Magazyn TVN24

Małgorzata Solecka

Do wybuchu epidemii wystarczy jeden zarażony. Śmiertelna choroba wraca

Zobacz

Jacek Stawiski, TVN24 BiS

ZobaczTo największa operacja zbrojna Unii. Spełnia się koszmar Polski

Małgorzata Goślińska

ZobaczKain nie martwiłby się o brata frankowicza. Bóg odwraca się od banków

Filip Czekała

ZobaczAle heca! Ale zgroza! Słoń demolował miasto, małpa latała z karabinem

Podziel się

Małpy przewróciły pracownika zoo, wybiegły z klatki i dały nogę z ogrodu. Jedna z nich wyrwała karabin żołnierzowi; druga wpadła do mieszkania, usiadła na parapecie i zaczęła czytać gazetę. Cyrk. A i słoń z cyrku właśnie urwał się swoim opiekunom i dotarł aż na dworzec. Bo w Poznaniu dzikie zwierzęta nie raz i nie dwa siały spustoszenie i postrach na ulicach.

Na liście słynnych uciekinierów znalazły się też: niedźwiedź, bawół, puma i pantera. Strach się bać.

"Skuteczne okazały się strzały z pistoletu dyrektora"

Ze słoniem było tak. Przyjechał do Poznania pod koniec marca 1913 r. ze słynnym w okresie międzywojennym cyrkiem Sarrasaniego z Drezna.

Plakat cyrku Sarrasani z 1920 r. / Źródło: Flickr.com / Carl Moos
Podczas widowiska największy ze słoni, przewrotnie nazywany Małym Cohnem, wybiegł z namiotu na placu Liwoniusza (tereny po dawnym dworcu PKS w Poznaniu) i ruszył w kierunku dworca towarowego, tratując i niszcząc wszystko, na co natrafił po drodze. Gdy dotarł na miejsce, zdemolował kolejowe magazyny.

Na nic zdały się próby zatrzymania zwierzęcia przez personel cyrku. Skuteczne okazały się dopiero strzały z pistoletu dyrektora – jedna z kul trafiła słonia w tętnicę za uchem. Silny krwotok skłonił go do powrotu do swojego namiotu. Po tym incydencie cyrk postanowił sprezentować niesfornego zwierzaka poznańskiemu zoo*.

Mały Cohn znalazł tam towarzyszkę - starą słonicę Dorę. Nie cieszyli się jednak długo sobą, słoń zdechł w 1924 r. Cieszył się za to sławą najprawdopodobniej  największego słonia indyjskiego, jaki kiedykolwiek mieszkał w ogrodzie zoologicznym na całym świecie.

Jego historia zainspirowała scenarzystów Romana Pawłowskiego i Marcina Wierzbowskiego, którzy zrobili "Jeżyce Story" na deskach poznańskiego Teatru Nowego, poświęcając epizod Małemu Cohnowi.

Niedźwiedź "rozszarpał jej w straszny sposób prawą rękę"
Wycinek z "Postępu" z 12 stycznia 1918 r. / Źródło: Wielkopolska biblioteka cyfrowa

Wycinek z "Postępu" z 12 stycznia 1918 r. / Źródło: Wielkopolska biblioteka cyfrowa
Cztery lata minęły, gdy gruchnęła w mieście wiadomość o kolejnej spektakularnej ucieczce: niedźwiedź baribal na wolności!

"Zwykle był łagodny, lecz wygłodzony na strawie wojennej wdrapał się na uschłe drzewo, stąd po gładkim murze akrobatycznym sposobem wydostał się na wolność" - opisywał zdarzenia z 9 stycznia 1918 roku "Goniec Wielkopolski".

Jeszcze na terenie zoo zaatakował kasjerkę. "Rozszarpał jej w straszny sposób prawą rękę poniżej łokcia i pokaleczył ciężko na głowie" - alarmował "Goniec". Na ratunek kobiecie przybiegł robotnik z psem. Mężczyzna spuścił psa z łańcucha i to był błąd. W mgnieniu oka zwierzę zostało rozszarpane przez rozzłoszczonego niedźwiedzia.

Spacerujące po ogrodzie dzieci w starciu z drapieżnikiem nie miałyby żadnych szans. Szczęśliwie zdążyły się ukryć - część w małpiarni, a jedna z dziewczynek w domku dla słonia.

Ofiarą baribala padłby wielbłąd - już zanurzał w niego zęby, gdy na teren zoo wpadli powiadomieni o niedźwiedziu policjanci. Ocalili wielbłąda, zaś agresywnego niedźwiedzia zabili kilkoma strzałami z rewolwerów.

Ranna kasjerka trafiła do szpitala. Długo walczyła o życie, ale przeżyła, choć lekarze musieli amputować jej prawą rękę.

A w zoo wszystkie klatki przykryto drucianą siatką.

Dzieci schroniły się u hien, lisów i niedźwiedzi malajskich

Wielkie dzikie zwierzę zaatakowało ponownie w maju 1936 roku. W niewyjaśnionych okolicznościach z klatki uciekł afrykański bawół rudy. Natknął się na dozorcę Michała Leszczyńskiego. Starcie z pracownikiem trwało mniej więcej tyle, ile walka Andrzeja Gołoty z Lamonem Brewsterem. Zwierzę powaliło go na ziemię i przebiło rogami. Mężczyzna zmarł. Bawół ruszył dalej.

Biegając po zwierzyńcu, szczęśliwie nikomu więcej nie wyrządził krzywdy. W tym czasie na terenie ogrodu znajdowała się grupa 33 dzieci. Schroniły się w zimowym pomieszczeniu hien, lisów i niedźwiedzi malajskich, w którym nie można było zamknąć drzwi. W strachu spędziły tam godzinę, zanim zwierzę udało się zamknąć.

Bawół zmarł w lipcu tego samego roku.

"W poniedziałek p. prof. dr Niezabistowski dokonał sekcji zdechłego bawołu i stwierdził, że zwierzę cierpiało na gruźlicę i miało w mózgu wielki nowotwór. Przypuszczalnie ten wrzód w mózgu był przyczyną ataków szału bawoła" – pisał 9 lipca 1936 r. „Kurier Poznański”.

– A syn pana Leszczyńskiego, którego zabił bawół, poszedł w ślady ojca. Zajmował się działem ssaków kopytnych, w tym bizonami, wielbłądami, zebrami i jedynym wtedy żubrem Popasem – mówi Jan Śmiełowski, były dyrektor poznańskiego zoo, który miał okazję pracować z młodszym Leszczyńskim.

"Kurier Poznański" o ataku bawoła / Źródło: archiwum Zoo w Poznaniu / Daria Ołdak (TVN24)

Obejrzał się za siebie i zobaczył pumę

Potem dopiero lata 50. przynoszą kolejne mrożące krew w żyłach zdarzenie w zoo. Chwila nieuwagi podczas codziennego szorowania płytek ceramicznych na podłodze w pawilonie drapieżnych mogła kosztować życie pielęgniarza. Mężczyzna zapomniał bowiem zamknąć klatkę z pumami.

- Obejrzał się za siebie i zauważył pumę, która chce na niego skoczyć. Momentalnie pochylił się, puma przeleciała nad nim i na śliskiej podłodze przeleciała na koniec korytarza. W tym czasie opiekun wpadł do jej klatki, zamknął się i krzykiem wezwał pomoc – mówi Janusz Kocięcki, wieloletni kierownik Starego Zoo.

Skończyło się na strachu.

Jak wtedy, gdy Poznań obiegła mrożąca krew w żyłach historia dotycząca hipopotama ze Starego Zoo. Według relacji przekazywanych przez mieszkańców, miał on połknąć dziecko. Budziła ona przerażenie, mimo że... nigdy nie miała miejsca. Była jedynie żartem jednego z opiekunów zwierząt.

– Plotka wzięła się stąd, że ludzie podziwiali karmienie hipopotama. Ktoś powiedział wtedy: "Ale on ma wielki pysk! Człowieka by połknął!". Pielęgniarz na to odwrócił się i zażartował: "Dorosłego to nie, ale po dziecku to ostatnio tylko buciki zostały". Plotka szybko się rozniosła, a że działo się to podczas Międzynarodowych Targów Poznańskich rozeszła się po całym kraju – śmieje się Kocięcki.

Były lata 60. A plusem całego zamieszania było to, że zwiedzający ogród zachowywali większą ostrożność przy wybiegu dla hipopotama. Dobrze, bo rocznie w wyniku starć z tymi zwierzętami, które są jednymi z najbardziej niebezpiecznych na świecie, ginie 3000 osób. To sześć razy więcej niż ofiar stratowanych przez słonie. Te ostatnie są łagodne i powolne, zaś hipopotamy są bardzo agresywne i szybkie.

Kukła w jednej chwili znalazła się na rogach rozwścieczonego żubra

Zwierzęta uwolnić próbowały się nie tylko w zoo czy w cyrku, ale także w... podróży.

W latach 50. strachu najadła się załoga samolotu, który leciał do Hagi. Na pokładzie maszyny znalazła się klatka z lwem wychowanym w Poznaniu. Zwierzę próbowało się uwolnić, pilot samolotu zawrócił i lądował na poznańskiej Ławicy.

Aby w 1957 roku wyprawić w drogę żubra Popasa, który miał się przeprowadzić z Puszczy Białowieskiej do poznańskiego zoo, trzeba było użyć podstępu.

"Trudności zaczęły się już w puszczy, kiedy to zwierzę za żadne skarby nie chciało wejść do drewnianej klatki, w której miało odbyć kilkusetkilometrową podróż. Trzeba było użyć fortelu: kombinezon wypchany sianem niczym się nie różnił - dla Popasa - od normalnego człowieka, którego zwykł atakować bez pardonu. Kukła umieszczona przed wejściem do klatki znalazła się w jednej chwili na rogach rozwścieczonego żubra, przy czym zwierzę ruszyło na swą ofiarę z takim impetem, że nawet nie zauważyło, w jaki sposób znalazło się z nią nagle wewnątrz drewnianej skrzyni" - pisał "Express Poznański".

Transport żubra zajął trzy dni. Kierowca ciężarówki musiał kilkakrotnie zatrzymywać się w trakcie drogi, żeby poczekać, aż rozjuszone zwierzę się uspokoi. W Warszawie żubr zdołał nawet wyłamać jedną ze ścian klatki, ale zbiec mu się nie udało.

O żubrze pisał w 1957 r. "Express Poznański" / Źródło: Archiwum Zoo Poznań

Szympansica wyrwała żołnierzowi karabin i skierowała lufę w swoją stronę...

Ale najbardziej spektakularna i niewiarygodna ucieczka zdarzyła się w październiku 1966 roku.

"Zaczęło się o godz. ósmej z minutami. Doświadczony pielęgniarz, pracujący już 20 lat w zoo, wszedł do pawilonu małp, gdzie działo się coś niedobrego – szympansy biły się między sobą. Gdy pielęgniarz uchylił solidne zamknięcie, jedna z małp go pchnęła i gdy upadł – druga przekoziołkowała przez niego. Pogonił za nimi korytarzem, ale szympansica Monika jednym ciosem łapy otworzyła (zamknięte na klamkę) dolne drzwi pawilonu. Drugi szympans Grześ grzecznie zawrócił z drogi, ale Monika zasmakowała wolności" – relacjonował "Express Poznański".

Gazety informowały o ucieczce jednego szympansa. Z klatki uciekły jednak dwie małpy, o czym wiedzieli w zasadzie jedynie pracownicy zoo i żołnierze. Jedna z nich dostała się bowiem na teren jednostki wojskowej znajdującej się zaraz przy ogrodzie.

– Szympansica dobiegła do żołnierza stojącego na warcie, wyrwała mu karabin, skierowała go lufą w swoją stronę, popatrzyła do środka i odrzuciła. Po chwili udało nam się ją złapać. Druga przeskoczyła przez płot i weszła na podwórze domu na narożniku ul. Zwierzynieckiej i Kraszewskiego. Tam weszła po schodach i chwyciła klamkę do jednego z mieszkań. Kobieta, która tam mieszkała, słysząc, że ktoś się dobija, otworzyła drzwi. Na widok małpy zemdlała. Szympansica weszła do środka i wyjrzała przez okno. Gdy do mieszkania dotarli ścigający ją ludzie, chwyciła się rynny i zjechała na dół. Stamtąd uciekła do pralni. Wydawało nam się, że już ją mamy. Wężem z wodą chcieliśmy zagonić ją w róg i tam złapać. Jednak wyrwała nam go z rąk i palcem zasłoniła dziurę. Ostatecznie jej opiekun wszedł do klatki i tam ją zwabił. Klatkę z szympansicą i jej opiekunem przenieśliśmy do ogrodu – opowiada Kocięcki.

Akcja łapania małpy, o której pisały gazety, trwała ponad godzinę. Monika początkowo doskonale się bawiła. Jeden z mieszkańców zrobił nawet zdjęcie, na którym siedzi na parapecie i czyta gazetę. Gdy każdy jej ruch śledził już tłum gapiów, małpa poczuła się osaczona i stała się agresywna. Podczas próby zatrzymania pokąsała dwóch pracowników zoo.

Zdjęcia z ucieczki małpy opublikował "Express Poznański" / Źródło: archiwum Zoo w Poznaniu / Daria Ołdak (TVN24)

W różnych okolicznościach i na różne sposoby dzikie zwierzęta próbowały odzyskać wolność. Robiły na przykład podkopy. W ten sposób w latach 70. ze Starego Zoo uciekły jeżozwierze. Prawdopodobnie dokopały się one do kanałów po dawnym dworcu kolejowym i tak przedostały się w okolice ronda Kaponiera.

Przez podkop, tyle że już w 1992 roku i z Nowego Zoo, uwolniła się samica wilka. Zdążyła zagryźć jamnika. Nie dawała się złapać na przynętę. Wypuszczono psy myśliwskie. Otoczoną i przestraszoną wilczycę udało się pojmać - wróciła do zoo.

11 lat później tunel pod ogrodzeniem w Nowym Zoo wykopały aguti. Zanim zorientowali się pracownicy ogrodu, na wolności było już 25 z 40 tych gryzoni. Większość z nich udało się namierzyć i złapać. Kilka jednak skutecznie miesiącami wymykało się weterynarzom.

Ostatnio, bo w zeszłym roku, z Nowego Zoo dały drapaka dwie kuny żółtogardłe. Przegryzły tunele z siatki. - Pan kuna wieczorową porą, gdy jest im podawany posiłek, wrócił grzecznie z powrotem. Pani kunie trzeba było nieco pomóc, czyli wystawić transporterek z jedzeniem i tak dała się złapać - mówi Małgorzata Chodyła, rzecznik prasowa poznańskiego zoo.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki Filipa Czekały "Miasto nie do Poznania".

Rzecznik prasowa zoo o ucieczce dwóch kun
Rzecznik prasowa zoo o ucieczce dwóch kun / Wideo: TVN 24 Poznań

Więcej w książce

To tylko fragment nietypowych historii o zwierzętach z poznańskiego zoo. O wielbłądach, które chodziły po ulicach, hipopotamie w autobusie czy słoniu, który miał połknąć parasol przeczytacie w książce "Miasto nie do Poznania". Znajdziecie tam też wiele innych ciekawostek związanych ze stolicą Wielkopolski: dowiecie się, jak znikała poznańska Wenecja, przeczytacie o wieży, która zainspirowała Freddiego Mercury'ego czy o butach, które wykonano dla papieża Jana Pawła II.

Książka ukaże się 26 kwietnia nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

Polecamy też pierwszą książkę Filipa Czekały - "Historie warte Poznania. Od PeWuKi i Baltony do kapitana Wrony" i historie w niej zawarte. Ich przedsmak znaleźć można było na portalu.

Czytaj o:

historii pólmilionowego obywatela Poznania

szkole, która przejechała setki kilometrów na torach

Patronem medialnym obu książek jest m.in. TVN24.

Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego

Komentarze (1)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
krystyna_teresa_wilhelmi
krystyna_teresa_wilhelmi

nic dziwnego kazdy chce byc wolny.

  • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
      2
    • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
        0
      • zgłoś naruszenie
      zamknij
      Zasady forum
      Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
      Zwiń

      Tamara Barriga

      ZobaczKobiety za nim szalały, hipnotyzował je oczami. A potem zabijał

      Rafał Kazimierczak

      Zobacz Liczył, ilu się zabiło, skończył na 57. "Śmierć była częścią mojego życia"

      Poprzedni weekend
      2 tygodnie temu
      3 tygodnie temu
      4 tygodnie temu
      5 tygodni temu
      Zobacz wszystkie