tvnpix
śledź nas na:
  • Google Plus
  • Instagram
  • RSS

Żarty kończą się z jedzeniem

Żarty kończą się z jedzeniem
Foto: AFP/East News Kiedy stają się naprawdę nieobliczalni? Gdy zabraknie im khatu

Musisz wytrzymać miesiąc, tak myślisz. Potem: przeżyj w drugim. Na trzeci nie masz już sił. Skończyło ci się jedzenie.

CZĘŚĆ TRZECIA

Najtrudniej nauka życia w nowych warunkach idzie młodemu elektrykowi. Temu samemu, który jako pierwszy ostrzegł kapitana przed piratami. Odmawia jedzenia, z nikim nie rozmawia. – Widziałem, co się z nim dzieje i jednocześnie nie wiedziałem, co zrobić. W końcu zacząłem go podbierać jak małe dziecko – opowiada Dariusz Dziurzyński. "Skoro ty nie jesz, to oddaj mnie. Mmm, jakie smaczne. Na pewno nie spróbujesz?" Parę razy kiwnął głową, ale kiedy w końcu pozwolił podsunąć sobie talerz pod nos, poczuł wielki apetyt.

Niewiele lepiej było z kapitanem porwanego statku. "Pewnie miał do siebie pretensje, że za późno zareagował na akcję piratów" – myśleli niektórzy. Chodziło jednak o coś jeszcze. Kiedy on całe dnie spędzał sam w kabinie, jego żona rozpoczynała na Ukrainie nowe życie. O tym, że odchodzi, kapitan dowiedział się na statku. – W ogóle nie dało się z nim porozmawiać. O wszystkim powiedział nam dopiero po uwolnieniu.

Pięknie tylko na wachcie

Kiedy marynarze zaczęli sprzątać, piraci doszli do wniosku, że u nich też jest brudno. Ale oczyszczać kazali tylko te kabiny, w których siedzieli najwyżsi piracką rangą. Można się było z nimi dogadać po angielsku. – Na początku nie pozwalali, żeby pracowało za wiele osób. Chcieli mieć wszystkich w jednym miejscu. Do maszyny zgodzili się wysyłać tylko jednego mechanika. Powiedziałem, że jeden to za mało – potrzeba dwóch. Zgodzili się. Ja mogłem pomagać im, kiedy chciałem – przypomina sobie Dziurzyński. Piraci pozwalali mu na to ze strachu przed maszyną. Często pytali, co jak działa, bali się palić papierosy i słuchali kiedy któryś z marynarzy mówił, że tu nie wolno. – Pierwszy raz przyszli wypytywać o maszynę dwa tygodnie po porwaniu. Wiedzieli, że jak coś się zepsuje, to nie będziemy mogli nic ugotować, nie będzie wody, albo klimatyzacji. W końcu pozwolili nam na wachty: dwóch na dwóch, 24 godziny na 24 godziny. Mogłem powiedzieć, że starszy mechanik na wachty nie chodzi. Ale one były piękne.

Na dole, gdzie je pełnili, mechanicy mieli spokój, klimatyzowane pomieszczenie i wodę pod prysznicem. Piraci schodzili tam bardzo rzadko. Któregoś dnia Dziurzyński, idąc do pracy, spotkał na korytarzu kucharza. Ten dał mu kilka puszek przeterminowanego mleka. – Dzięki temu prawie do końca piliśmy w maszynie kawę z mlekiem – wyjaśnia. Kiedy trzeba było coś naprawić, naprawiali. – Wszystko chodziło. Po uwolnieniu, statek mógł ruszyć dalej "na gwizdek".

Jeden z oficerów pokazał marynarzom dobre ćwiczenia na brzuch i krążenie. Mechanicy z metalowych części zrobili hantle różnej wielkości. – Pięćdziesiąt podniesień dziennie. Najpierw mały, potem większy i większy. Oprócz tego pompki. Mięśni nie przybywało, bo później nie było przecież co jeść. Ale mieliśmy siłę, żeby kręcić kluczami.

Żyję. Jem raz dziennie. Kompania nie chce negocjować z piratami.
– Każą ci to mówić?
– Tak.

Dariusz Dziurzyński w rozmowie z synem

Nie wróciłem stamtąd kaleką – podkreśla Dziurzyński.

"Żyję. Jem raz dziennie"

To wszystko potrwa najwyżej miesiąc – myśleli na początku. Wiedzieli, że negocjacje trwają. Rozpoczęły się 4 stycznia, tydzień po porwaniu. Wtedy piraci zrobili załodze pierwsze grupowe zdjęcie – dowód, że wszyscy żyją. Na statku pojawił się też Carlos, tajemniczy piracki negocjator. Wypytał marynarzy, czego im brakuje i obiecał pomóc. Na obietnicy się skończyło. Nigdy później już go nie spotkali. Jeden z marynarzy znalazł na statku artykuł, w którym opisywano przypadek porwania tankowca Sirius Star (kapitanem był Polak, Marek Niski). Czytali i zastanawiali się, czy skłamał autor, czy oni mieli takiego pecha. – Napisali tam, że w czasie przetrzymywania statków marynarze mieszkają w kabinach. No, kapitan niby mieszkał, ale to akurat nie był żaden gest. Aha, no i że członkowie załóg dzwonią do domów. Tak. Przez cztery i pół miesiąca trzy razy. I to zawsze, gdy oni mieli w tym interes – tłumaczy polski marynarz.

Pierwszy raz Dziurzyński zadzwonił do rodziny 19 stycznia. Na kartce miał napisane trzy zdania, które mógł powiedzieć. Tylko po angielsku. Ani słowa więcej. Odebrała żona. "Żyję. Jem raz dziennie. Kompania nie chce negocjować z piratami" – powtarzał. Do słuchawki podszedł syn, a po drugiej stronie ciągle to samo: "Żyję. Jem raz dziennie. Kompania nie chce negocjować z piratami".

– Każą ci to mówić?
– Tak.

Dziurzyński powiedział o słowo za dużo. Piraci tym razem jeszcze odpuścili.

Wystraszyłem się kiedy wykręcili mi nogi. Ale mimo wszystko myślałem, że nic mi nie zrobią. Zastanawiałem się tylko, w którym momencie powinienem krzyknąć. Zacząłem za późno. Kość strzeliła, ale wykręciłem się. Wtedy jeden z nich zaczął mnie kopać. I powiedział, jak do psa: "leżeć!". Położyłem się.

Dariusz Dziurzyński

Z trzech zdań, które mógł przekazać, tylko pierwsze było prawdziwe. Do połowy stycznia załoga jadła nie raz, a trzy razy dziennie. Później, jeszcze przez parę tygodni, dwa razy. Kompania negocjowała, ale piratom bardzo zależało na tym, by świat znał inną wersję. Tak jest zawsze. Strony walczą na to, którą uda się lepiej oszukać. – Piraci wiedzą, że wywołanie presji na armatorze przyspieszy ich wypłatę. Dlatego najbardziej denerwowało ich to, kiedy po kolejnych telefonach – a dzwoniliśmy nawet do CNN w Kanadzie – opinia publiczna milczała na temat statku.

Zabawy z bronią

O tym, jak potężną bronią może być dezinformacja, marynarze zaczęli przekonywać się mniej więcej po miesiącu. Liczyli przecież, że powoli ich pobyt w Garacaad będzie dobiegał końca. – Tymczasem słyszeliśmy, że kompanii nie zależy na nas, bo się nie kontaktuje, że jak tak dalej pójdzie, to zaczną nas po kolei sprzedawać Al-Kaidzie, albo że dla przykładu któregoś z nas zabiją "podczas ataku na jednego z nich". Coraz bardziej zaczynałem im wierzyć.

Uwierzył 4 lutego. Tego dnia na statku nie było bossa. Zabrakło też liści katu (Somalijczycy żują je cały czas, bez niego stają się mniej energiczni, ale za to dużo bardziej nerwowi). Został gin. Pijani piraci zaczęli po kolei wyciągać marynarzy z biura pokładowego. Polskim mechanikiem zajęli się w pierwszej kolejności. – Wystraszyłem się, kiedy wykręcili mi nogi. Ale mimo wszystko myślałem, że nic mi nie zrobią. Zastanawiałem się tylko, w którym momencie powinienem krzyknąć. Zacząłem za późno. Kość strzeliła, ale wykręciłem się. Wtedy jeden z nich zaczął mnie kopać. I powiedział, jak do psa: "leżeć!". Położyłem się.

Wchodzą. Wskazują. Ty. I za drzwi. A my w ciszy czekamy. Nagle dwa strzały. O kurde, co teraz? Wtedy poczułem coś dziwnego. Cieszyłem się, że ja już mam to za sobą. Wiedziałem, że żyję.

Dariusz Dziurzyński

Polak wykręcił się jeszcze dwa razy. Szybciej też krzyczał. – Artysta – przemówił w końcu pirat i pozwolił mu usiąść. Kiedy wrzucili go z powrotem do biura pokładowego, powiedział pozostałym, że "żarty chyba się skończyły". Zrobiło się cicho, marynarze spuścili głowy i udawali, że ich nie ma. – Wchodzą. Wskazują. Ty. I za drzwi. A my w ciszy czekamy. Nagle dwa strzały. O kurde, co teraz? Wtedy poczułem coś dziwnego. Cieszyłem się, że ja już mam to za sobą. Wiedziałem, że żyję.

Inni też przeżyli – o centymetry. Bosmana i starszego marynarza dwaj piraci ustawili pod kałasznikowem. Pierwszy krzyczał, zbliżając palec do spustu. Drugi czekał. Jego zadanie polegało na tym, żeby na sekundę przed tym, jak karabin wypluje z siebie serię pocisków, trącić go. – Na szczęście był w tym dobry.

Podzieleni jedzeniem

Kilka dni później w ten sam sposób piraci zabawili się z pierwszym oficerem na mostku. – Zaczęło nas przerażać to, że jak następnym razem zabraknie im ich zielska, to któregoś z nas zastrzelą – mówi Dziurzyński. – Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w czasie wojny ludzie stojąc pod murem, na celowniku nazistowskich karabinów, tak posłusznie godzili się na śmierć i nie próbowali nic zrobić. Gdyby któryś z nas zaatakował pirata, zginąłby od razu. Oni tylko na to czekali – dodaje. Kiedy to mówi, przed oczami ma instrukcję wydaną przez kompanię. Ostatni punkt: "Zachowaj spokój".

Najlepsze partie mięsa z kozy były dla piratów. Nam oddawali kości i jakieś resztki. Na sos z małymi mięsnymi kawałkami wystarczało. Jedliśmy je ze zgniłym ryżem, który trafiał do nas w workach od Czerwonego Krzyża. Podobnie zresztą jak zabrudzony cukier i mąka.

Dariusz Dziurzyński

Po 4 lutego napięcie między członkami załogi jest coraz większe. Pięć dni później kończy się jedzenie, które mieli na statku. Piraci przywożą im z lądu pierwszą kozę. – Wcześniej widziałem takie tylko w ogrodzie zoologicznym. Zabijają ją na burcie, a my dokładnie patrzymy kucharzowi na ręce. Baliśmy się robaków, dlatego bardzo długo ją gotował. Najlepsze partie mięsa były dla piratów. Nam oddawali kości i jakieś resztki. Na sos z małymi mięsnymi kawałkami wystarczało. Jedliśmy je ze zgniłym ryżem, który trafiał do nas w workach od Czerwonego Krzyża. Podobnie zresztą jak zabrudzony cukier i mąka – mówi Dziurzyński.

Puntland to królestwo somalijskich piratów

Piraci kazali marynarzom łowić ryby. Wyznaczyli do tego trzy osoby. – Widziałem jak podczas łowienia, podjadają je. Kiedy zwróciłem im uwagę, że ja pracuje na wodę i prąd dla wszystkich, obrazili się. Powiedzieli, że nie będą więcej łowić – przypomina sobie Dziurzyński. Załoga nie zgodziła się, gdy zaproponował, żeby mechanicy dostawali trochę większe porcje, bo pracują fizycznie. Usłyszał, że wszyscy są tak samo głodni i muszą jeść. Konfliktów było coraz więcej.

Marynarze podzielili się na narodowościowe grupy. Zaczęło się też licytowanie na to, kto jest bardziej pokrzywdzony. Ten, który musi pójść na mostek i siedzieć z piratami, czy ten, który z daleka od ich oczu pracuje, żeby statek był sprawny? - Zawsze jest dystans między oficerami pokładowymi a mechanikami. Ale wtedy zaczął się on powiększać. Moi ludzie przychodzili do mnie i pytali: "Do czego oni są nam właściwie potrzebni? Kiedy mogli coś zrobić, to się nie spisali. A teraz co? Obnoszą się z tą herbatą, którą częstują ich Somalijczycy i są zadowoleni". Był już marzec, w Polsce zaczynała się wiosna. Pomyślałem, że może być tylko lepiej.

Koniec części trzeciej
Łukasz Orłowski//mat/k

W czwartej, ostatniej części, dowiesz się dlaczego marynarzom z „St James Park” popsuł się wzrok i dlaczego pokochali zdjęcia grupowe. Tekst ukaże się w niedzielę rano.

("O jeden węzeł za mało" - przeczytaj CZĘŚĆ PIERWSZĄ)

("Zabici spotykają się na obiedzie" - przeczytaj CZEŚĆ DRUGĄ)

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • Skopiowano do schowka

Dowiedz się więcej...

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Pozostałe informacje