Serie zamachów w Afganistanie. Wybory na celowniku talibów


Afgańscy partyzanci nie ogłosili nawet początku corocznej wiosennej ofensywy, a usiłując zerwać prezydenckie wybory, już sprawili, że dziewięć miesięcy przed wycofaniem zachodnich wojsk w Afganistanie niemal codziennie wybuchają bomby i dochodzi do strzelaniny.

Na początku marca, na miesiąc przed wyborami prezydenckimi kończącymi 13-letnie rządy Hamida Karzaja i zachodnią interwencję wojskową w Afganistanie, talibowie zapowiedzieli, że użyją wszystkich sił, by zerwać elekcję, którą nazywają amerykańską maskaradą. Wezwali mułłów i nauczycieli, by zniechęcali ludzi do udziału w sobotnich wyborach, a sami przestrzegli Afgańczyków, by trzymali się z dala od lokali wyborczych, jeśli im życie miłe.

Nie ma dni bez zamachów

Od słów przeszli do czynów. Przeprowadzili nieudane zamachy na jednego z faworytów wyborów Dr. Abdullaha oraz na Ismaila Chana, weterana wojny z Armią Radziecką i talibami, który kandyduje na wiceprezydenta u boku ubiegającego się o prezydenturę Abdur Raba Rasula Sajjafa, innego weterana, który w latach 90. ściągnął do Afganistanu Osamę bin Ladena. W zamachach i zasadzkach ginęli urzędnicy, wyborczy agitatorzy, plemienni wodzowie, uczestnicy wyborczych zebrań, a także kilkunastu polityków pomniejszej rangi startujących w wyborach samorządowych, przeprowadzanych wraz z prezydenckimi. Od połowy marca nie było w Afganistanie dnia, w którym nie doszłoby do zamachu bombowego czy krwawej zasadzki talibów. Do najbardziej spektakularnych ataków doszło w samej stolicy, Kabulu. Pod koniec marca poprzedzani przez zamachowców samobójców partyzanci zaatakowali dwie komisje wyborcze, w tym centralną, kwaterę jednej z zagranicznych organizacji pomocowych, a przede wszystkim śródmiejski, pięciogwiazdkowy, ufortyfikowany jak twierdza hotel „Serena”, uważany dotąd za oazę bezpieczeństwa. - Jeśli tylko zechcemy, możemy uderzyć wszędzie i o dowolnej porze – obwieścił rzecznik talibów Zabihullah Mudżahid.

Ataki talibów

Wątpliwe, by talibowie wierzyli, że uda się im zerwać wybory. Ataki w stolicy miały posłużyć im raczej za pokaz siły, wpoić Afgańczykom przekonanie o słabości kabulskiego rządu oraz o tym, że upadnie, jak tylko ostatni żołnierze Zachodu wyjadą spod Hindukuszu, a w jego miejsce przyjdą talibowie. Nowym elementem w marcowych atakach było to, że wobec niemożności uderzenia w zagraniczne ambasady i bazy wojskowe zachodnich żołnierzy, którzy coraz rzadziej uczestniczą w działaniach zbrojnych, talibowie wzięli na cel cudzoziemców cywilów, szczególnie w Kabulu. W styczniu dokonali zamachu bombowego w ulubionej przez cudzoziemców libańskiej restauracji „Tawerna” (21 zabitych) w dyplomatycznej dzielnicy Wazir Akbar Chan. Po tym zamachu działające w Kabulu międzynarodowe organizacje zabroniły swoim pracownikom odwiedzania stołecznych restauracji. Wyjątkiem był hotel „Serena”, który talibowie zaatakowali, gdy goście zasiadali do uroczystej kolacji dla uczczenia perskiego święta nowego roku, Nowruz. W strzelaninie w „Serenie” zginęło czterech cudzoziemców, a OBWE i amerykański Narodowy Instytut Demokratyczny wycofały z Afganistanu obserwatorów, przysłanych, by nadzorować wybory. W rezultacie, elekcji będą się przyglądać jedynie obserwatorzy z Unii Europejskiej. Poza atakiem na kwaterę amerykańskiej organizacji Roots of Peace w marcu talibowie zastrzelili też w Kabulu szwedzkiego dziennikarza. Afgańskie władze twierdzą, że eskalacja ataków talibów ma związek z zawieszeniem broni, jakie rząd Pakistanu zawarł z pakistańskimi talibami, by skłonić ich do wspierania ich afgańskich braci w wojnie z rządem z Kabulu. W lutowym raporcie dla Kongresu amerykańskie służby wywiadowcze ostrzegały, że w miarę wycofywania się zachodnich wojsk afgańscy talibowie będą nasilać ataki, a jeśli Kabul nie zgodzi się na utworzenie baz wojskowych USA i pozostawienie w Afganistanie kilkunastu tysięcy zachodnich żołnierzy (ok. 10 tys. z USA i 2 tys. z Europy Zachodniej, głównie Niemiec i Włoch), mogą zagrozić nawet stolicy. Według raportu już w latach 2015-16 talibowie mogą przejąć kontrolę nad wiejskimi rejonami na południu i wschodzie kraju, a w latach 2016-18 odbudują armię zdziesiątkowaną przez wojska Zachodu i mogą pokusić się nawet o szturm na Kabul. Amerykański wywiad wątpi, by 350-tysięczne afgańskie siły bezpieczeństwa poradziły sobie z partyzantką. A jeśli Afganistan nie zgodzi się na utworzenie baz wojskowych USA, Zachód przestanie łożyć na utrzymanie afgańskiego wojska (potrzeba na to 6 mld dolarów rocznie), które, nieopłacane, może się stać zagrożeniem dla władz w Kabulu. W Afganistanie stacjonuje obecnie ok. 50 tys. żołnierzy Zachodu, a latem ich liczba zmniejszy się o połowę. Podejmowane przez Kabul i Waszyngton próby nakłonienia talibów do rokowań nie przyniosły żadnych wyników - nawet w sprawie wymiany pięciu przywódców talibskich przetrzymywanych w Guantanamo na sierżanta Bowe Bergdahla, jedynego amerykańskiego jeńca w afgańskiej niewoli.

Autor: rf/tr / Źródło: PAP

Tagi:
Raporty: