Agnieszka Radwańska pokonała Venus Williams 6:2, 6:3

Polka awansowała do 3. rundy Rolland Garros

Łukasz Kubot wygrał z Francuzem Florentem Serrą 7:6 (7-0), 6:2, 7:6 (7-4)

Polak jest już w trzeciej rundzie Rolland Garros

Edyta jak ogień. Love jak dynamit.

Foto: TVN24 | Video: TVN24 Orange Warsaw Festival - dzień pierwszy

Wielka muzyka, wielki come back i wielki ukłon w stronę organizatorów. Za nami pierwszy dzień Orange Warsaw Festival. Największa gwiazda wieczoru kazała długo na siebie czekać, bo całe 10 lat - a wczoraj do 23. Kilka chwil po tej godzinie Edyta Bartosiewicz weszła na scenę - i zaczarowała publiczność. Jej występ można określić jednym słowem: ogień.

Pierwszy dzień festiwalu upłynął pod znakiem muzyki alternatywnej. Artyści dopisali i spisali się na medal. Gorzej było niestety z publicznością, którą najwyraźniej zniechęciła niezbyt sprzyjająca pogoda. A szkoda, bo poziom zaprezentowany w sobotę przez artystów sięgnął Himalajów.

Wielki powrót

Największą i najbardziej wyczekiwaną gwiazdą była nieobecna na scenie od 10 lat Edyta Bartosiewicz. Artystka powróciła w wielkim stylu, a formy można jej tylko pozazdrościć. Trudno uwierzyć, że ma za sobą taką przerwę.

Najpierw była piękna "Niewinność", potem kołyszące wykonanie piosenki "Zegar". Następnie Edyta balladowo zaśpiewała "Przemoknięte serca miast". Wszystkie utwory wykonane były w nowych aranżacjach - lżejszych od tych, które znamy. Ale wrażenie było znakomite. Koncert był jednak przyjemnością nie tylko dla fanów.

Z twarzy Edyty Bartosiewicz też nie schodził uśmiech. - Bardzo się za wami stęskniłam. Gdyby nie wasz support i wiara we mnie, to może by mnie tutaj dzisiaj nie było - mówiła wzruszona na początku występu.

Oglądaj Edyta Bartosiewicz (TVN24)
Edyta Bartosiewicz (TVN24)

Jak ogień

Potem Edyta zaśpiewała "Miłość jak ogień". Ale to sama Edyta była jak ogień. Podkreślały to nawet jej kasztanowe włosy i płomienna pomarańczowa kurteczka.

Nie zabrakło też kilku utworów z nowej, szykowanej na jesień płyty. Wśród tych niespodzianek znalazły się dwa premierowe kawałki, w tym zainspirowana historią Titanica "Madame Bijou". Artystka zaśpiewała też cover grupy The Rembrandts "Just the way it is, baby". Ale lepiej niż zagraniczne utwory wychodzą Edycie jej własne kawałki. I chyba tego powinna się trzymać. Na szczęście szybko wróciła do starych, dobrych przebojów. Była "Jenny", "Tatuaż", "Szał" i wreszcie "Sen", który publiczność zaśpiewała razem z piosenkarką.

Z fanami wokalistka pożegnała się trzykrotnym bisem. - Jesteście kochani - powiedziała po tym, jak kilkutysięczny tłum przez kilkadziesiąt sekund skandował "E-dy-ta!, E-dy-ta!". Zaśpiewała m.in. "Zatańcz ze mną" i "Skłamałam". I zapowiedziała, że na żywo jeszcze wystąpi. - Do zobaczenia w najbliższym czasie! - krzyknęła do tłumu.

Oglądaj Courtney Love daje czadu (TVN24)
Courtney Love daje czadu (TVN24)

Love jak dynamit

Wielką, choć nie największą, gwiazdą wieczoru była Courtney Love z zespołem Hole. 46-letnia łobuzica rocka zaprezentowała szczytową formę. Z gitarą na ramieniu, od stóp do głów ubrana w czerń, z czerwoną szminką na ustach wyglądała znakomicie, a śpiewała jeszcze lepiej. Pomiędzy piosenkami rzucała to "thank you" (próbowała nawet dziękować po polsku), to przekleństwa, to popalała papierosa. W końcu miano "najbardziej kontrowersyjnej gwiazdy rocka" zobowiązuje...

Oprócz drapieżnych utworów Hole wykonała też wielki przebój Pearl Jam "Jeremy". Na konferencji prasowej przed koncertem artystka opowiadała, że dotychczas zagrała ten kawałek na żywo tylko dwa razy - w Paryżu, gdzie okazał się sukcesem, i w Zurychu, gdzie był, jak sama określiła, "do d....". Love wahała się, czy powtórzyć numer dla polskiej publiczności, ale w końcu powiedziała "Lubię ryzyko".

Ostatecznie numer zagrała. - Schrzaniłam, zapomniałam o jednej frazie - powiedziała Courtney po występie. Ale nie przejęła się tym, tak jak nie przejmowała się krytyką najnowszego albumu Hole "Nobody's Daughter". - Mam to gdzieś - mówiła.

"Fascynujący i straszny kawałek architektury"

Po koncercie nienasycona publiczność przez dobre kilkadziesiąt sekund skandowała "Courtney, Courtney". I chociaż program napięty był co do minuty, fani bisów się doczekali - nawet kilku.

Na konferencji prasowej Courtney wspomniała również o swoich wrażeniach z pobytu w Polsce. Przyznała, że przed przyjazdem o naszym kraju nie wiedziała prawie nic. Za to po przyjeździe zachwycił ją "dziwny kawałek architektury, który widać z jej hotelowego okna". Jak nietrudno się domyślić, chodzi o Pałac Kultury i Nauki. - Jest fascynujący i straszny - powiedziała Love.

Przetrzeć błotne szlaki

Kim Nowak (PAP/Leszek Szymański)

Ale sobotnie popołudnie i wieczór należało nie tylko do wielkich sław. Festiwal otworzyli chłopaki z zespołu Kumka Olik. Zadanie mieli niełatwe, bo musieli przetrzeć błotne szlaki Służewca. Z zadania wywiązali się śpiewająco. Mimo deszczu pod sceną w pięć minut zrobiło się bardzo gorąco.

Chłopcy zagrali bardzo energetyczny koncert. Rozpoczęli odrobinę nieśmiało, ale z piosenki na piosenkę robiło się jasne, że na scenie czują się jak ryby w wodzie. Muzycy zagrali piosenki ze swojego nowego albumu "Podobno nie ma już Francji".

Z rodziną nie tylko na zdjęciu

Potem cięższe działa i cięższe brzmienia wytoczył Kim Nowak. Kim jest Kim? Jeśli ktoś kojarzy muzykę braci Waglewskich i projekty takie jak "Męska Muzyka", powinien się domyśleć... Kim Nowak tworzą Bartek i Piotrek Waglewscy (synowie Wojciecha Waglewskiego, bardziej znani jako Fisz i Emade) oraz Michał Sobolewski. W przypadku utalentowanych panów nie sprawdza się powiedzenie, że z rodziną dobrze wygląda się tylko na zdjęciu. Waglewscy świetnie się razem czują, a muzyka, jaka wychodzi spod ich rąk (perkusiście mało mięśnie nie pękły) i z gardeł, to prawdziwy ogień. Trochę szurający, trochę garażowy punk z gitarowymi riffami doskonale sprawdził się jako rozgrzewka na zimnym i mokrym Służewcu, a zachrypnięty głos Bartosza Waglewskiego dodał mocy chyba każdemu.

Do tego ostrego jak brzytwa brzmienia znakomicie pasują teksty - brutalne, ale jednocześnie poetyckie. Jest też w nich sporo przygnębiających "kryminałek": morderstw, śmierci i toksycznej miłości. A wszystko razem sprawia, że ten surowy, nieobrobiony rock jest wprost wymarzonym materiałem do grania na żywo, na głośno, i na maksa.

Białe kłamstwa

Następnie przyszła czas na zespół The White Lies. Przed ich występem tłum pod sceną wyraźnie zgęstniał. Utalentowane trio z Ealing dało znakomity koncert. Głęboki jak wody kanału La Manche głos Harry'ego McVeigha niósł się kojąco po trawiastym torze, a publiczność szalała. Szczególnie wysokie i energiczne podskoki rozentuzjazmowanych fanów wywołały najsłynniejsze piosenki White Lies - "To loose my life" i "Farewell to the Fairground".

W muzyce zespołu z zachodniego Londynu doskonale słychać było charakterystyczną nutę rocka z Wysp. Pierwsze dźwięki piosenek przywodzą czasami na myśl U2, ale (nie odejmując muzykom z Irlandii wielkości), w utworach White Lies dzieje się zdecydowanie więcej. No i ten piękny brytyjski akcent... Muzycy obiecali, że wpadną do Polski już wkrótce - w marcu przyszłego roku. Ja osobiście będę czekać na nich z niecierpliwością.

Bardziej popularni nad Wisłą niż na świecie

White Lies na konferencji prasowej przed koncertem przyznali, że chyba w Polsce są bardziej popularni niż na świecie. - Ale w Zjednoczonym Królestwie też się dobrze spisaliśmy - mówili muzycy.

W Polsce White Lies gościli już kolejny raz. Co podoba im się w naszym kraju? Niewiele miejsc mieli okazję odwiedzić, ale chwalą doskonałe polskie jedzenie. - Na przykład tatar w jednej z warszawskich restauracji - mówią. Stolicę chcą jeszcze dokładnie zwiedzić. - Zainteresowała nas galeria, w podziemiach której szaleliśmy w klubie (chodzi o Narodową Galerię Sztuki "Zachęta" w Warszawie) - mówią. I zapewniają, że jeszcze tam wrócą.

Brawo dla organizatorów

Organizację imprezy śmiało można nazwać wzorową. Czytelne wskazówki dla festiwalowiczów, bardzo duża baza gastronomiczna, doskonałe nagłośnienie i ciekawa scena w kształcie oka. Niestety, mimo tych starań, frekwencja pierwszego dnia nie powalała. A szkoda, bo wszyscy artyści występujący w sobotę dali popis profesjonalizmu i bardzo dobrej muzyki.

Byłam już na kilku festiwalach, ale Orange Warsaw Festival należą się pochwały za zaproszenie wielkich gwiazd i promocję tych mniejszych. Pomysł zorganizowania imprezy na Służewcu również trzeba zapisać na plus - miejsca było w bród, a wszystko odbywało się punktualnie co do minuty. Tym bardziej żal, że choć w końcu Warszawa doczekała się festiwalu na światowym poziomie, to nie zdołała przyciągnąć oczekiwanych tłumów.


W niedzielę, ciąg dalszy festiwalu. Zagrają: Aura Dione, Lisa Hannigan, Monika Brodka, Agnieszka Chylińska i Nelly Furtado. Tor Wyścigów Konnych na Służewcu w Warszawie. Bilety: 29 sierpnia od 99 zł. Wejście na teren festiwalu od 14.30. Kasy biletowe na Służewcu czynne od 9 aż do późnego wieczora.

GDZIE SPAĆ? GDZIE ZJEŚĆ?

JAK DOJECHAĆ?

NOCLEGI W WARSZAWIE

Joanna Kocik
//sk

Dowiedz się więcej...

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opini.

Pozostałe informacje