Magazyn TVN24

Jacek Stawiski

Polska - Niemcy: zamrożenie stosunków czy strategiczne partnerstwo?

Zobacz

Katarzyna Guzik

ZobaczTimmermans. Prawa ręka Junckera i komisarz od zadań specjalnych

Tamara Barriga

ZobaczO bajkach tylko dla dorosłych. (Nie znacie to przeczytajcie)

Bartosz Żurawicz

ZobaczŁukasz zginął śmiercią niemożliwą

Podziel się

Gdy umierał, nie wiedział, że to pocisk przeszył mu serce. Nie wiedział o tym też myśliwy, który potknął się i przypadkiem wystrzelił w lesie ponad 300 m dalej. Do czasu. Wieczorem przyszli policjanci i powiedzieli: zabił pan człowieka. To właściwie nie miało prawa się zdarzyć.

Zadecydowały centymetry i ułamki sekundy. Pocisk przeszył serce 21-letniego Łukasza. Chłopak umarł, zanim się zorientował, co tak naprawdę się stało.

Gdyby wcześniej usłyszał, że coś takiego jest w ogóle możliwe, pewnie by nie uwierzył. Tak jak długo nie mogli uwierzyć w to, co się stało, prokuratorzy i rodzina zmarłego.

– Nic nie będzie jak wcześniej. Bo niby jak ma być? – mówi Monika, jedna z czterech sióstr Łukasza. Płacze.

Na kredensie w rodzinnym domu w Radzyniu pod Łęczycą (woj. łódzkie) stoi zdjęcie 21-latka, przepasane kirem.

– On kipiał optymizmem. To był facet, który kochał życie i wierzył we własne szczęście – Monika kręci głową z niedowierzaniem. Inna z sióstr w tym momencie nie wytrzymuje – wstaje z kanapy i wychodzi z pokoju, w którym rozmawiamy.

Bo Łukasz zginął śmiercią niemal niemożliwą.

Siostra zabitego Łukasza: nic już nie jest takie samo
Siostra zabitego Łukasza: nic już nie jest takie samo / Wideo: TVN24 Łódź

Złe miejsce, zły czas

To była upalna niedziela, 3 sierpnia 2014 r. Łukasz niemal cały dzień spędził nad jeziorem. Dobrze się bawił. Na wieczór umówił się ze znajomymi. Zabrali go z domu i pojechali kilka kilometrów dalej. Zatrzymali się na leśnym parkingu pod Radzyniem.

– To takie nasze miejsce spotkań. Ten leśny parking dobrze nam się kojarzył. Mama opowiadała, że tam poznała się z tatą – opowiada siostra zmarłego 21-latka.

– W zasadzie już stamtąd odjeżdżaliśmy. Kolega odpalił silnik, włączył światła – mówi Mikołaj, najlepszy przyjaciel Łukasza. Razem siedzieli z tyłu samochodu. On z lewej, Łukasz z prawej.

"Poczekajcie chwilę" – powiedział Łukasz i poszedł jeszcze za potrzebą. Nie było go kilkanaście sekund. "Jedziemy" – powiedział, gdy wrócił na miejsce. W tym momencie padł strzał.

– Usłyszałem huk, samochodem zatrzęsło. Ktoś krzyknął, że do nas strzelają – wspomina Mikołaj.

Kierowca ruszył. Siedzący obok niego kolega powiedział, że coś go raniło w szyję. Jak się później okazało, był to fragment pocisku, który przebił serce Łukasza.

Mikołaj zobaczył, że jego najlepszy przyjaciel "odpływa".

– Podwieźli mi syna do domu. Żył jeszcze, ale kontaktu z nim już nie było – mówi ojciec Łukasza.

Niedługo potem przed domem 21-latka pojawiła się karetka. Potem karawan.

Z akt śledztwa: Pocisk przedostał się przez klapę bagażnika, kanapę, powodując następnie u pokrzywdzonego ranę przestrzałową. W dalszej kolejności przebił zagłówek, i spowodował delikatnie zranienie szyi młodego mężczyzny – pasażera, który siedział na przednim siedzeniu.

"Zabił pan człowieka"

Pocisk, który zabił Łukasza, przeleciał ponad 300 m przez las. Wystrzelił go 61-letni myśliwy. Z rodziną Łukasza mieszka prawie po sąsiedzku. Zgadza się na rozmowę, ale nie na nagranie przed kamerą.

– Jak pan do mnie zadzwonił, to całą noc nie spałem – przyznaje 61-latek na powitanie. – Ja jestem byłym wojskowym. Wie pan, całe życie z bronią. Uczyłem, jak jej używać, żeby nikomu nie stała się krzywda – opowiada.

Tamtego wieczoru polował na dzika. Wypełnił dokumenty w kole łowieckim, wziął sztucer i poszedł do lasu. Szedł po lesie z nabitą, gotową do strzału bronią. Złamał prawo, bo jego sztucer mógł być naładowany tylko podczas strzelania z ambony.

– Chodziłem, szukałem. Wiedziałem, że zaraz mogę wypatrzeć dzika. Rozglądałem się na boki... – mówi myśliwy i nagle milknie.

Kiedy wraca do opowieści, tłumaczy, że potknął się o gałąź w lesie. Broń zaczęła opadać. Wtedy jeszcze nie wiedział, że ten trwający kilka sekund moment będzie wielokrotnie opowiadał prokuratorom. A powołany przez nich biegły nie uwierzy, że trzymał broń zawieszoną przez ramię.

– Instynktownie ją złapałem, palec ześlizgnął się na spust. Broń wystrzeliła – mówi.

Myśliwy wiedział, że pocisk poleciał w stronę parkingu.

– Pobiegłem tam co sił. Zobaczyłem, że na parkingu nikogo nie ma. Kamień spadł mi z serca – kręci głową.

Wtedy 61-latek nie wiedział, że samochód ze śmiertelnie rannym Łukaszem zdążył już odjechać.

– Późnym wieczorem zapukała do drzwi policja. "Zabił pan człowieka" powiedzieli. Nogi się pode mną ugięły – wspomina.

Z akt śledztwa: Biegły za wiarygodne uznał, iż strzał padł z odległości ponad 300 metrów od parkingu. Jego zdaniem jednak wersja, że doszło do oddania niekontrolowanego strzału z broni palnej zawieszonej na ramieniu – przy potknięciu się o leżące drzewo – nie jest możliwa do przyjęcia. W chwili wystrzału położenie lufy sztucera było bowiem w przybliżeniu poziome, wylot znajdował się na wysokości od 1 metra do około 178 cm od podłoża i skierowany był wzdłuż duktu leśnego. Materiał dowodowy nie pozwala stwierdzić, jakie było ułożenie broni myśliwskiej wobec ciała osoby oddającej strzał.

Łukasz miał 21 lat / Źródło: TVN24 Łódź

"Jakbym zabił własnego syna, a nawet go nie znałem"

Dziś myśliwy jest już nieprawomocnie skazany przez łęczycki sąd pierwszej instancji za nieumyślne spowodowanie śmierci Łukasza na karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata. 61-latek ma też zapłacić 10 tys. złotych rodzinie 21-latka.

– Sąd, wyrok... to przecież nic. Ja się wyroku nie bałem, tylko spojrzenia rodzinie tego chłopaka w oczy – tłumaczy myśliwy.

Tuż po tragedii został zatrzymany przez policję. To było łatwe. Funkcjonariusze znaleźli na parkingu pocisk, sprawdzili "księgę wejść i wyjść" do lasu.

Kiedy wyszedł na wolność po przesłuchaniu, nie miał odwagi pójść do domu Łukasza, chociaż miał do niego ledwie kilkaset metrów. Z rodziną 21-latka spotkał się w kościele po kilku dniach.

Po kazaniu podszedł do rodziny. – Uściskaliśmy się. Zaczęliśmy płakać. Ja przecież Łukasza prawie nie znałem, a czuję się, jakbym zabił swojego syna. Myślę o nim codziennie. I o tym dniu, i o tym, jak trzymałem ręce – przekonuje.

– Wtedy w kościele ksiądz mówił z ambony o przebaczaniu. Chociaż ja sam sobie przecież nie umiem wybaczyć – dodaje.

Do lasu chodzi bez broni. Po 20 latach przestał polować.

Z akt śledztwa: Nie ulega wątpliwości, że myśliwy postąpił wbrew przepisom Rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 23 marca 2005 roku ws. szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz. 60-latek poruszał się nocą po lesie, w terenie nierównym, z przeszkodami. Miał wtedy załadowaną dwoma pociskami, gotową do oddania strzału, broń myśliwską. Tym samym nie zachował należytej ostrożności i wymogów bezpieczeństwa, czym w konsekwencji nieumyślnie doprowadził do śmierci 21-latka.

Dominikanin: świat składa się ze zdarzeń niewiarygodnych

Dominikanin, ojciec Paweł Gużyński nie wydaje się zdziwiony historią śmierci Łukasza, która nam wydała się tak nieprawdopodobna.

– Świat składa się ze zdarzeń, które na pierwszy rzut oka wydają się zbyt niewiarygodne, żeby istniały. One jednak po prostu się dzieją, tak zaplanował to Bóg – wyjaśnia.

I dodaje, że z perspektywy człowieka plan Boga może być niezrozumiały i tragicznie okrutny. W innej, większej perspektywie może być jednak inaczej.

Fizyk: takie rzeczy się nie dzieją

Co jednak, jeżeli ktoś nie wierzy w "boski plan"? Zostaje niedowierzanie.

– Gdyby nie to, że to się wydarzyło, to bym nie uwierzył – komentuje dr Tomasz Rożek, fizyk i publicysta naukowy.

I wylicza: pocisk przeleciał ponad 300 m. – Nie dotknął po drodze żadnego listka czy źdźbła trawy. Nawet taka przeszkoda pomogłaby wytrącić nieco energii z pocisku i nie dopuścić do tragedii. Koszmarne zrządzenie losu – komentuje.

Ekspert wyjaśnia, że nawet nie sposób wyliczyć, jak niskie jest prawdopodobieństwo wystąpienia takiej tragedii jak ta z Grabowa.

– To skrajnie nieprawdopodobne, nawet nie ma narzędzi do wyliczenia tego. Coś takiego może się wydarzyć raz na 10 lat. Albo na 100. Do niedawna powiedziałbym nawet, że coś takiego w ogóle nie może się zdarzyć – komentuje.

Zdarzyło się w pod Radzyniem w gminie Grabów w województwie łódzkim.

Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem związanym z Waszym regionem – czekamy na Wasze sygnały/materiały. Piszcie na Kontakt24@tvn.pl

Zwiń

Robert Zieliński

ZobaczInwigilacja, o której boicie się dowiedzieć

Maciej Kucharczyk

ZobaczRosjanie grają o najwyższą stawkę. Wielki kontrakt trzeszczy w szwach

Aleksandra Gałka

ZobaczCzas to pieniądz. Wolny czas to fortuna

Maciej Kucharczyk

ZobaczBomby termojądrowe wśród hiszpańskich pomidorów

Tatiana Serwetnyk

ZobaczZ pałką na sąsiada. Ukraińska wojna o cerkwie i dusze

Rafał Kazimierczak

ZobaczOto materiał na gwiazdę. Od pół wieku nie było takiego talentu

Poprzedni weekend
3 tygodnie temu
4 tygodnie temu
5 tygodni temu
6 tygodni temu