty widzenia na różne sprawy. To wynikało właśnie z podstawy filozofii. Miał w sobie przekonanie, pełne zrozumienie tego, że nawet jeśli człowiek ma racje, to i tak nie będzie o tym wiedział. Nie ma przecież tych wszystkich prawd spisanych. Wszystkie nawet teoretycznie najbzdurniejsze poglądy mają rację bytu. Chyba to najbardziej lubił - opowiada Krzysztof Miecugow.

Dodaje, że "Inny punkt widzenia" był tym, "co najbardziej lubił w dziennikarstwie, czyli możliwość spotkania, porozmawiania i posłuchania kogoś mądrego". - Wszyscy goście wydawali się tacie ciekawi. Myślę, że w tym programie było to, co tata najbardziej lubił i cenił w dziennikarstwie: brak showmeństwa i dogłębne wchodzenie w temat, a nie jakieś trzyminutowe fiu-bździu po wierzchu. Chodziło po prostu o porozmawianie z innym człowiekiem o jego przemyśleniach. Tym najbardziej się emocjonował. Gdy mówił o tych rozmowach, to aż mu się oczy zaczynały świecić. Uwielbiał to - wspomina.

- Lubię ludzi. Kredytuje ich na początku poznania dużym zaufaniem. Z ludźmi można rozmawiać o wszystkim, o pogodzie, o dzieciach, o psach, o kotach, o wpadkach, o potknięciach, o sukcesach, o radościach - tłumaczył kiedyś Grzegorz Miecugow.

- Pamiętam, że po jednym z jego najważniejszych wywiadów, czyli ze Stanisławem Lemem... Jeszcze przed tą rozmową jeździł po różnych antykwariatach, żeby znaleźć przedwojenne pocztówki i zdjęcia z Lwowa. Chciał dać je Lemowi w prezencie. Spełniało się wtedy jego marzenie z dzieciństwa, był wielkim fanem Lema. To chyba był jego ulubiony pisarz. Po wywiadzie bardzo przeżywał tę rozmowę. Mówił, co mu opowiedział, jak się ucieszył z tych zdjęć. Bardzo często przytaczał fragmenty z tych rozmów - podkreśla Krzysztof Miecugow.

Stanisław Lem w rozmowie z Grzegorzem Miecugowem
Wideo: Archiwum "Inny Punkt Widzenia" Stanisław Lem w rozmowie z Grzegorzem Miecugowem

Tak jak w przypadku "Szkła kontaktowego" tytuł "Innego punktu widzenia" wymyślił Adam Pieczyński. I oddawał bezbłędnie ideę programu Miecugowa. Zanim blisko 40-minutowy program stał się regularną częścią ramówki, Miecugow nagrał kilka rozmów z wybitnymi i znanymi: Andrzejem Mleczko, Stanisławem Lemem i Krystyną Jandą. Było to w 2003 roku. Do 2007 roku cykl liczył ponad 150 spotkań.

W 2010 roku, po tym jak Miecugow definitywnie odszedł od rozmów z politykami, Pieczyński zdecydował, że "Inny punkt widzenia" będzie emitowany w niedzielę o 23.30. Program przyciągał naprawdę imponującą widownię: ponad 150 tysięcy osób. Aż tyle osób osób chciało wysłuchać blisko 40-miutowej mądrej i niczym nieprzerwanej rozmowy z nie zawsze powszechnie znanym wybitnym przedstawicielem nauki, sztuki czy życia społecznego.

Trzy lata później opublikowana została pierwsza książka, zawierająca wybrane rozmowy z programu.

- To jest 21 rozmów z różnymi osobami, z naukowcami, specjalistami różnych dziedzin - mówił o książce Miecugow. - Każde takie spotkanie to jest w pewnym sensie poznanie człowieka. Są osoby, które się bardzo obawiają tych rozmów. Zdarza mi się, że komuś, kto jest niezwykły bywać w telewizji, mówię tak: jeżeli pani będzie niezadowolona z rozmowy, to mogę z niej zrezygnować – wyjaśniał.

"Często jestem pytany, jak przygotowuję się do tych wywiadów (do 'Innego punktu widzenia' - red.), Przyznam, że jest to dla mnie dość kłopotliwe pytanie, bo nie przygotowuję się specjalnie za długo. W rozmowie dość ważne jest zadanie pierwszego pytania. Najczęściej drugie pytanie znajduje się w odpowiedzi na pytanie pierwsze. Rozmowa to coś takiego jak płynięcie po jeziorze łódką z dwoma sterami. Mniejszy ster jest w moich dłoniach, większy trzymają dłonie rozmówcy. To jeziorko, a czasem nawet jezioro, po którym pływamy, jest lepiej znane rozmówcy czy rozmówczyni. To jest ich akwen, to oni wiedzą która zatoczka jest piękna, a wtedy prawie na pewno dopłyniemy do miejsca pięknego i ciekawego" - pisał Miecugow we wstępie o pierwszego tomu "Innego punktu widzenia" z 2013 roku.

Do swojej śmierci nagrał ponad 400 rozmów.

"Każde takie spotkanie to jest w pewnym sensie poznanie człowieka"
Wideo: tvn24 "Każde takie spotkanie to jest w pewnym sensie poznanie człowieka"

Jednym z gości programu był Wojciech Malajkat, aktor, reżyser, pedagog i obecnie rektor Akademii Teatralnej w Warszawie.

- Przekonałem się wtedy, że jest kapitalnym rozmówcą, który uosabiał kwintesencję dziennikarstwa. Był człowiekiem, który chce się czegoś dowiedzieć, a nie załatwia wszystkiego za swojego rozmówcę - wspomina.

- "Inny punkt widzenia" to był jego ulubiony program. Był z niego dumny - podkreśla Marek Przybylik, jeden z komentatorów "Szkła kontaktowego" a także wydawca trzech książek Miecugowa.

- Sukces tego programu polegał na tym, że Grzegorz potrafił słuchać. Nie raz jego rozmówcy zauważali, że były to ich jedyne podczas których, dziennikarz pytał i słuchał, co, mają do powiedzenia. Kolejne pytania wynikały z przebiegu rozmowy, a nie z listy przygotowanych wcześniej na kartce - bo takich nigdy nie miał. Miał wyjątkowy talent do prowadzenia wywiadów czy prowadzenia poważnych dyskusji. Bardzo dziś rzadko spotykany - zaznacza.

Także prywatnie Grzegorz Miecugow był uważnym słuchaczem. - Gdy go coś zainteresowało, potrafił słuchać i rozmawiać. Nie był gadułą - dodaje Przybylik.

Fragmenty pierwszych odcinków "Innego punktu widzenia"
Wideo: tvn24 Fragmenty pierwszych odcinków "Innego punktu widzenia"

"Dżentelmen słowa"

- Myślę, że nie ma brzydkich słów. Zależy, jak się ich użyje. Tak sobie myślę o tej naszej polszczyźnie, którą kocham, wielbię i z której żyję tak naprawdę - mówił Miecugow podczas uroczystości przyznania mu tytułu Mistrza Mowy Polskiej w 2015 roku.

Grzegorz Miecugow Mistrzem Mowy Polskiej (wideo archiwalne)
Wideo: tvn24 Grzegorz Miecugow Mistrzem Mowy Polskiej (wideo archiwalne)

- Dysponował jedną wspaniałą bronią, nie tak częstą na antenach telewizyjnych: był mistrzem słowa - podkreśla Mariusz Walter, współtwórca TVN. - Potrafił tak skrócić swoje pytanie, żeby jego celność nic nie utraciła ze swojej wartości, ale żeby nie opisywać go rozwlekłą frazą - tłumaczy.

- To był prawdziwy dżentelmen słowa – zauważa Walter. - W innych zachowaniach również wykazywał się akceptacją a priori swojego rozmówcy. Nawet jeśli miał uruchomić ten swój złośliwy uśmieszek i zadać trudne pytanie, to tylko w tym celu, żeby jego rozmówca miał szansę zademonstrować, jak wychodzi z trudnych sytuacji. To był człowiek życzliwy innym - opowiada.

Jednak Krzysztof Miecugow zwraca uwagę, że jego ojciec nie był restrykcyjny jeśli chodzi o język. - Wręcz przeciwnie - dodaje.

Podobnego zdania jest Dominika Sekielska. - Sam popełniał błędy jak każdy z nas i źle reagował, gdy wytykało się mu te błędy. Pamiętam, że widzowie często pisali, że zamiast "dzisiaj" mówi "dzisiej". On się kłócił, że tak nie mówi, na co odpowiadałam, że skoro widzowie tak słyszą, to może coś w tym jest - wspomina.

- Był wrażliwy na logikę wypowiedzi i na poprawne używanie słów. Nie lubił przeklinania. Zdarzało mu się użyć wulgaryzmu w emocjach, gdy go coś zdenerwowało. W rozmowie nie przeklinał i raziło go to u innych, a podczas narad i dyskusji dziennikarze nie są tak poprawni jak w telewizji. Był wrażliwy, gdy słyszał wulgarny język na ulicy i potrafił zwrócić komuś uwagę. Podobnie u nas na zebraniach, gdy ktoś nadużywał przekleństw to zwracał uwagę, żeby tego nie robić – opowiada Sekielska.

- Uważnie śledził, co piszemy na antenie na paskach, na belkach komentatorskich. Często pojawiały się tam rzeczy dziwne, myśli bardzo skrócone. Denerwowała go ta skrótowość języka. To nie było jego, było to posunięte za daleko. Nie był jednak radykałem – podkreśla. - Akceptował na przykład zmiany w języku, bo to żywy organizm, więc nie oburzał się na nowe słowa wchodzące do użytku. Chętnie słuchał młodzieży, ciągle się uczył. Jako dostojny dyrektor żegnał się słowami: no to bu (buziaki) i w jego przypadku nie było sztuczne ani wymuszone – opowiada redaktorka.

Producentka "Szkła kontaktowego" opowiada, że "język był mu bliski", ale nie odnosił się z pogardą do osób, które popełniały błędy. - Gdy słyszał, że nasz reporter popełnił jakiś błąd na antenie - zwłaszcza w wypowiedzi na żywo - dzwonił i mówił, że użyłaś, użyłeś rusycyzmu, na przykład jakby nie było – po polsku mówimy jakkolwiek by było, czy nie można by tego zastąpić, powiedzieć inaczej. Nie był srogim dyrektorem, tylko dzielił się swoją wiedzą - zauważa.

- Czy sam przeklinał? Może kilka razy usłyszałem, że przeklął. Jedynego brzydkiego słowa, jakiego zdarzało mu się częściej użyć, to był "ch*jek". Co było dość zabawne. I usłyszałem to słowo wielokrotnie – oczywiście nie było to o mnie. To było już chyba skrajne określenie na niektórych ludzi. Jak o kimś mówił per "ch*jek", to rzeczywiście był 'ch*jek'. Inaczej się tego określić nie dało. Są tacy ludzie, do których tylko "ch*jek" pasowało – za mało szkodliwy, żeby być "ch*jem" i za mało znaczący, dlatego był "ch**ek". Słowo 'k***a" z jego ust usłyszałem może trzy razy. To już były naprawdę skrajne sytuacje - opowiada syn dziennikarza.

Grzegorz Miecugow i Wojciech Zimiński
Grzegorz Miecugow i Wojciech Zimiński

"Złościł się jak dziecko"

Złościł się jak dziecko. Nie znosił bezradności, a bezsilny był wobec technologii. Złościł się, krzyczał, a czasem nawet klął, kiedy zawodziły go technologie: wieszał się komputer, wariował telefon - wtedy się wściekał - wspomina Dominika Sekielska.

Przyjaciółka Miecugowa opowiada, że Grzegorz był legalistą. - Mówił, że jeśli ludzie się na coś umawiają, a potem nie szanują tej umowy, to tak jakby nie szanowali samych siebie. Dlatego wkurzał się, kiedy widział, że ktoś nie przechodzi na pasach, jedzie rowerem po chodniku, kiedy ma ścieżkę rowerową, a najbardziej dotykało go parkowanie na miejscach dla niepełnosprawnych. Kiedyś pod jednym z centrum handlowych widział, że na miejscu dla inwalidów stoi bardzo drogi samochód, typu SUV, do którego zmierza straszy, elegancki pan. Grzegorz powiedział mu, co myśli na temat osób parkujących na miejscach na chorych ludzi, a pan podciągnął nogawkę spodni tłumacząc się: "Ale, panie redaktorze, ja naprawdę jestem niepełnosprawny, mam sztuczną nogę!" – opowiada.

Źródło: Ireneusz Sobieszczuk/FORUM Grzegorz Miecugow z synem Krzysztofem

Krzysztof Miecugow wyznaje, że u ojca wkurzał go jego upór. - Tak szczerze… tata miał takie dość głupie - chociaż to rozumiem - podejście do tego, kim jest mężczyzna. Nawet wiedząc, że popełnił błąd, trzymał się różnych głupich decyzji, które podejmował. Nawet jeśli coś było ewidentnym błędem, nawet gdy powinien był się z nich wycofać. Nie wycofywał się. To była według mnie jego najgłupsza cecha. Absolutnie nie potrafił przyznać się do błędu. Gdy popełnił błąd, brał za to pełną odpowiedzialność, ale nigdy nie powiedział na głos: "popełniłem błąd" - mówi Krzysztof.

- Jak coś się mu przytrafiło, na przykład niesłusznie kogoś ochrzanił - tak też się zdarza - miał trudność, żeby powiedzieć: przepraszam, ryknąłem na ciebie bez powodu. Ale na przykład przynosił czekoladki, zapraszał na obiad albo wykonywał jakiś gest, który w jego języku oznaczał "wiem, że dałem ciała i przepraszam" - wspomina producentka "Szkła kontaktowego".

- Czy Grzegorz Miecugow był perfekcjonistą? Dominika Sekielska uważa, że i tak, i nie. - Sama ostatnio o tym myślałam. Uwielbiał, kiedy wszystko mu doskonale działało. Był na przykład bardzo punktualny. Wszystko musiało być zgrane, logistyka musiała działać. Sam był dobrym organizatorem. Nie potrzebował żadnej sekretarki, korzystał z pomocy innych, ale sam potrafił nieźle się zorganizować. Z jednej strony był więc taki poukładany, jak się umówił, to był. A z drugiej strony zdarzały się mu takie przygody, że na przykład zapominał o jakimś spotkaniu i przypominał sobie o nim w ostatniej chwili, więc robił wszystko, żeby się na nim pojawić. Regularnie gubił kartę wstępu do TVN-u, czasem mylił daty i przybywał na premierę teatralną tydzień wcześniej – wspomina. To był tylko człowiek, nie ma ludzi doskonałych. Odnosił się do tych swoich potknięć, ludzkich odruchów z uśmiechem, z dystansem – to była jedna z jego najwspanialszych cech: to, że pozwalał sobie i ludziom popełniać błędy - ocenia przyjaciółka Miecugowa.

Źródło: materiały prasowe Grzegorz Miecugow w TVN24

- Zdarzyło się, że nie podobał mu się temat, który proponowałam. Byłam uparta i zapewniałam, że zrealizuję to tak, że będzie atrakcyjne, wyciągnę z ludzi, co się da, bo tego jeszcze nikt nie robił. Nie oponował zbyt długo, pozwolił mi się przekonać, że to słaby pomysł. Miał rację. Nigdy mi tego nie wypominał, nie drwił - przypomina.

Andrzej Komorowski, przyjaciel Grzegorza, mówi, że bezsilność i bezradność były "dzikim wrogiem" Miecugowa. - On musiał wszystko pokonać, wszystko poznać. Może ciągle wewnętrznie czuł się samotny, a nie pytał innych o niektóre sprawy. Brał na klatę pewne rzeczy dotyczące zarówno cudzych, jak i swoich pomyłek popełnionych w jego zespole i udawał, że tego nie było. Ot, po prostu rewanżował się pochwałą lub komplementem, jakby chciał zatrzeć złe wrażenie. Potem mówił tym swoim aksamitnym głosem - cokolwiek, ale zupełnie nie na temat - opowiada.

Tomasz Sianecki zaznacza, że "wszyscy mamy jakieś grzeszki na swoim sumieniu, więc Grzegorz kilka 'awanturek' też zrobił".

- Nie nazwałbym go cholerykiem, bo często był przesadnie spokojny. Jednak przy okazji tej rocznicy przeglądałem zdjęcia. Okazało się, że mamy wiele wspólnych zdjęć, na których robi takiego "króliczka" palcami przy głowie. Pewnego dnia Grzegorz udzielał jakiegoś wywiadu, tu na dole w patio. Akurat przechodziłem i zrobiłem mu te królicze uszy podczas nagrania. Mogłem oczywiście ich ominąć, ale jednak podszedłem. Zrobił mi karczemną awanturę, odmówił dalszego nagrania. Obraził się na mnie, na tę ekipę, że mnie nie powstrzymała. Powiedział, że miał wymyśloną wypowiedź, której nie będzie powtarzać, a drugiej nie chce mu się wymyślać. Myślę, że mieliśmy trzy, cztery ciche dni - przyznaje.
- Miał taką przypadłość - o czym mi opowiadał - jak kogoś przepuszczał na drodze i ktokolwiek by nie przechodził, mówił "proszę uprzejmie, piękna buzia przepustką na jezdni". Oczywiście ta osoba tego nie słyszała. Jednak gdy ktoś zajechał mu drogę, to nie używał wulgaryzmów. Otwierał okno, podjeżdżał i pytał: "przepraszam, czy to pierwszy dzień za kierownicą?”. To było jego ulubione powiedzenie - opowiada Sianecki.

- Zdarzało mu się także, że od czasu do czasu tracił głos, ale tak, że nic nie było słychać. Miał taką sytuację na alejach Ujazdowskich, że ktoś mu zajechał drogę. Jeździł już samochodem z elektrycznymi szybami. Na następnych światłach podjechał do tej osoby, otworzył szybkę, tamta osoba również i Grzegorz nie mógł nic powiedzieć. Zrobiło mu się strasznie głupio, gdy chciał zapytać kierowcę o staż jazdy a nie wydobył żadnego dźwięku - wspomina Sianecki.

Źródło: Pawel Terlikowski / FORUM 500 wydanie programu "Szkło Kontaktowe", 2007 rok

"Scrabble były jego rytuałem"

Miecugowa od dziecka ciągnęło do sportu. Od małego jeździł na nartach, kochał piłkę nożną, przede wszystkim jako kibic, ale zdarzało mu się wybiegać na murawę. Podkreślał, że jest wiernym kibicem Cracovii.

Jak wspomina Tomasz Sianecki, Miecugow pasjonował się piłką. Mecze potrafił oglądać w trakcie przerw reklamowych "Szkła".

- Piłkę nożną bardzo lubił i dużo o niej wiedział. Kibicem Cracovii był od dziecka, uważnie śledził losy tego zespołu i bardzo przeżywał nie tylko jego wzloty, ale również okresy upadku. Miał nawet półprywatne kontakty z niektórymi piłkarzami - wspomina Marek Przybylik.

Na turnieju w Scrabble zmierzyli się Grzegorz Miecugow z Markiem Borowskim
Wideo: tvn24 Na turnieju w Scrabble zmierzyli się Grzegorz Miecugow z Markiem Borowskim

Podkreśla, że Miecugow miał bardzo poważny stosunek do gry w scrabble. - Grał dobrze i był dumny z sukcesów. Grywał dużo w Internecie, ale także w turniejach - dodaje.

Podobnego zdania jest Andrzej Komorowski. - Grzegorz był fenomenalnym graczem w Scrabble. Grał na całym świecie i zawsze na poważnie. Długo przeżywał to, jak przegrał. Pamiętam, jak opowiadał, że miał jakiegoś przeciwnika. 22-latka, którego trochę lekceważył. I on z Grześkiem wygrał, a Grześkowi to się bardzo rzadko zdarzało - wspomina.

- Sam z nim w Scrabble nie grałem, jestem rozsądnym człowiekiem. Po co miałbym grać? Żeby przegrać? - dodaje przyjaciel Miecugowa.

W środowisku graczy w scrabble miał pseudonim: Gumowiec. Pseudonim ten powstał po przełożeniu liter w nazwisku Miecugow.

- Scrabble były jego rytuałem. Uwielbiał je do końca. Tata zaczął grać mniej więcej wtedy, jak były u nas początki internetu, czyli jakieś 16-18 lat temu. Wtedy też z nim grałem. Zdarzało mi się z nim wygrać, ale to było łut szczęścia – jak mnie się trafiły dobre literki, a jemu złe. Ale nie przegrywałem z nim jakoś bardzo mocno. Też mi dobrze szło. Wielokrotnie przegrałem z nim sromotnie. Lubiłem z nim grać w tego Scrabble'a. Jednak tata grał ponad wszystko - opowiada Krzysztof Miecugow.

Turniej Scrabble upamiętniający Grzegorza Miecugowa. "Dla nas był kolegą o przezwisku Gumowiec"
Wideo: Fakty po południu Turniej Scrabble upamiętniający Grzegorza Miecugowa. "Dla nas był kolegą o przezwisku Gumowiec"

"Był postacią wielowymiarową"

Grzesiek nie był jednowymiarowy. Jego nie da się określić, że był niebieski albo zielony. W zależności od perspektywy miał różne barwy – mówi Dominika Sekielska.

Grzegorz Miecugow był ikoną polskich mediów. Zrewolucjonizował Trójkę, nadał nowego ducha "Wiadomościom", współtworzył nowoczesne media komercyjne, jednocześnie kładąc nacisk na ich jakość i warstwę merytoryczną. Jednak to niepełny obraz tego, kim był. W swojej karierze miał też dużo ciekawych, zaskakujących epizodów "artystycznych" - zdarzało mu się na przykład grywać w filmach czy na scenie.

W bazie internetowej filmpolski.pl można odnaleźć informację, że dwukrotnie zagrał w filmie. Pierwszy raz jako prezenter "Wiadomości" w "Pułapce" Adka Drabińskiego w 1997 roku. Dziesięć lat później w "Rysiu" Stanisława Tyma. Tym razem w roli policjanta. 

- Chętnie dawano mu role mundurowych, bo na ludziach sprawiał wrażenie surowego generała. Wiem, że wiele osób, które znają go tylko z ekranu, postrzegały go jako takiego groźnego - tłumaczy Sekielska. I tak i w "Rysiu", i w "Trójce do potęgi" występuje w mundurze a nigdy nie był w wojsku - mówi.

Lubił scenę i kontakt publicznością, na początku kariery pracował w teatrze, potem pisał słuchowiska, ostatnie dla dzieci napisał kilka lat temu dla Polskiego Radia.

- Wydałem trzy książki Grzegorza. Pierwszą była "Trójka do potęgi". Zamówiła ją go Magda Jethon. Chciała, żeby Grzegorz napisał scenariusz do sztuki na 50-lecie Trójki. Poradziłem mu, żeby napisał książkę, a Wojtek Zimiński – zawodowy scenarzysta - zrobi na jej podstawie scenariusz. I tak się stało. Książka dobrze się rozeszła, a na widowni Teatru Syrena i Sali Kongresowej były komplety - opowiada Marek Przybylik.

"Trójka do potęgi", czyli urodzinowy spektakl na podstawie książki Miecugowa
Wideo: tvn24 "Trójka do potęgi", czyli urodzinowy spektakl na podstawie książki Miecugowa

"Trójkę do potęgi" premierowo wystawiono w marcu 2012 roku w warszawskim Teatrze Syrena. - Grześ bardzo pilnie się temu przyglądał, ponieważ pierwszy raz miała się dokonać przemiana, to znaczy: słowa napisane przez niego miały stać się ciałem na scenie. Był więc bardzo tego ciekaw - wspomina Wojciech Malajkat, reżyser "Trójki do potęgi".

- Był ciekaw tego, jak to się odbywa, ale również był ciekaw sugestii, co poprawić, o co wzbogacić jakąś scenę, żeby miała wymiar sceniczny. Co więcej, strasznie to go bawiło. Był człowiekiem, który miał kapitalne poczucie humoru. Pamiętam, że już w czasie eksploatacji przedstawienia, które przerosło nasze najśmielsze oczekiwania, bo zagraliśmy chyba 50 razy, Grzegorz był cały czas w kulisach. Zresztą nie tylko on - opowiada reżyser spektaklu. 

Jak relacjonuje Malajkat, autor książki "cały czas z otwartymi ustami śledził, przyglądał się".

- Gdy miał sam wejść na scenę, bo także grał w tym spektaklu - nie myślałem, że może być inaczej - to właściwie ciężko mu było zmierzyć się z całym tym bagażem, który wcześniej widział na scenie. Gotował się – mówi, dodając, że Miecugow "gotował się" na scenie z wdziękiem.

Reżyser "Trójki do potęgi" zwraca uwagę, że współpraca z Miecugowem nie była trudna również dlatego, że autor tekstu miał w swoim dorobku słuchowiska radiowe. Zdaniem Malajkata, Miecugow świetnie czuł "materię", jaką był tekst sceniczny.

Przybylik uważa jednak, że Miecugow swoje próby aktorskie zawsze traktował jako żart albo przygodę. - Opowiadał o nich z odpowiednią dawką autoironii - dodaje.

W 2008 roku ukazał się dwupłytowy album zespołu T.Love pod tytułem "Love, Love Love, The Very BesT.Love". Zawierał ponad 40 utworów 26-letniej kariery grupy, a także 2 nowe piosenki, w tym "Love, Love, Love".

Do udziału w teledysku do tej ostatniej zaproszeni zostali m.in. Grzegorz Miecugow i Tomasz Sianecki.  Muniek Staszczyk opowiadał, że do udziału w nagraniu zaprosił Miecugowa z tego względu, że znali się od końca lat 80. - Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Znaliśmy się z Grześkiem od końca lat 80., kiedy był dziennikarzem Trójki. W latach 90. mocno się kolegowaliśmy, znałem go bardzo dobrze - mówił lider T.Love. - Nasza znajomość trwała 20 lat - dodaje.

Fragment teledysku T.Love z udziałem Grzegorza Miecugowa
Fragment teledysku T.Love z udziałem Grzegorza Miecugowa


- Do udziału w klipie zaprosiliśmy ludzi, których szanowaliśmy i lubiliśmy. Tam było w sumie 40 osób i było to przyjemne spotkanie - wspominał Staszczyk. Zwrócił uwagę, że zaproszenie dla Miecugowa i Sianeckiego, nie wynikało z tego, że byli gwiazdami TVN-u, ale dlatego że znali się od lat i lubili nawzajem.

- Z Grześkiem rozmawiałem miliony razy, spotykaliśmy się częściej, gdy pracował w Trójce. Później, rzadziej się widywaliśmy, bo był już megazajętym człowiekiem - mówił muzyk. Dodał, że wśród tych rozmów pojawiały się także tematy związane z muzyką. – Pamiętam nawet, że raz chyba w 1989 roku, razem z Grześkiem byliśmy w jednym jury na jakimś przeglądzie w Piasecznie, dokąd jechaliśmy autobusem - powiedział Muniek Staszczyk z T.Love.

Producentka "Szkła kontaktowego" przypomina, że Miecugow także przy tworzeniu programu wykazywał się teatralną inwencją. W 2011 roku Kamil Dąbrowa podjął decyzję o odejściu ze "Szkła kontaktowego".

Dla Grzegorza i jego zespołu była to dobra okazja, żeby pożegnać kolegę w nietypowy, a może właśnie charakterystyczny dla siebie sposób. Jak wspomina Sekielska, Miecugow powiedział, że trzeba coś wymyślić, aby opowiedzieć o tym widzom. Z jego inicjatywy nagrana została "taśma prawdy". 

- To był żart, sposób na to, żeby powiedzieć widzom, że Kamil Dąbrowa od nas odchodzi, bo okazało się, że kradnie spinacze. Grzesiek wymyślił taki skecz i nagraliśmy go "od ręki", tak po prostu – wyjaśnia producentka programu. Dziennikarz, jak wynika z jej relacji, był zachwycony.

"Taśmy prawdy" o Kamilu Dąbrowie
Wideo: tvn24 "Taśmy prawdy" o Kamilu Dąbrowie

Sekielska opowiada, że Grzegorz Miecugow "lubił opowiadać dowcipy i robił to z dużym wdziękiem". - Natomiast jego poczucie humoru było bardzo sarkastyczne, czasami wręcz bolesne. Potrafił rozśmieszyć, ale zarazem wsadzić szpile, skłonić do refleksji.

Nietypowe poczucie humoru Grzegorza wspomina także Andrzej Komorowski. - Raz, gdy jego syn miał wrócić o 22.00 do domu i przyszedł 10 minut przed czasem, Grzegorz wychylił się przez okno i powiedział: to pochodź sobie jeszcze 10 minut – opowiada.

Sekielska mówi, że jej przyjaciel "często wprawiał ludzi w zakłopotanie, częstując ich niejednoznacznymi 'komplementami'". - Na przykład: "wyglądasz dzisiaj jak jajecznica na pomidorach". Usłyszawszy coś takiego człowiek nie wiedział, czy to dobrze, czy źle i po kilku godzinach rozważań szedł zapytać, czy to dobrze, że wyglądam jak jajecznica na pomidorach i co to w ogóle znaczy? - Oczywiście, że dobrze, to znaczy, że apetycznie - odpowiadał z powagą Grzesiek - wspomina ze śmiechem.

Andrzej Komorowski przypomina, że "Grzegorz wprowadził w publiczny obieg niebieskie i czerwone spodnie dla 50- i 60-latków". - Mężczyźni w tym wieku nie mieli jeszcze tyle odwagi. Te jego dziwaczne buty. Te kolorowe spodnie, koszule, które sprawiały wrażenie, że do siebie nie pasują. Okazuje się, że pasowały - wszyscy teraz tak chodzą. Wielu przyjaciół zarzucało mi, że noszę te kolorowe ubrania: "jak Miecugow". Grzegorz mnie doprowadził swoimi żółtymi butami do śmiechu takiego, że myślałem, że umrę - opowiada.

Producentka "Szkła kontaktowego" także również zwraca uwagę na wyczucie mody i dobry gust przyjaciela. - Kilka razy w roku osoby, które występują na antenie, idą na zakupy ze stylistą TVN. Przy Grzesiu panie stylistki czuły się niepotrzebne. On wchodził do sklepu i każdy jego wybór był trafny i zgodny z planami stylisty, po godzinie zakupy były zrobione. Lubił się stroić, ale najbardziej cieszyło go to, że zna się na modzie - opowiada Sekielska.

Źródło: archiwum prywatne Grzegorz Miecugow ubiera Marka Przybylika

W dorobku dziennikarza i współtwórcy "Faktów" i "TVN24" znalazła się również powieść sensacyjna "Przypadek".

- Co mnie skłoniło do napisania sensacyjno-obyczajowej powieści? Trudno powiedzieć. Chodziła mi taka historia po głowie. Pomyślałem sobie, że jeżeli chciałoby się to historię opowiedzieć, to trzeba to zrobić w sposób ciekawy. Wiem, że teraz jest taki czas, że bardzo dużo opowiada się o świecie powieściami sensacyjnymi - mówił Miecugow o wydanej w 2010 roku powieści "Przypadek".

Wyznał, że podczas pisania tekstu nie miał gotowego tytułu. - Jak skończyłem, dałem żonie do przeczytania. Gdy przeczytała, powiedziała: wiesz co, nazwij to "Przypadek" – tłumaczył.

Grzegorz Miecugow o swojej książce "Przypadek"
Wideo: tvn24 Grzegorz Miecugow o swojej książce "Przypadek"

Wspominając Grzegorza Miecugowa nie można zapominać o jego zaangażowaniu w akcje charytatywne. Od 2008 roku razem z ekipą "Szkła kontaktowego" rokrocznie brali udział w zbiórce pieniędzy na remont grobów na Cmentarzu Powązkowskim.

Sekielska zwraca uwagę, że "Grzesiek angażował się we wszystkie akcje prozwierzęce czy to przeciwko trzymaniu psów na łańcuchach, czy w poszukiwania rodzin dla psów ze schroniska". - Ktokolwiek przychodził z prośbą o pomoc w jakiejś akcji prozwierzęcej, Grzegorz w ogóle się nie zastanawiał, od razu się angażował - dodaje.

- Grzesiek mówił, że nie jest się właścicielem zwierzęcia, ale jego opiekunem. Zwierzę jest jakimś bytem, ma jakąś podmiotowość, nie jest przedmiotem. Często ludzi poprawiał, gdy nazywali go właścicielem psa czy kota. Był wrażliwy na zwierzęta, które dla niego dużo znaczyły. Z każdym psem czy kotem łączyła go bardzo silna więź - opowiada.

- Lubił obserwować zwierzęta, które były dla niego prawdziwsze niż ludzie. Zwierzęta zazwyczaj nic nie udają, chociaż jego pies potrafił udawać, żeby dostać więcej karmy – śmieje się Sekielska. Dla Grześka urzekające było to, że zwierzęta odbierają świat tu i teraz, każdy spacer jest dla nich tym najważniejszym - zauważa.

W domu Miecugowów zawsze były zwierzęta. Był między innymi kot Fruzia. Miecugow wierzył, że koty mają duszę, a "nawet dwie". - Moim zdaniem ma inną duszę jako kot zaspany, a inną jako na przykład kot głodny - żartował w rozmowie z Renatą Kijowską z okazji Dnia Kota.

Miecugow: kot Fruzia ma dwie dusze
Wideo: tvn24 Miecugow: kot Fruzia ma dwie dusze

"Jedyny konkret w naszym życiu to śmierć"

W lipcu 2011 roku  zdiagnozowano u niego nowotwór w płucach. Jednak myśli o przemijaniu towarzyszyły mu dłużej.

- Jedyny konkret w naszym życiu to śmierć, przemijanie. Ale są filozofowie, którzy twierdzą, że niekoniecznie umrzemy - mówił z charakterystycznym dystansem w rozmowie z tygodnikiem "Gala" w 2010 roku.

- Dla niektórych śmierć może być ucieczką i wyzwoleniem. Nie zajmuję się śmiercią. Wiem tylko, że się rozpadnę. I już. I wcale mnie to nie przeraża. Zacząłem jedynie bardziej myśleć o przeszłości. Udało mi się dotrzeć do informacji o praszczurze, który urodził się w 1792 roku - dodał.

Kilkanaście dni po informacji o "nowym-tworze" – jak go sam określał - rzucił palenie.

- Paliłem jak smog, nawet dwie paczki dziennie - przyznawał w jednej z rozmów. - Kiedyś odłożyłem czy odwołałem nawet podróż do Stanów Zjednoczonych, bo nie wyobrażałem sobie, jak nie będę palił - wspominał.

Jak wyjaśniał, palenie tytoniu rzucił, gdy postawił sobie pytania: czy papierosy coś mi dają? Czy rzucając coś stracę czy coś zyskam? - Zyskałem wolność - podkreślił.

- To nawet nie tyle silna wola, ale jakby zrozumienie samego siebie. Silna wola powoduje, że potem trzeba strasznie się zmagać z głodem, z przyzwyczajeniami. Jak się w głowie przestawi, to nie ma najmniejszego problemu. Nie trzeba już silnej woli. Nie trzeba się z tym zmagać każdego dnia. Ja się nie zmagam, wiem, że nie zapalę - zwrócił uwagę Miecugow.

"Paliłem jak smog, nawet dwie paczki dziennie"
Wideo: tvn24 "Paliłem jak smog, nawet dwie paczki dziennie"

Podczas spotkania autorskiego w Darłowie w marcu ubiegłego roku mówił, że "może być bardzo ciężko chory".

- Tak czy siak, będę miał operację, pytanie, czy jest to operacja banalna polegająca na wycięciu zgrubienia, które kiedyś może być niebezpieczne, czy jest to operacja, od której zaczynamy walkę o życie – mówił.

Pytany wówczas przez lokalny portal naszemiasto.pl: czy publiczne przyznanie się do problemów ze zdrowiem jest sposobem na poradzenie sobie w trudnej sytuacji, odpowiedział: - Wiem, że ja kiedyś umrę, pytanie: wcześniej czy później. Mam jeszcze sporo do zrobienia. Tak czuję. Nie będę robił z tego tragedii, będę walczył.

- Dobry wieczór, choć dla nas to wieczór smutny, bo trudno jest żegnać kogoś, z kim przed chwilą rozmawiało się na korytarzu. Nie wierzę, że to powiem, ale powiedzieć muszę i lepiej, żebym dała radę, bo inaczej by się mu nie podobało. Nie żyje Grzegorz Miecugow - mówiła Anita Werner, rozpoczynając główne wydanie "Faktów" w sobotę 26 sierpnia 2017 roku. I trudno uwierzyć, że minął już rok.

Zmarł Grzegorz Miecugow. Miał 61 lat
Wideo: Fakty TVN Zmarł Grzegorz Miecugow. Miał 61 lat

 

Autor reportażu: Tomasz-Marcin Wrona, tvn24.pl