Magazyn TVN24

Maciej Michałek

Zeszli z gór i podpalili miasto. Dżihad przenosi się na wschód

Zobacz

Wanda Woźniak

ZobaczW Neapolu bestie, u nas kucharze, domokrążcy, działkowicze. Camorra w Polsce

Marek Szymaniak

ZobaczPotrzebujesz dziury, a nie wiertarki. Ta idea zmienia świat

Podziel się

Powinniśmy dzielić się tym, co nie w pełni wykorzystane - zakłada ekonomia współdzielenia. Z jej haseł czerpie coraz więcej firm, których działalność nie ma z nią wiele wspólnego.

Halo, Lublin. Zamienię na tydzień mieszkanie w Gdańsku na mieszkanie w Lublinie. Ktoś coś? - takie ogłoszenie kilka dni temu zamieścił na Facebooku mój znajomy Wojtek. Po chwili znalazł chętnych do zamiany. Dzięki temu nie będzie musiał wynajmować hotelu, a urlop w stolicy Lubelszczyzny będzie kosztował go kilkaset złotych mniej.

Tak właśnie działa sharing economy, czyli gospodarka współdzielenia. Co to takiego? To model gospodarczy oparty na dzieleniu się nieużywanymi lub nie w pełni wykorzystanymi zasobami i usługami - za darmo lub za opłatą.

Wojtek wyjeżdżał, więc jego mieszkanie i tak stałoby puste. Byłoby niewykorzystanym zasobem. Dokonując zamiany, podzielił się swoim nieużywanym dobrem, a zyskał to, czego potrzebował, czyli nocleg w Lublinie. W tym właśnie tkwi istota sharing economy.

Ogłoszenie Wojtka

"Nie potrzebujemy wiertarki, tylko dziury w ścianie" -  brzmi najpopularniejszy przykład tłumaczący to, jak działa sharing economy. Jego twórczynią jest Rachel Botsman, autorka bestsellerowej książki  "What's Mine Is Yours: The Rise of Collaborative Consumption" (ang. "Co moje, to twoje: Narodziny wspólnej konsumpcji") i popularyzatorka tego modelu gospodarczego.

Dlaczego akurat wiertarka? Botsman wyjaśnia, że przeciętny Amerykanin (Polak zapewne też) kupuje wiertarkę i używa jej łącznie przez około 12-15 minut w całym cyklu jej życia. Oznacza to, że przez wiele lat sprzęt leży nieużywany. Pojawia się więc pytanie: czy potrzebujemy wiertarki na własność? Zdaniem Botsman odpowiedz brzmi: nie, nie potrzebujemy. Potrzebujemy dziury w ścianie. I tak jest z większością rzeczy, które kupujemy na własność.

Nie potrzebujemy wiertarki, tylko dziury w ścianie.

.


Nie musimy mieć bowiem roweru, aby pojechać na wycieczkę. Możemy go wypożyczyć z miejskiego systemu np. działającego w Warszawie Veturilo. Podobnie jest z samochodem, który kupujemy za krocie, a zdecydowaną większość czasu spędza on na parkingu, generując kolejne koszty napraw czy ubezpieczenia. Nie musimy też posiadać lustrzanki za kilka tysięcy złotych, skoro używajmy jej raz w roku na wakacjach. Taniej będzie wypożyczyć sprzęt na tydzień od profesjonalnego fotografa. Nawet jeśli zapłacimy z ubezpieczeniem i zapłacimy za to kilkaset złotych, to sporo zaoszczędzimy.

No dobrze, ale jak ustalić, kto w naszej okolicy dysponuje wolną wiertarką i jak szybko pożyczyć zestaw narzędzi, kiedy cieknie nam kran? - Kiedyś byłoby to trudniejsze, ale teraz mamy internet. Pojawiła się technologia i systemy, które kojarzą ludzi dysponującymi pewnymi dobrami i tych, którzy ich akurat potrzebują - mówi Marcin Giełzak, ekspert od nowoczesnych technologii i innowacyjnych modelów biznesowych oraz współtwórca serwisu WE the CROWD.

Czy carsharing sprawdzi się w Polsce?
Czy carsharing sprawdzi się w Polsce?

Na podobnej zasadzie działa bookcrossing, który polega na zostawianiu przeczytanych książek w miejscach publicznych np. pociągach czy kawiarniach. Taka "uwolniona" książka nie zalega już na naszej półce, a znajduje drugie życie w dłoniach kolejnych czytelników, którzy po przeczytaniu również przekazują ją dalej. Z takiego rozwiązania korzystają np. podróżni na Dworcu Głównym we Wrocławiu, którzy mogą za darmo zabrać jedną z pozycji ze specjalnej półki znajdującej w hallu głównym, ale pod warunkiem że po lekturze znów ją "uwolnią".

Kluczowe są tu zaufanie i dobra wola. Pokazuje to choćby przykład aplikacji E-Umbrella, która działa w jednym z miast w Chinach. Start-up oferował wypożyczanie parasola za drobną opłatą. Problem w tym, że firma nie ustaliła kar za brak zwrotu, więc użytkownicy parasole masowo sobie przywłaszczali. W krótkim czasie firma straciła 300 tysięcy sztuk...

Dostęp, a nie dzielenie się

Chiński przykład pokazuje, że dobra idea może być wykorzystana w niewłaściwy sposób. Tak właśnie stało się w niektórych przypadkach z ekonomią współdzielenia. Wiele firm zauważyło możliwość wykorzystania społecznego elementu tej koncepcji do stworzenia modelu biznesowego. W efekcie powstały korporacje, które choć są łączone z sharing economy, w rzeczywistości wypaczają jej założenia.

Marcin Giełzak wskazuje tu choćby na firmy takie jak Uber, Lyft czy Airbnb. - Płatne przewozy czy wynajem lokali nie są w żaden sposób aktem dzielenia się - mówi stanowczo. Jego zdaniem w przypadku tych aplikacji nie chodzi o wykorzystanie niewykorzystanych zasobów i dzielenie kosztów, ale przede wszystkim o zysk. Uberem nie jedziemy przecież przy okazji kursu, który i tak by się odbył, ale po prostu zamawiamy usługę przewozu z punktu A do B. Zarobek jest również najważniejszym celem użytkowników Airbnb, którzy nie wynajmują mieszkań i domów za darmo lub za grzecznościową opłatę, jak w ramach couchsurfingu, ale za starannie wyliczoną stawkę.

Giełzak dodaje, że w przypadku Aribnb czy Ubera powinniśmy mówić raczej o gospodarce opartej na dostępie, czyli access economy, a nie sharing economy.

Sprzeciw

Ale samo nastawienie firm na zysk zarzutem przecież być nie może. Działalność Ubera, Airbnb i im podobnych wywołuje jednak kontrowersje z innych powodów.

Na przykład w Berlinie zakazano wynajmu przez Airbnb całych mieszkań, bo coraz więcej z nich służyło tylko turystom, co znacznie windowało ceny nieruchomości dla zwykłych mieszkańców. Dlatego dziś w stolicy Niemiec przyjezdnym można udostępnić co najwyżej pokój. Podobny krok rozważały władze miasta Palma de Mallorca, stolicy hiszpańskiej wyspy Majorka, które chciały zakazać nielicencjonowanego wynajmu domu i mieszkań turystom. Wszystko po to, aby ograniczyć szarą strefę i powstrzymać galopujący wzrost cen. Coraz częściej dochodzi bowiem do sytuacji, że na kupno czy wynajem nie było już stać lokalnych mieszkańców.

Swoje niezadowolenie z rosnącej pozycji Airbnb coraz głośniej wyrażają też hotelarze. W zeszłym roku francuskie stowarzyszenie hotelarskie zarzuciło firmie nieuczciwą konkurencję, ponieważ osoby prywatne oferujące zakwaterowanie za pośrednictwem serwisu nie muszą przestrzegać rygorystycznych wymagań obowiązujących hotele.

Z podobnymi oskarżeniami musi zmagać się Uber. Na całym świecie regularnie odbywają się protesty taksówkarzy, którzy zarzucają mu nierówną konkurencję, dumpingowe ceny i odbieranie klientów. Jeden z takich protestów kilka tygodni temu obserwować mogli mieszkańcy Warszawy.

Nocny atak na kierowcę Ubera. Policja zajmuje się sprawą
Nocny atak na kierowcę Ubera. Policja zajmuje się sprawą / Wideo: tvn24

Praca po nowemu

Firmy budzą kontrowersje także z powodu zmian, które wywołują na rynku pracy. Michał Paliński, analityk instytutu DELab Uniwersytetu Warszawskiego i autor raportu "Przyszłość pracy - między uberyzacją a automatyzacją" zauważa, że takie platformy z jednej strony podnoszą aktywność zawodową (Uber chwalił się nawet, że 20 proc. jego kierowców było wcześniej bezrobotnymi), ale z drugiej zarzuca się im obniżanie standardów pracy poprzez wymuszanie zatrudnienia niezabezpieczonego gwarancjami socjalnymi.

Kierowca Ubera formalnie jest tylko użytkownikiem aplikacji, a nie pracownikiem

Marcin Giełzak

Na przykład kierowcy jeżdżący dla Ubera nie są jego pracownikami - muszą prowadzić własną działalność gospodarczą i sami dbać o swój socjal. Rola firmy - co podkreśla sam Uber - sprowadza się jedynie do bycia pośrednikiem łączącym kierowców z pasażerami.

- Kierowca Ubera formalnie jest tylko użytkownikiem aplikacji, a nie pracownikiem. W każdej chwili może zostać dezaktywowany i nie będzie mógł nawet odwołać się do sądu, bo nie ma żadnych praw określonych w Kodeksie pracy - mówi Marcin Giełzak.

Nie wszyscy z tymi zarzutami się zgadzają. Zdaniem Łukasza Komudy, ekonomisty i eksperta rynku pracy z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, Ubera nie należy obwiniać za to, że kierowcy nie mają stałych umów, bo w Polsce niemal nie ma firm taksówkowych, które zatrudniają na etat.

- Taksówkarze w zdecydowanej większości są samozatrudnieni i prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą. Tak jest od dawna i było jeszcze przed pojawieniem się Ubera. Zatem z punktu widzenia warunków zatrudnienia, zabezpieczenia tych osób, nie ma specjalnej różnicy między tymi, którzy jeżdżą dla korporacji taksówkowych i tymi, którzy jeżdżą dla Ubera - mówi Komuda i dodaje, że gdyby polski rynek taksówkowy był zdominowany przez firmy zatrudniające kierowców na etacie, to można byłoby powiedzieć, że Uber psuje rynek pracy. - Ale tak nie jest - zaznacza.

Jego zdaniem protestujących taksówkarzy frustruje nie to, że mają inne warunki pracy, ale fakt, że przez Ubera przybywa osób, które mogą świadczyć takie same usługi jak oni, a dodatkowo na korzystniejszych warunkach. - W efekcie taksówkarze mają mniej pracy, mniejsze dochody, muszą obniżać ceny i dodatkowo pojawił im się konkurent, który nie musi spełniać wielu formalnych wymogów, czyli posiadać kasy fiskalnej czy kosztownej licencji, dzięki czemu ma znaczą przewagę konkurencyjną - mówi Komuda.

Taksówkarze zablokowali miasto
Taksówkarze zablokowali miasto

Jeden bierze wszystko

Giełzak zwraca jednak uwagę na zagrożenie płynące z tej nierówności. - W dłuższej perspektywie w interesie konsumentów nie jest to, żeby Uber wyeliminował konkurencję i osiągnął pozycję bliską monopolisty - mówi. Przypomina, że obecnie firma co roku przynosi ogromne straty liczone w miliardach dolarów. - Inwestorzy się na to godzą, bo wiedzą, że w końcu przyjdzie czas żniw, kiedy Uber nie będzie miał silnej konkurencji. Wtedy będzie mógł podnieść ceny, bo kto go powstrzyma? – pyta retorycznie.

Ludzie nie rozumieją, że Uber czy Airbnb to nie Wikipedia

Trebor Scholz

Jego obawy nie są odosobnione. Już w 2015 r. eksperci, podczas poświęconego sharing economy panelu w Berlinie, wskazywali, że alternatywne formy wymiany dóbr i kapitału pozostają obecnie poza państwową kontrolą, co może rodzić liczne nadużycia i praktyki monopolistyczne. Sukces Google'a czy Facebooka wskazuje na to, że w biznesie opartym na globalnej wymianie danych często jeden gracz przejmuje wszystko - wskazali.

- Ludzie nie rozumieją, że Uber czy Airbnbo to nie Wikipedia - przestrzeń, gdzie jednostki dobrowolnie i nieodpłatnie wymieniają się wiedzą. Start-upy te pośredniczą de facto w obrocie nieruchomościami, pieniędzmi i własnością. Są po prostu nowym wcieleniem firm logistycznych, które dostosowały się do realiów cyfrowego świata - tłumaczył podczas panelu profesor Trebor Scholz z nowojorskiej The New School.

Komentarze (3)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
you

Wszystko w porzadku. Ale jak zamiescic zdjecie na fb bez samochodu wyprodukowanego przez "wiodace niemieckie fabryki"?

  • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
      0
    • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
        0
      • zgłoś naruszenie
      zamknij
      FrozMnd

      W Polsce ta ekonomia dzielenia jest nierzadko nielegalna, bo legalnie się NIE DA (nie opłaca). Z darowizn i handlu należy się rozliczać z US. Jak ktoś staje się zbyt aktywny w tej ekonomii dzielenia, to musi rejestrować działalność gospodarczą, czyli zerwać dotychczasową umowę o pracę! (trafić na bruk - ilu pracodawców pozwoli na rozwiń

      • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
          0
        • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
            0
          • zgłoś naruszenie
          zamknij
          aenyewed

          Serio, ile jeszcze razy będziemy musieli czytać copypaste tego głupiego argumentu, że Uber tylko czeka, aż zmonopolizuje rynek i wtedy to dopiero zobaczymy jak nam wywinduje ceny? Nie zmonopolizuje i nie wywinduje. Nawet jeśli przestaną się opłacać drogie i naciągające na kasę tradycyjne taksówki, a korporacje się pozamykają, to w sytuacji rozwiń

          • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
              4
            • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
                0
              • zgłoś naruszenie
              zamknij
              Zasady forum
              Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
              Zwiń

              Maciej Kucharczyk

              ZobaczNajwiększa zagadka w historii lotnictwa. To zdjęcie miało kryć klucz do jej rozwiązania

              Tamara Barriga

              ZobaczZabijał strzałem w głowę i dusił. "Zapewniam, nie jestem brutalem"

              Antonina Długosińska

              ZobaczJak rozpalić grill nachosami, a czepek założyć w sekundę. Internet eksperymentuje

              Poprzedni weekend
              2 tygodnie temu
              3 tygodnie temu
              4 tygodnie temu
              5 tygodni temu
              Zobacz wszystkie