logotyp tvn24

MAGAZYN TVN24NA WEEKEND

MAGAZYN TVN24 NA WEEKEND

Bądź z nami

Oddajemy w Państwa ręce drugie wydanie MAGAZYNU TVN24 NA WEEKEND, a w nim moc tematów ze świata. Tatiana Serwetnyk pisze o rzekomym spisku Rosjan, mającym odsunąć od władzy prezydenta Białorusi, Adam Sobolewski analizuje, czy po raz pierwszy w historii na czele ONZ może stanąć kobieta (na dodatek z Europy Wschodniej) a Grzegorz Kuczyński ujawnia, które z zachodnich Państw robią milionowe interesy z Rosją na handlu gazem. W okresie przedwyborczym nie sposób odejść od polityki. Córka gen. Andersa, Anna Maria Anders, w pierwszym wywiadzie dla TVN24 zdradza, czemu wybrała PiS a nie PO. A Polacy mieszkający w Szwecji opowiadają nam, czy faktycznie obowiązuje tam "prawo szariatu". Na deser metamorfozy totalne - przedstawiamy historie ludzi, którzy zrzucili po kilkadziesiąt kilo i nie dopadł ich efekt jo-jo..

TATIANA SERWETNYK

Spisek przeciwko Łukaszence w otoczeniu Putina?

Na Białorusi wieszczą próbę obalenia prezydenta

Białoruscy eksperci twierdzą, że scenariusz puczu jest przygotowywany w otoczeniu Władimira Putina. Odpowiedzialnością za "obalenie przywódcy" zostałby jednak obarczony Zachód.

– Zwolennicy twardego kursu polityki zagranicznej Rosji są zaniepokojeni dążeniem Białorusi do normalizacji stosunków z Zachodem i pogłębieniem współpracy gospodarczej z Chinami. To oni stoją za "scenariuszem krymskim" i konfliktem na wschodzie Ukrainy – mówi tvn24.pl Arsenij Siwickij, dyrektor Centrum Studiów Strategicznych i Polityki Zagranicznej w Mińsku.

– Kiedy dla nich stało się jasne, że Ukraina oddala się od rosyjskiej strefy wpływów, zrealizowali scenariusz polegający na destabilizacji sytuacji w tym kraju. I muszę przyznać, że to narzędzie okazało się skuteczne – podkreśla.

Nieformalne spotkanie Putina i Łukaszenki w Soczi. Temat rozmów: współpraca w ramach Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej
Wideo: president.gov.by Nieformalne spotkanie Putina i Łukaszenki w Soczi. Temat rozmów: współpraca w ramach Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej

"Użycie drastycznych środków"

Takie zagrożenie istnieje teraz także w przypadku Białorusi.

– Mimo że Białoruś nie zamierza odwracać się od Rosji, a tym bardziej zostawać członkiem NATO czy UE w dającej się przewidzieć przyszłości, normalizacja stosunków z Zachodem, a także pogłębianie partnerstwa strategicznego Mińska z Chinami jest postrzegane jako zagrożenie wpływów rosyjskich. W tym kontekście Moskwa jest gotowa użyć drastycznych środków, by temu zapobiec – podkreśla Siwickij.

Kim są zwolennicy twardego kursu polityki zagranicznej Rosji? – Należy do nich część przedstawicieli resortów siłowych, a także niektórzy liberałowie. Wszyscy oni znajdują się w otoczeniu prezydenta Władimira Putina i mają bezpośredni wpływ na jego decyzje w tej kwestii – uściśla dyrektor Centrum Studiów Strategicznych i Polityki Zagranicznej.

Źródło: kremlin.ru Spotkanie Władimira Putina i Alaksandra Łukaszenki na Kremlu

"Próba obalenia Łukaszenki"

Jak mógłby przebiegać prognozowany przez ekspertów białoruskich scenariusz obalenia Alaksandra Łukaszenki? Arsenij Siwickij zaznacza, że władze w Rosji skorzystałyby z doświadczenia sąsiedniej Ukrainy. Prorosyjski prezydent Wiktor Janukowycz upadł w wyniku masowych protestów na kijowskim Majdanie. Obalili go zwolennicy kursu europejskiego i przeciwnicy władz na Kremlu, w tym aktywiści organizacji nacjonalistycznych.

A zatem Alaksandra Łukaszenkę także mieliby obalić nacjonaliści białoruscy.

„Kreml stworzy fikcję Majdanu i próby obalenia władz w Mińsku. W ten sposób będzie miał możliwość wtrącania się w wewnętrzne sprawy Białorusi pod pretekstem tłumienia protestów"

Nowy Region

Ekspert Centrum Studiów Strategicznych i Polityki Zagranicznej w Mińsku, Jurij Carik wskazywał w rozmowie z ukraińskimi dziennikarzami: – Rosyjska opinia publiczna jest utrzymywana w przekonaniu, że Zachód zamierza zrealizować na Białorusi scenariusz drugiego Majdanu i dokonać przewrotu państwowego za pomocą białoruskich nacjonalistów.

"Kreml stworzy fikcję Majdanu i próby obalenia władz w Mińsku. W ten sposób będzie miał możliwość wtrącania się w wewnętrzne sprawy Białorusi pod pretekstem tłumienia protestów. W Rosji trwa kampania informacyjna, która ma przekonać Rosjan, że akcje masowego protestu na Białorusi są planowane nie w Moskwie, lecz w Waszyngtonie, Brukseli i Warszawie" – napisała ukraińska agencja Nowy Region.

Kampania w rosyjskich mediach

Analitycy w Mińsku zauważają, że im bardziej Łukaszenka zwracał się w kierunku Zachodu, tym więcej w rosyjskiej prasie było analiz dotyczących przyszłości Białorusi.

"Najwyższy czas dokonać wyboru" – pisała po wybuchu kryzysu na Ukrainie rosyjska gazeta "Wzgliad". "Mińsk musi wybrać, z kim mu do drodze – z Majdanem i Zachodem czy z powstańcami [w Donbasie – red.] i Rosją. Z Białorusią może stać się to samo, może zostać tak samo przelana krew, jeśli władze i ludzie w tym kraju nie dokonają ostatecznego wyboru" – ostrzegała prokremlowska gazeta.

Łukaszenka wizytuje mińskie zakłady zbrojeniowe
Wideo: president.gov.by Łukaszenka wizytuje mińskie zakłady zbrojeniowe

Rosyjski dziennik "Wersji" cytował z kolei szefa Komisji ds. Zagranicznych w Dumie Aleksieja Puszkowa, który wieścił, że przyszłość prezydenta Łukaszenki jest przesądzona. – Zarówno w Waszyngtonie, jak i Brukseli, szczególnie zaś w Warszawie i Wilnie uważają, że Łukaszenka rządzi już zbyt długo. Cóż jednak na to poradzić? Cała opozycja nie stanowi dla niego zagrożenia. Majdan? Innych środków zapewne nie ma – mówił Puszkow.

"Wersji" snuły przypuszczenia, jak to może przebiegać: "Na ulice Mińska wyjdą kibice, nauczeni przez Polaków, jak walczyć na ulicach, oraz nacjonaliści, którzy przeszli kurs młodego żołnierza w szeregach ukraińskich batalionów karnych Ajdar, Azow i Donbas".

„Mówimy o tzw. zamachu nomenklaturowym, jednak dla realizacji takiego scenariusza jest niezbędny pretekst”

Arsenij Siwickij

W sprawie batalionów gazeta "Wzgliad" relacjonowała, że "ukraiński nacjonalistyczny Prawy Sektor tworzy grupę taktyczną Białoruś". Informowała też o "białoruskich snajperach przygotowywanych do udziału w mińskim Majdanie i szkolonych na Ukrainie".

Odpowiedni instrument

Portal rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Rytm Eurazji prorokował z kolei, że "przeciwko Łukaszence zostanie wykorzystana sprawdzona technika pomarańczowych rewolucji".

- Mówimy o tzw. zamachu nomenklaturowym, jednak dla realizacji takiego scenariusza jest niezbędny pretekst. Destabilizacji sytuacji jest najbardziej odpowiednim instrumentem. W tym celu mogą być wykorzystane nielegalne zbrojne ugrupowania działające pod przykrywką "białoruskich radykalnych nacjonalistów", szykujących zamach stanu pod kierownictwem CIA – podkreśla w rozmowie z tvn24.pl Arsenij Siwickij.

Źródło: president.gov.by Angela Merkel i Francois Hollande przybyli do Mińska na rozmowy ws. konfliktu na wschodzie Ukrainy

- Do zamachu miałoby dojść podczas wyborów prezydenckich na Białorusi. Rosja miałaby formalny powód, by ingerować i wtrącić się w sprawy wewnętrzne Białorusi, w tym wprowadzając do kraju kontyngent wojskowy. Moskwa uzasadniłaby, że wysyła kontyngent na wniosek władz białoruskich, by nie dopuścić do powtórki wydarzeń, które miały miejsce na Majdanie w Kijowie i dojścia do władz "faszystowskiej junty" – zaznacza.

"Antyrosyjska retoryka Łukaszenki"

Wybory prezydenckie na Białorusi odbędą się 11 października. Faworytem wyścigu jest Alaksandr Łukaszenka. Rosyjskie media odnotowują, że buduje kampanię na antyrosyjskiej retoryce.

"W tym roku, po raz pierwszy od 21 lat rządów Łukaszenki, zaplanowane w październiku wybory odbędą się w czasie głębokiego kryzysu gospodarczego. Stare hasło 'Dla silnej i dostatniej Białorusi' zostało zastąpione nowym: 'O przyszłość niepodległej Białorusi'. Łukaszenka sugeruje, że chodzi o wyzwolenie się przede wszystkim od Rosji" – analizował rosyjski portal gazeta.ru.

Łukaszenka obserwuje ćwiczenia oddziałów specjalnych MSW
Wideo: President of Belarus Łukaszenka obserwuje ćwiczenia oddziałów specjalnych MSW

Odnotował, że hasła kampanii Alaksandra Łukaszenki uległy radykalnej zmianie.

"Jeśli wcześniej mówił o dostatku ludzi, w czasie kryzysu posługuje się hasłem 'Ojczyzna jest w niebezpieczeństwie!'. Głównym zagrożeniem dla białoruskiego państwa ideolodzy prezydenckiej kampanii postanowili uczynić Rosję, mimo faktu, że przez ostatnie 15 lat jako głównych wrogów Mińska prezydent Białorusi wskazywał Stany Zjednoczone, Unię Europejską i takie kraje jak Polska i Litwa".

Zwrot przywódcy

Łukaszenka odegrał rolę pośrednika w rozmowach dotyczących uregulowania konfliktu na wschodzie Ukrainy. W lutym był gospodarzem spotkania, na którym przywódcy Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec: Petro Poroszenko, Władimir Putin, Francois Hollande i Angela Merkel dyskutowali o sposobach rozwiązania kryzysu w Donbasie.

Źródło: president.gov.by W rozmowie z Petrem Poroszenką Łukaszenka zadeklarował wsparcie w uregulowaniu kryzysu w Donbasie

W Mińsku dwukrotnie podpisywano porozumienia pokojowe ws. uregulowania konfliktu w Donbasie. Uznawany wcześniej za trwałego sojusznika Rosji Łukaszenka odegrał tym razem rolę arbitra, który nie stanął po stronie Kremla. Jego zwrot w kierunku Zachodu może oznaczać, że boi się agresji rosyjskiej w swoim kraju. Łukaszenka szuka także rozwiązań związanych z kredytowaniem gospodarki. Osłabiona z powodu sankcji Rosja może stawiać twardsze warunki i nie sprosta jego oczekiwaniom. Ostatnio Łukaszenka oświadczył, że kredyt w wysokości 7 mld dolarów przyznają Białorusi Chiny.

„Na Białorusi możliwa jest realizacja krymskiego scenariusza i agresji rosyjskiej”

Paweł Siewiaryniec

Pod koniec sierpnia Łukaszenka uczynił gest wobec Zachodu, uwalniając sześciu więźniów politycznych, w tym byłego kandydata opozycji na prezydenta w wyborach z 2010 roku Mikołę Statkiewicza. Decyzja była tłumaczona "względami humanitarnymi". Nuncjusz apostolski na Białorusi abp Claudio Gugerotti, cytowany przez niezależną gazetę internetową "Biełorusskije Nowosti", mówił, że Łukaszenka zwolnił więźniów na prośbę papieża Franciszka.

Lista Młodego Frontu

O możliwy scenariusz obalenia Alaksandra Łukaszenki zapytaliśmy także opozycjonistę białoruskiego Pawła Siewiaryńca.

– Tak, to jest możliwe, jednak na 99 proc. nie będzie to związane z wyborami prezydenckimi, czyli wyreżyserowanym spektaklem dotyczącym reelekcji Łukaszenki. Na Białorusi możliwa jest realizacja krymskiego scenariusza i agresji rosyjskiej – powiedział tvn24.pl Paweł Siewiaryniec, były więzień polityczny, skazany po wyborach prezydenckich w 2010 r. za "zorganizowanie rozruchów masowych".

Źródło: president.gov.by Wielbiciel hokeja. Drużyna Łukaszenki kontra hokeiści z Grodna

– W tym celu na Krymie i na Białorusi są wzmacniane bazy rosyjskie, tworzone są także organizacje paramilitarne. W lipcu Młody Front opublikował listę 100 organizacji na Białorusi działających na rzecz Rosji, czyli tzw. czarną sotnię. Zmiany mogą być dokonane przez służby specjalne, poprzez schemat przewrotu pałacowego realizowanego na podstawie scenariusza kremlowskiego: w białoruskich służbach specjalnych i nomenklaturze roi się od agentury rosyjskiej – podkreśla opozycjonista.

Prezydent z Kolą na kartoflisku. W półtorej godziny obrobili dwuhektarowe pole
Wideo: president.gov.by Prezydent z Kolą na kartoflisku. W półtorej godziny obrobili dwuhektarowe pole

Pytany o możliwego następcę po ewentualnym obaleniu prezydenta odpowiada: – Jeśli będzie naprawdę źle, na następcę Łukaszenki może zostać wyznaczony jego starszy syn Wiktor, odpowiedzialny obecnie za resort siłowy. Byłoby to pewnego rodzaju zabezpieczenie. Na razie jednak system się nie wali, a Łukaszenka daje wszystkim do zrozumienia, że nie ma dla niego alternatywy.

15 września Władimir Putin spotkał się z Alaksandrem Łukaszenką w Soczi. Tematem ich rozmów była m.in. sytuacja gospodarcza Białorusi, w tym udzielenie kredytów przez Rosję. ​

PATRYCJA KRÓL

Szwecja: strefy "no-go" w kraju imigrantów

Szwedzka policja wyodrębniła 55 stref "no-go", nad którymi - jak twierdzi - utraciła kontrolę. Zapytaliśmy Polaków mieszkających w Szwecji, jak wygląda życie w kraju, w którym co 10. mieszkaniec jest cudzoziemcem. Oto ich relacje.

Burza ws. imigrantów po słowach szefa PiS
Wideo: tvn24 Burza ws. imigrantów po słowach szefa PiS

Przyczynkiem do dyskusji jest środowa wypowiedź prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który przestrzegał w Sejmie przed przyjmowaniem uchodźców. Straszył, że ich liczba w kraju niespodziewanie się zwiększy, a imigranci nie będą przestrzegać polskiego prawa i obyczajów. Podczas sejmowej debaty podparł się przykładem Szwecji.

- Jeżeli ktoś mówi, że to nieprawda, to niech się rozejrzy po Europie. Niech spojrzy choćby na Szwecję. 54 strefy, gdzie obowiązuje szariat i nie ma żadnej kontroli państwa. Obawy przed wywieszaniem flagi szwedzkiej na szkołach, (...) bo na tej fladze jest krzyż. Okazuje się, że szwedzkim dziewczętom, uczennicom nie bardzo już dziś wolno chodzić w krótkich strojach, bo to też się nie podoba - mówił Kaczyński.

Sprawę już skomentowała ambasada Szwecji w Polsce, która oświadczyła na Twitterze, że w "Szwecji obowiązuje szwedzkie prawo". A my zapytaliśmy Polaków mieszkających z Szwecji, jak to wygląda z ich perspektywy - czy przyjezdni zintegrowali się ze szwedzkim społeczeństwem, jakie są ich doświadczenia w kontaktach z imigrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

Źródło: Twitter Tweet ambasady Szwecji w Polsce

Reporter 24: tutaj o wszystkim się dyskutuje

Zdania są podzielone. Część Reporterów 24 twierdzi, że Szwecja od dawna jest krajem imigrantów i to jej największe bogactwo, bo na nim wybudowała swój potencjał.

"Mieszkam w Szwecji od 30 lat, wychowałam troje dzieci, które pokończyły szkoły i uczelnie, mam siedmioro wnucząt, które uczęszczają do szkół, a jeszcze nigdy takich bzdur nie słyszałam i nie widziałam" - tak wypowiedź prezesa PiS komentuje w mailu do naszej redakcji Ewa Teresa Jalil Lindström. Zaznacza, że w Szwecji mieszka znaczna liczba imigrantów, bo szwedzkie prawo po prostu przewiduje pomoc dla cudzoziemców i dba o ich kulturę. "Nigdy natomiast nie dopuści do tego, żeby cudzoziemcy przejęli władzę nad szkołą, czy szpitalem" - utrzymuje pani Ewa.

Tadeusz Nowakowski z "Nowej Gazety Polskiej", polskiego dwutygodnika wydawanego w Szwecji, w rozmowie z tvn24.pl podkreśla,  że  w Szwecji faktycznie są "duże problemy i napięcia spowodowane dużą liczbą imigrantów", ale mają "dość skomplikowany charakter i najczęściej nie są spowodowane sprawami wiary czy religii, tylko zwykłymi nierównościami społecznymi". - Zakaz wieszania flag szwedzkich w szkołach to totalny wymysł. Tutaj toczy się dyskusja, czy np. rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego może odbywać się w kościołach protestanckich, skoro duży procent uczniów pochodzi z innych religii - argumentuje Nowakowski.

Źródło: domena publiczna/wikipedia Meczet w Sztokholmie

Źródło: Wikipedia (CC BY 0.0) / MgrMeczet w Goeteburgu został ufundowany przez Arabię Saudyjską i Szwedzki Związek Muzułmański

Getta imigrantów

Jednak niektórzy Polacy mieszkający w Szwecji widzą problemy związane z pobytem i asymilacją dużej liczby imigrantów. Reporter 24 Janello6, mieszkający w Sztokholmie, po części zgadza się z prezesem PiS. "To prawda, że prawo szwedzkie obowiązuje wszędzie, ale tylko w teorii" - pisze. Zwraca uwagę, że np. w Sztokholmie są osiedla zamieszkiwane w większości przez imigrantów spoza Europy, gdzie "strzelaniny i rozruchy są na porządku dziennym".

Takie samo zdanie ma Piotr (mieszka w Singtunie, ok. 30 km od Sztokhomu). Zaprzecza, że w Szwecji istnieją strefy, w których obowiązuje prawo szariatu, ale - jak twierdzi - są "miejsca, w które lepiej się nie zapuszczać".

Na osiedla zamieszkane w dużej mierze przez imigrantów zwraca uwagę także Reporterka 24 Paulina, która osiedliła się w Malmoe. Stwierdza, że mieszkańcy Bliskiego Wschodu "wręcz opanowali" niektóre części miasta. "Najwięcej imigrantów mieszka w dzielnicach Rosengard oraz Moellevang, gdzie władze miasta zapewniają azylantom mieszkania socjalne" - wyjaśnia.

Piotr dodaje: "Wracając pewnego wieczora z kina, jechałem wypchanym po brzegi autobusem. Byłem jedynym białym... też imigrantem... z Polski" - napisał.

Strefy "no-go"

Fakt istnienia enklaw potwierdza szwedzka policja. Pod koniec ubiegłego roku wydała raport, w którym przyznała, że w Szwecji jest 55 obszarów, nad którymi utraciła kontrolę. Wyjaśniono, że od dawna pracownicy poczty, straż pożarna i karetki pogotowia były atakowane, kiedy próbowały wjechać w te strefy, dlatego występowano o policyjną eskortę. Teraz jednak nie wpuszczana jest tam nawet policja, a funkcjonariusze - przy próbie wejścia - obrzucani są kamieniami.

Źródło: polisen.se Strefy "no-go" w Sztokholmie

W raporcie, który dostępny jest w języku szwedzkim, policja nie mówi o społeczności muzułmańskiej, ani o obowiązującym tam prawie szariatu. Jednak strefy "no-go" (bez wstępu) - jak natychmiast określiły te obszary szwedzkie media - w dużej mierze pokrywają się z mapą tzw. 186 obszarów wykluczenia,  czyli imigranckich gett zamieszkiwanych głównie przez muzułmanów. Cechy charakterystyczne tych obszarów to - jak podają szwedzkie portale - niski poziom edukacji, niższy niż w innych częściach poziom zatrudnienia oraz wysoka przestępczość.

Szwedzkie media przyrównują je do podobnych obszarów we Włoszech, gdzie władzę sprawuje mafia, a policja nie wchodzi jej w drogę.

Źródło: polisen.se Strefy "no-go" w Goeteborgu

Źródło: polisen.se Strefy "no-go" w Uppsali

"Dobrobyt w dużym stopniu zbudowany rękoma imigrantów"

Źródło: scb.se Obcokrajowcy w szwedzkich prowincjach w 2014 roku
Tadeusz Nowakowski twierdzi, że dziwią go krytyczne opinie na temat uchodźców. - Szwecja jest krajem otwartym, a dobrobyt tego kraju w dużym stopniu został zbudowany rękoma imigrantów z całego świata i ze wszystkich religii - argumentuje.

Reporter24 Piotr zwraca jednak uwagę na inny aspekt funkcjonowania społeczności muzułmańskich w Szwecji. Twierdzi, że znaczna część imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu nie pracuje. Zaznacza, że w autobusie, którym dojeżdża do pracy o godz. 5 rano "nie ma żadnej osoby w burce lub o śniadej karnacji" i łatwiej wtedy spotkać Polaka lub Szweda. "Możemy zadać sobie pytanie, skoro jest ich w tym kraju ponad milion, to gdzie oni są? Pracują na godzinę 9.00 jak Szwedzi na wyższych stanowiskach?" - pyta Piotr.

"Muzułmanie siedzą na socjalu, żądając darmowych pieniędzy, choć stać ich na najnowsze samochody, a Szweda odsyłają do pracy" - pisze Anna. Paulina, mieszkanka Malmoe, idzie jeszcze dalej i stwierdza, że zasiłek rośnie proporcjonalnie do liczby posiadanych dzieci, dlatego muzułmanie chętnie mają ich co najmniej kilkoro.

 

50 tys. wniosków o azyl

Paulina twierdzi także, że w urzędach pracy zatrudniani są dodatkowi urzędnicy, żeby skrócić czas oczekiwania na rozpatrzenie wniosków o nadanie statusu uchodźcy. Część Szwedów - jak pisze kobieta - "jest oburzona i zła na władze państwa, iż przygarniają ich (imigrantów - red.) z taką łatwością". "Szwedzi obawiają się, iż opanują »oni« cały kraj, a Szwedzi będą mieli coraz mniej do powiedzenia" - relacjonuje Polka.

Jak wskazują statystyki, od stycznia do końca sierpnia tego roku do szwedzkiego urzędu migracyjnego wpłynęło niemal 50 tys. wniosków o przyznanie statusu uchodźcy - prawie 34 tys. takich aplikacji złożyli mężczyźni, a niespełna 15 tys. - kobiety. W tym okresie rozpatrzono w sumie 35 tys. wniosków, z czego azyl w Szwecji przyznano co drugiemu imigrantowi. Co trzeci wniosek został odrzucony przez to, że aplikujący wystąpił już o azyl w innym państwie (5182 wniosków), albo wycofał wniosek w czasie trwania procedury (4556).

Najwięcej pozytywnie rozpatrzonych aplikacji złożyli: Syryjczycy (11 tys. 114), Erytrejczycy (4 tys. 085), bezpaństwowcy (1558), Afgańczycy (633) i Irakijczycy (254).

 

Źródło: migrationsverket.se Liczba wniosków o azyl z uwzględnieniem narodowości w ostatnich tygodniach sierpnia

Źródło: migrationsverket.se Liczba wniosków o azyl w latach 2012-2015

Przyjeżdża coraz więcej dzieci

Szwedzkie służby migracyjne zwracają uwagę na jeszcze inny aspekt. W ostatnich zdecydowanie wzrosła liczba wnioskujących o azyl niepełnoletnich, którzy przybywają do Szwecji bez rodziców. Pomiędzy kwietniem a sierpniem liczba niepełnoletnich wzrosła 6,5-krotnie (z 455 wniosków w kwietniu do 2960 w sierpniu).

Szwedzi w sierpniu informowali, że choć napływ uchodźców utrzymuje się na wysokim poziomie, to otrzymali mniej wniosków, niż się spodziewali. Wynika to z tego, że wśród imigrantów umocniła się pozycja Niemiec jako kraju, gdzie chcą wystąpić o azyl oraz to, że także inne kraje UE zaczęły chętniej i szybciej rozpatrywać ich wnioski.

Kraj wolności czy przestępczości?

Reporterzy24 obawiają się, że napływ nowych imigrantów spowoduje, że na ulicach szwedzkich miast zrobi się mniej bezpiecznie.

Anna zwraca uwagę, że jeszcze 20 lat temu jej miasto (Vasteras) było spokojne, "nikt nawet rowerów nie zapinał, bardzo duża część ludzi nawet nie zamykała aut, nie było problemów mieszkaniowych". Teraz, jak twierdzi, teraz sytuacja się zmieniła.

Burka zamiast mini?

Jarosław Kaczyński w swojej przemowie zwracał uwagę, że Szwedkom zabrania się chodzenia w krótkich strojach. "Bzdura" - komentują Reporterzy 24. "Szwecja jest krajem otwartym" - podtrzymuje swój pogląd Tadeusz Nowakowski i zaprasza do Szwecji prezesa PiS, by sam się przekonał.

"Jest skandaliczne, by osoba publiczna, wykształcona, opowiadała przed kamerami takie bzdury, wstyd. Trzeba tu żyć, trzeba tu być, by coś na temat zwyczajów i obyczajów mówić" - przekonuje z kolei Ewa Teresa Jalil Lindström.

Inna Polka, Paulina, twierdzi oprócz mrocznej - jej zdaniem strony - Szwecja to jednak przede wszystkim kraj wolności. "Nie znam drugiego bardziej wyzwolonego kraju niż Szwecja".

Fragment programu "Tu Europa" o Szwecji z września 2014 r.:

Muzułmański problem Szwecji
Wideo: tvn24 Muzułmański problem Szwecji

ADAM SOBOLEWSKI

Kobieta z Europy Wschodniej na czele ONZ?

Jest jeden region, którego przedstawiciel nigdy nie zasiadł w fotelu Sekretarza Generalnego ONZ. To Europa Wschodnia. Najprawdopodobniej stąd będzie pochodził następca Ban Ki Muna i - wiele na to wskazuje - pierwszy raz w historii może to być kobieta. Walkę o ten fotel rozstrzygną między sobą Stany Zjednoczone i Rosja, a niezwykle trudno jednak znaleźć kandydata, którego wyboru nie zawetowałby jeden lub drugi kraj.

Od powstania Organizacji Narodów Zjednoczonych przewodzili jej już Norweg, Szwed, Birmańczyk, Austriak, Peruwiańczyk, Egipcjanin, Ghańczyk oraz Koreańczyk z Południa. Europa Wschodnia i Bałkany nigdy nie miały na tym stanowisku "swojego" przedstawiciela. Z oczywistych przyczyn nie było to nigdy możliwe. Zimna wojna i żelazna kurtyna nie pozwalały na sięgnięcie po dyplomatę zbyt mocno uwikłanego w zależności między dwoma wielkimi imperiami i dwoma blokami militarnymi – NATO i Układem Warszawskim.

Z podobnych, równie oczywistych powodów (inwazja na Krymie, wojna w Donbasie i obustronne sankcje powiązane z napięciem na linii Rosja – NATO) i teraz wybór kogoś z tej części Starego Kontynentu nie będzie łatwy. Jest jednak możliwy, bo na Europę Wschodnią po prostu przyszła kolej.

Ban Ki Mun zostaje Sekretarzem Generalnym ONZ
Wideo: Archiwum Reuters Ban Ki Mun zostaje Sekretarzem Generalnym ONZ

Chorwaci kopią pod sobą dół

Przed kilkoma dniami swojego kandydata na stanowisko wybrał i zatwierdził rząd w Zagrzebiu. Chorwaci widzą w fotelu Sekretarza Generalnego byłą szefową dyplomacji Vesnę Pusić. Politycy tego adriatyckiego kraju sami jednak podkopują możliwości zyskania dla siebie jednej z najważniejszych funkcji w świecie dyplomacji, bo poparcia mającej bardzo dobrą opinię na międzynarodowej scenie Pusić nie zapewniła jej prezydent tego kraju.

Wywodząca się z prawicowych środowisk Kolinda Grabar-Kitarović uznała, że socjalistka Pusić nie jest najlepszym wyborem, a kandydata powinien wybrać nie obecny, lecz przyszły rząd. Zmiana u sterów władzy w Chorwacji dokona się najpóźniej w lutym przyszłego roku, bo wtedy obywatele będą wybierali nowy parlament.

Źródło: VLADA REPUBLIKE HRVATSKE Vesna Pusic

Kitarović sama nie może kandydatury Pusić zablokować, ponieważ to parlament decyduje w głosowaniu o tym, kto stanie do wyścigu o biuro w Nowym Jorku. Część ekspertów po ubiegłotygodniowej kłótni w Zagrzebiu zawyrokowała już jednak, że Chorwaci nie znajdą nikogo równie znanego i utalentowanego, a jeżeli kandydatura Pusić przepadnie, przegrają oni na własne życzenie. To zaś ograniczy i tak skromną listę potencjalnych zwycięzców.

Były prezydent doświadczony w bojach

Poza byłą szefową chorwackiej dyplomacji na razie pojawiły się tylko dwie oficjalne kandydatury i obie są mocne.

Potencjalnym Sekretarzem Generalnym może zostać były prezydent Słowenii Danilo Turk. Jest on profesorem prawa międzynarodowego, wykładał m.in. na Uniwersytecie Columbia i ma na koncie dziesiątki publikacji, ale najważniejsze jest jego doświadczenie w pracy związanej z Narodami Zjednoczonymi. Turk – socjalista, w latach 70. zaangażowany m.in. w prace Amnesty International w ówczesnej Jugosławii – był od lat 90. stale obecny w Nowym Jorku.

Źródło: World Economic Forum/Flickr CC By SA 2.0 Danilo Turk

Sprawdził się jako przewodniczący podkomisji ONZ ds. Zapobiegania Dyskryminacji i Ochrony Mniejszości, przez osiem lat był ambasadorem Słowenii przy ONZ, a przez rok, gdy jego kraj zasiadał jako niestały członek w Radzie Bezpieczeństwa, sprawował m.in. funkcję jej przewodniczącego.

W końcu też w latach 2000–2005 był głównym asystentem Sekretarza Generalnego ds. politycznych i do jego zadań należało rozwiązywanie konfliktów regionalnych. Udało mu się zażegnać m.in. kryzys na pograniczu Macedonii i Albanii, które w 2001 r. stanęły u progu wojny. Zajmował się też kryzysem w Kosowie w trakcie i po zakończeniu wojny w tym kraju.

W sumie, z karierą rozwijającą się głównie wokół kwestii obrony praw człowieka i przez prawie 30 lat zorganizowaną wokół pracy przy ONZ, Turk ma niezwykle dobre notowania i pod tymi względami jest jednym z najbardziej doświadczonych światowych dyplomatów.

Źródło: Wikimedia Commons Irina Bokova

Pierwsza kobieta na czele ONZ?

Ma jednak godną siebie rywalkę i wielu międzynarodowych komentatorów sądzi, że to ona będzie Sekretarz Generalną ONZ – pierwszą kobietą na tym stanowisku.

Bułgarka Irina Bokowa to obecna Dyrektor Generalna największej agendy organizacji – UNESCO. Po objęciu stanowiska w 2009 r. przeprowadziła jej głęboką reorganizację, dzięki czemu mniejszym kosztem potrafi ona sprostać tym samym zadaniom, jakie zawsze wykonywała. Bokova poza oczywistym atrybutem funkcjonowania od lat na szczytach ONZ ma też kilka innych, których pozazdrościć jej może nawet Danilo Turk.

Była minister spraw zagranicznych Bułgarii w latach 70. studiowała w ZSRR, potem wyjechała również na Zachód, a większość czasu spędzała we Francji. Jako poliglotka znająca poza angielskim, rosyjskim i francuskim również hiszpański cieszy się ogromnym szacunkiem.

Znajomość francuskiego ma – jak twierdzi choćby portal skupiający europejskich dziennikarzy zajmujących się polityką UE, Euractiv – kardynalne znaczenie przy wyborze Sekretarza Generalnego. Podobno olbrzymią rolę przykładają do tego Francuzi dbający bardzo o zachowanie statusu swego języka na forum ONZ. Bokowa byłaby więc kandydatką, której dostępu do funkcji Paryż pewnie by nie zablokował.

Rosja z kolei może cieszyć się z kandydatury kogoś znającego realia Rosji i obszaru postsowieckiego. Bardzo rzadko zdarzają się też współcześnie dyplomaci władający rosyjskim. Wydaje się, że również Stany Zjednoczone nie miałyby nic przeciwko jej kandydaturze, a Wielka Brytania i Chiny powinny zagłosować w Radzie Bezpieczeństwa podobnie.

Dwie-trzy kandydatury na stanowisko Sekretarza Generalnego to jednak zdecydowanie za mało. Nawet jeżeli wybór miałby się ograniczyć do dyplomaty z Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów, nazwisk powinno pojawić się więcej. Nie wykluczone, że tak się stanie, ale trudno sobie wyobrazić ugodową postawę Rosji i Stanów Zjednoczonych w przypadku kandydatur, o jakich mówi się jeszcze nieoficjalnie w europejskich stolicach.

 

O Polaku można zapomnieć, o Serbie też

Kraje bałtyckie swojego kandydata w fotelu sekretarza w przewidywalnej przyszłości z pewnością nie zobaczą. Litwa, Łotwa i Estonia próbowały zresztą swoich sił w 2006 r., gdy pierwszą kadencję przyznano Ban Ki Munowi. Wtedy kraje bałtyckie nominowały ze swej strony ówczesną prezydent Łotwy – Vairę Vike-Freibergę. Bez powodzenia. Freiberga zakończyła wybory na trzecim miejscu, dostając dwa głosy na "nie" od stałych członków Rady Bezpieczeństwa już w pierwszy głosowaniu. Choć głosowanie było tajne, więcej niż pewne wydaje się to, że krytycznie wypowiedziała się o niej Rosja. Drugim z krajów być może były Chiny.

Z tej samej przyczyny – zwłaszcza wobec zaangażowania w politykę Partnerstwa Wschodniego w ostatnich latach – kandydat z Polski również nie miałby czego szukać w tej instytucji.

Weto Stanów Zjednoczonych zablokowałoby dla odmiany kandydaturę byłego szefa serbskiej dyplomacji i przewodniczącego 67. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 2012 r. Vuka Jeremicia. Nie ma on jeszcze poparcia żadnego kraju, ale już w 2013 r. zapowiedział, że będzie próbował je znaleźć.

Źródło: Democratic Party Vuk Jeremić

Raptem 40-letni Jeremić to niezwykle ciekawa postać. Urodzony w Belgradzie, liceum kończył już w Londynie, a w latach 90. działał w opozycyjnym środowisku, agitując za zmianami w serbskiej polityce i przeciwstawiając się nacjonalistycznym rządom Slobodana Miloszevicia. Jeremić – jeden z podopiecznych ekonomisty Jeffreya Sachsa w czasie swego pobytu na Harvardzie – nie zasiądzie jednak w fotelu Sekretarza Generalnego ONZ z powodu niechęci Waszyngtonu.

Ta prowadzi do 2008 r., gdy objęte unijnym protektoratem i wyrwane Serbii po wojnie lat 1999–2000 Kosowo jednostronnie ogłosiło niepodległość, odrywając się od Serbii.

Serbowie z Jeremiciem jako szefem dyplomacji na czele rozpoczęli wtedy ogólnoświatową kampanię, starając się przekonać jak najwięcej krajów do powstrzymania się od uznania nowego statusu Kosowa.

Jeremić w ciągu kilku miesięcy odbył ponad 30 zagranicznych wizyt, odwiedzając Amerykę Południową, Afrykę i Azję. "The Economist" jego wysiłkom poświęcił nawet oddzielny tekst, pozwalając sobie jednocześnie na strywializowanie absolutnie kluczowej dla Serbów i Belgradu kwestii walki o swoją historyczną kolebkę państwowości, stwierdzając wówczas, że serbska polityka zagraniczna "jedzie na sterydach".

Jeremić odniósł jednak wtedy taki sukces, że zachodni dyplomaci zaczęli wysyłać do Belgradu wiadomości, w których żądali zmiany założeń serbskiej polityki zagranicznej. Bez rezultatu. Jeremić poprosił nawet Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości o wydanie opinii dotyczącej tego, w jakim trybie Kosowo ogłosiło niepodległość. Ku niezadowoleniu Serbów trybunał uznał jednak, że Prisztina dokonała tego legalnie. Jeremić nigdy się z tym werdyktem nie zgodził.

Teraz to Stany Zjednoczone nie zgodzą się na jego nominację.

Źródło: United Nations Geneva/Flickr Jan Kubisz

Dwóch Słowaków

Kolejni potencjalni kandydaci do fotela Sekretarza Generalnego ONZ to Słowacy – Jan Kubisz i Miroslav Lajczak.

Kubisz to doświadczony dyplomata. Studia skończył jeszcze w Moskwie w latach 70., po przełomie 1989 r. skupił się zaś na zagadnieniach związanych z bezpieczeństwem w Europie Środkowej i krajach dawnego ZSRR.

Od 1994 r. zarządzał Centrum Zapobiegania Konfliktom w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a potem stał się nawet jej sekretarzem generalnym. W ostatniej dekadzie był z kolei specjalnym wysłannikiem UE do Azji Środkowej, specjalnym wysłannikiem ONZ w Tadżykistanie, a od 2011 r. jest szefem Misji Wsparcia ONZ w Afganistanie. Na tę pozycję wyznaczył go Ban Ki Mun.

Wydaje się, że obok Danilo Turka i Iriny Bokowej może być trzecim poważnym kandydatem w wyborach przewidzianych na 2016 rok. Pod warunkiem jednak, że dostanie poparcie któregoś z parlamentów; niekoniecznie słowackiego.

Miroslav Lajczak

Jego krajan – Miroslav Lajczak – to obecny szef słowackiej dyplomacji. Również on studiował w Moskwie. W latach 2001–2005 był ambasadorem Słowacji w Jugosławii, a następnie w Albanii i Macedonii. Ma bardzo dobrą pozycję na Bałkanach. Nadzorował referendum niepodległościowe w Czarnogórze w 2006 r.

Poza angielskim i rosyjskim zna niemiecki, bułgarski i bośniacki. W 2008 r. dwa bośniackie dzienniki – "Nezavisne novine" i "Dnevni avaz" – przyznały mu nagrodę Człowieka Roku. On też nie ma zapewnionej nominacji.

Wybór nowego Sekretarza Generalnego ONZ z Europy Środkowo-Wschodniej lub Bałkanów wydaje się niezwykle trudny, ale może się powieść.

Na świecie co roku pojawiają się nowe punkty zapalne i o równowagę na arenie międzynarodowej jest coraz trudniej, nikt jednak nie wątpi, że przynajmniej Europa powinna pozostać oazą spokoju i stabilności.

Kto teraz?

Wobec olbrzymiego kryzysu imigracyjnego, który rozciągnie się na kolejne lata, sytuacji na Bliskim Wschodzie, rosnących w siłę w krajach Azji Środkowej i Półwyspu Arabskiego islamistów, przeciągającego się kryzysu na linii Rosja – NATO/Unia Europejska oraz zaostrzającej się retoryki sąsiadów na Bałkanach, kandydatura dyplomatów ze wschodu Starego Kontynentu wydaje się najodpowiedniejsza.

Również samej Rosji może zależeć na silniejszym włączeniu w negocjacje z Zachodem agend ONZ, bo Moskwa musi zdawać sobie sprawę z tego, że jej gospodarka nie wytrzyma kolejnych lat sankcji nakładanych na nią przez kraje Zachodu. Kreml musi szukać sojuszników i chciałby ich mieć w Nowym Jorku.

Sekretarz Generalny z Europy Środkowo-Wschodniej z pewnością przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa w bezpośrednim sąsiedztwie Polski i z tego powodu wybory przewidziane na lato 2016 r. będą istotne również dla niej.

* 11 września Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło nowe zasady wyboru sekretarza generalnego. Pierwszym jego etapem ma być rozesłanie do 193 krajów członkowskich zaproszenia do zgłaszania kandydatur. Ich nazwiska będą następnie podane do publicznej wiadomości razem z nadesłanymi przez nich życiorysami. Potem kandydaci wystąpią na sesji Zgromadzenia Ogólnego w czymś w rodzaju przesłuchania. W przyjętej rezolucji Zgromadzenie postanowiło, że na stanowisko ma być wyłoniony "najlepszy możliwy kandydat, o długim doświadczeniu w sprawach międzynarodowych, o wielkim wyczuciu dyplomacji i komunikacji, a także rozlicznych talentach językowych", który w przeszłości "wykazał się przywództwem i zdolnościami menedżerskimi. W dokumencie wprost zachęca się kraje, by "rozważyły przedstawienie kandydatek na to stanowisko".

GRZEGORZ KUCZYŃSKI

Nord Stream II i umowa z "zamrażarki"

- Antyeuropejski i antyukraiński projekt – grzmi premier Ukrainy. - Po prostu robią z nas głupców – wtóruje premier Słowacji. Podpisana właśnie umowa w sprawie budowy gazociągu Nord Stream II uderza w kraje Europy Środkowej i Wschodniej, ale też rozbija jedność europejską w sferze polityki energetycznej. A wszystko to mimo rosyjskiej agresji na Ukrainę i nałożonych przez Zachód sankcji.

Gazociągi Gazpromu w Europie

  • Istniejące gazociągi

  • Nord Stream II

    planowane uruchomienie - 2019,
    przepustowość - 55 mld m³/rok

  • Turkish Stream

    planowane uruchomienie - 2016,
    przepustowość - 63,5 mld m³/rok

  • South Stream

    rezygnacja z projektu - 2014

Gazociągi Gazpromu w Europie

Turkish Stream

planowane uruchomienie - 2016,
przepustowość - 63,5 mld m³/rok

Gazociągi Gazpromu w Europie

Nord Stream II

planowane uruchomienie - 2019,
przepustowość - 55 mld m³/rok

4 września, na Forum Ekonomicznym we Władywostoku, w obecności Władimira Putina podpisane zostały dwie bardzo ważne umowy gazowe. Ich głównymi uczestnikami są koncerny z Rosji i Niemiec. Jedna umowa dotyczy budowy gazociągu Nord Stream II na dnie Bałtyku. Druga mówi o wymianie aktywów Gazpromu z niemieckim Wintershall (infrastruktura i handel gazem w Niemczech w zamian za udziały w syberyjskim złożu gazu).

Kuszenie Niemców

Podpisane umowy świadczą, że niemieckie koncerny – za zgodą rządu w Berlinie – wracają do gazowej współpracy z Rosją, nie zważając na sankcje i wojnę w Donbasie. Licząc na to, że uzyskają pozycję centrum dystrybucji rosyjskiego gazu dla dużej części Europy Zachodniej, Niemcy pozwalają Gazpromowi umocnić pozycje w swym kraju w obszarze dostaw, transportu, magazynowania i sprzedaży gazu. Po uruchomieniu Nord Stream II przez Bałtyk płynęłoby łącznie niemal 30 proc. zapotrzebowania UE na gaz. Rosjanie natomiast liczą na ponowny wzrost tego zapotrzebowania.

Porozumienie niemiecko-rosyjskie jest sprzeczne z ideą europejskiej solidarności, bo daje potencjalne korzyści jednym członkom UE (gł. Niemcom) kosztem innych – państw Europy Środkowej, przez które biegnie tranzyt rosyjskiego gazu na Zachód. Jeszcze większe niebezpieczeństwo Nord Stream II niesie dla Białorusi, ale naprawdę zabójczy może być dla Ukrainy. Z jednej więc strony Berlin zabiega o pokój w Donbasie i deklaruje pełne poparcie dla rządu w Kijowie, z drugiej zgadza się na kontrakt, którego realizacja mocno w Ukrainę uderzy.

To, co jest porażką UE i krajów Europy Środkowej i Wschodniej, jest zwycięstwem Rosji. Nord Stream II pokazuje, że mimo sankcji wiele podmiotów na Zachodzie chce robić interesy z Moskwą, rozbijając unijną solidarność. Po raz kolejny Gazprom wykazuje skuteczność w stosowaniu polityki "divide er impera" na europejskim rynku.

NEP - spółka Rosjan i dużych krajów Zachodu

List intencyjny dotyczący realizacji projektu podpisano 18 czerwca na Petersburskim Forum Ekonomicznym. 20 lipca Gazprom zarejestrował w szwajcarskim Zug podmiot o nazwie New European Pipeline AG (NEP) z kapitałem zakładowym w wysokości 1 mln franków. NEP ma zajmować się wszystkimi aspektami inwestycji: zbudować gazociąg, a potem także nim zarządzać. Firma NEP jest własnością konsorcjum złożonego z kilku koncernów.

Listę inwestorów, którzy podpisali umowę o realizacji projektu Nord Stream IIW, poznaliśmy oficjalnie we Władywostoku 4 września. Udziałowcem większościowym jest rosyjski Gazprom (51 proc.). Po 10 proc. mają niemieckie BASF/Wintershall i E.ON. Ruhrgas, brytyjsko-holenderski Royal Dutch Shell oraz austriacki ÖMV. Ostatnim, szóstym udziałowcem Nord Stream II jest francuska ENGIE (nowa nazwa Gaz de France Suez), która posiada 9 proc. udziałów.

Co ważne, obecni udziałowcy są otwarci na kolejnych inwestorów. Ale jeśli tacy się znajdą, dostaną udziały kosztem pozostałych mniejszościowych udziałowców. Pakiet kontrolny Gazpromu ma być nienaruszalny. Jeśli więc, na przykład, chęć włączenia się w Nord Stream II wyrazi Nederlandse Gasunie (obecny udziałowiec Nord Stream), to Gazprom nadal miałby 51 proc., a pozostali udziałowcy po nieco ponad 8 proc.

 

Wyłączność Gazpromu na tłoczenie gazu

To nie jedyna przewaga Rosjan. Zgodnie bowiem z umową konsorcjum ma jedynie wybudować i zarządzać gazociągiem – ale nie tłoczyć przezeń gaz. Wyłączność na transport Nord Stream II surowca ma Gazprom. I to rosyjski koncern ma decydować o ilości płynącego gazu oraz wybierać klientów, którym go sprzeda (choć zapewne w pierwszej kolejności będą to wspólnicy z konsorcjum). Wiadomo też, że z góry Rosjanie będą rezerwować sto procent możliwości przepustowych – nawet jeśli wykorzystają tylko część. Podobnie jest z Nord Stream.

Dlaczego Gazprom rezerwował całość rurociągu?

Po pierwsze, w ten sposób da zarobić zachodnim wspólnikom, którzy przecież inwestują, ale sami surowca nie będą transportować. Zarabiać będą właśnie na opłatach za transport gazu Nord Stream II – proporcjonalnie do udziałów w konsorcjum. Ma to być regulowane na zasadzie "ship or pay", czyli Gazprom będzie płacił za wykorzystanie pełnej przepustowości rurociągu, nawet jeśli w rzeczywistości wykorzysta dużo mniej.

Po drugie, tak pomyślany system jest niczym innym, jak schematem wyprowadzania pieniędzy z Rosji przez menedżerów Gazpromu. Przecież 51 proc. opłaty za wykorzystanie gazociągu koncern będzie uiszczał... samemu sobie (tyle udziałów ma w konsorcjum), choć z ważnym zastrzeżeniem. Spółka-matka zarejestrowana w Rosji (Gazprom) będzie przelewała pieniądze na konta spółki-córki zarejestrowanej w Szwajcarii (New European Pipeline AG), a umowa została skonstruowana tak, że pieniądze będą płynęły cały czas (i to w pełnej kwocie), nawet jeśli przez Nord Stream II nie popłynie nawet metr sześcienny gazu.

Źródło: gazprom.com Na Nord Stream najwięcej zarabia Gazprom

Kto wyłoży kasę?

Nord Stream II jest pod niemal każdym względem wierną kopią Nord Stream. Bardzo podobny jest skład udziałowców; niemal dokładnie te same parametry techniczne, od długości poczynając (1 tys. 220 km dnem Bałtyku), przez liczbę nitek (dwie) na przepustowości kończąc (55 mld m³). Gazociąg ma biec z rosyjskiego Wyborga do Lubmina koło Greifswaldu, gdzie będzie się łączył z niemieckim systemem gazociągów. Uruchomienie pierwszej nitki Nord Stream II planuje się na koniec 2019 r. Druga nitka powinna być gotowa rok później. Podobnie było z Nord Stream - budowano go od kwietnia 2010 do listopada 2011 (pierwsza nitka) i listopada 2012 (druga nitka).

Źródło: gazprom.com Gazociąg Nord Stream. Bliźniaczy przebieg ma mieć Nord Stream II

Nord Stream II będzie jednak droższy – prezes Gazpromu Aleksiej Miller mówi o 9,9 mld euro (Nord Stream kosztował 7,4 mld euro). Wynika to głównie z dużo mniej korzystnej sytuacji na rynku gazu, niż była kilka lat temu. Maleje zapotrzebowanie na ten surowiec w Europie (spowolnienie gospodarcze), coraz bardziej dostępne są też inne niż Rosja źródła gazu dla rynku unijnego (LNG), tanieje wreszcie gaz na rynkach światowych i jest go coraz więcej (rewolucja łupkowa w USA, lada moment wejście na rynek gazu irańskiego).

Gazprom ma też dziś dużo słabszą pozycję w Europie niż wtedy, gdy decydowano o budowie Nord Stream. Wynika ona zarówno z przyczyn ekonomicznych (np. spadek cen gazu w związku ze spadkiem cen ropy – Rosjanie sprzedają surowiec po cenie powiązanej z ceną ropy; problemy Gazpromu z eksploatacją nowych złóż i budową infrastruktury eksportu LNG – z racji sankcji), jak i prawnych (gazowy rynek unijny jest coraz bardziej liberalny, czemu sprzyjają nowe przepisy oraz większa konkurencja wśród dostawców).

Kluczem do powodzenia Nord Stream II będzie więc znalezienie środków finansowych na realizację projektu oraz znalezienie sposobu na uniknięcie zastosowania niekorzystnych dla Gazpromu przepisów unijnych. Na razie w sprawie finansowania projektu nie wiadomo nic. Jak słychać ze strony rosyjskiej, konkrety mają być ustalone do stycznia przyszłego roku.

Bez wątpienia wiele będzie tu zależało do dalszych losów konfliktu Rosji z Zachodem ws. Ukrainy. A konkretnie od tego, kiedy zostaną uchylone lub częściowo ograniczone sankcje. Szczególnie te dotyczące współpracy międzynarodowych instytucji finansowych i banków z UE z firmami i instytucjami rosyjskimi. Gazprom nie ma wystarczających środków własnych, które mógłby teraz włożyć w projekt Nord Stream II, aby samodzielnie pokryć koszty jego realizacji. Zachodnie koncerny, zwłaszcza niemieckie, też nie notują ostatnio najlepszej passy i wątpliwe, by wykładały własne fundusze. Mogą jednak lobbować u władz własnych krajów i w Brukseli, żeby osłabić sankcje nałożone na Rosję, tak aby konsorcjum uzyskało finansowanie zewnętrzne – czyli po prostu kredyty od zachodnich instytucji finansowych.

Gazprom w Niemczech

Umowa rosyjsko-niemiecka była gotowa od dawna. W grudniu 2013 r. zaaprobowały ją pod kątem zgodności z prawem krajowym niemieckie organy państwowe. Wtedy też została podpisana przez Gazprom i Wintershall (spółka-córka BASF) – i niemal od razu schowana do szuflady. Z realizacją umowy trzeba było się wstrzymać, wydarzyły się bowiem aneksja Krymu, wojna w Donbasie i gwałtowne ochłodzenie na linii Zachód – Rosja.

Umowa była zamrożona przez ponad półtora roku. Aż 4 września we Władywostoku Wintershall i Gazprom ogłosiły zawarcie porozumienia oznaczającego, że umowa z grudnia 2013 r. o wymianie aktywów przez obie firmy zostanie w najbliższym czasie wprowadzona w życie. Gazprom przejmie całość udziałów w spółkach joint venture, dzielonych dotychczas z Wintershall po połowie, a w zamian Wintershall uzyska udziały w pewnych złożach gazu kontrolowanych przez Gazprom.

W jakich firmach Gazprom przejmie udziały Wintershall, stając się ich wyłącznym właścicielem? Lista nie jest krótka, a spółki i infrastruktura odgrywają ważną rolę w sektorze gazowym nie tylko Niemiec, ale całej Europy Środkowej.

Wingas działa od przeszło 20 lat, zajmuje się handlem gazem. Kontroluje ponad 20 proc. niemieckiego rynku, ma też pewne udziały w rynkach handlu gazem w Belgii, Holandii, Austrii i Czechach. Gazem handlują także Wintershall Erdgas Handelshaus Berlin (Niemcy) i Wintershall Erdgas Handelshaus Zug (Szwajcaria). W innej części branży działa zarejestrowana w Holandii spółka Wintershall Noordzee B.V. Firma zajmuje się wydobyciem gazu i ropy na Morzu Północnym, u wybrzeży Danii, Holandii i Wielkiej Brytanii.

Na skutek umowy z Wintershall Gazprom uzyska kontrolę nad jedną czwartą niemieckiego potencjału składowania gazu. Obecnie Niemcy mogą zgromadzić w magazynach ok. 24 mld m³ gazu. Tymczasem wielkie podziemne zbiorniki przejmowane przez Rosjan na mocy umowy mają łącznie ponad 5,5 mld m³ pojemności. Rehden to największy magazyn gazu w Europie Zachodniej (4,4 mld m³). Co ważne, wraz z magazynem Jemgum (1,2 mld m³), leżą w północno-zachodniej części Niemiec i mogą odgrywać ważną rolę w projekcie transportu gazu przez Bałtyk na zachód Europy. Tutaj będzie można gromadzić bieżące nadwyżki przesyłanego przez Nord Stream i Nord Stream II surowca, a potem – w zależności od rynkowych potrzeb – przesyłać je dalej na zachód, do Holandii (gazociąg NEL) lub dystrybuować w Niemczech. Trzeci przejmowany w ramach umowy z Wintershall magazyn leży w Austrii. Haidach koło Salzburga ma pojemność ok. 2,7 mld m³. Tak jak niemieckie magazyny Rehden i Jemgum, jest zarządzany przez spółkę Astora – należącą do Gazpromu.

Źródło: Astora Magazyn gazu w Rehden

Co w zamian?

W zamian należąca do BASF spółka Wintershall dostaje 25 proc. plus jedna akcja w dwóch blokach gazowych Achimowsk w zachodniosyberyjskim złożu Urengoj. Zawierają podobno 274 mld m³, ale nie będzie łatwo ich eksploatować. I zapewne dlatego Rosjanie akurat tam wpuszczają Niemców z ich technologiami. Wydobycie ma ruszyć w 2018 roku.

Kolejnym dwoma blokami w tym samym złożu zainteresowany jest austriacki koncern ÖMV. Na podobnej zasadzie (wymiana aktywów), co Wintershall. We Władywostoku podpisane zostało w tej sprawie wstępne porozumienie. To, które aktywa austriackie w Europie przejąłby Gazprom, trzymane jest w tajemnicy, podobnie jak inne szczegóły umowy. Podczas spotkania prezesów koncernów uzgodniono jednak główne założenia i harmonogram realizacji. To było spotkanie starych znajomych. Prezesem ÖMV jest bowiem od lipca Rainer Seele, znany krytyk sankcji nałożonych na Rosję, wcześniej, przez sześć lat, szef Wintershall, a więc wspólnik Gazpromu. Nic dziwnego, że ÖMV znalazło się w konsorcjum mającym budować Nord Stream II, a Seele już zapowiada silny lobbing w Brukseli na rzecz wsparcia unijnego dla gazociągu przez Bałtyk.

Źródło: winteshall.com Złoże gazowe Urengoj

Jednak nie tylko menedżerowie pokroju Seele decydują, że Niemcy zacieśniają współpracę z Rosją w sferze energetycznej. To decyzje o strategicznym znaczeniu na takim poziomie, że nie może się to odbywać bez akceptacji największych biznesmenów i władz Niemiec. Kierują się oni własną kalkulacją ekonomiczną i na bok odsuwają kwestie politycznego konfliktu Rosji z Zachodem. Realizacja Nord Stream II będzie miała bowiem ogromne znaczenie dla niemieckiego sektora gazowego. 110 mld m³ surowca rocznie trafiające do Niemiec i mogące być rozsyłane w różnych kierunkach (Holandia, Austria, Czechy, Polska) uczyni z tego kraju centrum dystrybucji rosyjskiego gazu w dużej części Europy, wielki gazowy hub. Zresztą taką rolę Władimir Putin publicznie proponował już w 2006 r.

Brak sprzeciwu rządu Angeli Merkel wobec zacieśniania współpracy z Gazpromem można tłumaczyć tym, że Niemcy nie widzą w tym groźby większego uzależnienia od rosyjskiego gazu, za to potencjalne zyski z tranzytu tego surowca do innych krajów oraz zaspokojenie energetycznych potrzeb ich własnej gospodarki. Zmiana struktury sektora energetycznego (odchodzenie od węgla na rzecz elektrowni gazowych, wcześniej odchodzenie od atomu) sprzyja wzrostowi popytu na gaz – co sprzyja ekspansji Gazpromu. Zwłaszcza jeśli z czasem zacznie topnieć strumień gazu z Morza Północnego, jak też własne wydobycie Niemiec.

Kierując się własnym interesem ekonomicznym, Niemcy nie zważają na bezpieczeństwo energetyczne innych krajów leżących między Odrą a Rosją, także Polski. Szczególnie uderzające jest tu działanie na szkodę Ukrainy – bo takim jest decyzja ws. Nord Stream II. Dzieje się to w czasie, gdy oficjalnie rząd w Berlinie popiera Ukraińców w ich konflikcie z Rosją. Na dodatek Unia Europejska, której Niemcy są członkiem, dopiero co przedłużyła sankcje nałożone na Moskwę.

"Nóż w plecy"

To nie przypadek, że uruchomienie Nord Stream II planuje się na 2019 r. Właśnie z końcem tego roku wygasa kontrakt na tranzyt gazu przez Ukrainę, a Moskwa kilkakrotnie już powtarzała, że chce z niego zrezygnować.

Liczby nie kłamią – budowa kolejnych gazociągów do UE pod względem ekonomicznym nie ma sensu. W 2014 r. popyt na rosyjski gaz w Europie wyniósł blisko 150 mld m³. To dużo mniej niż obecna przepustowość gazociągów, którymi Gazprom może tłoczyć surowiec do Europy: Nord Stream (55 mld m³), Blue Stream (16 mld m³), Jamał–Europa (33 mld m³), gazociągi tranzytowe przez Ukrainę (142 mld m³). W sumie 246 mld m³. Blisko 100 mld m³ więcej, niż chce Europa! Po cóż więc kolejne 55 mld m³ w Nord Stream II? Można to tłumaczyć tylko planami rezygnacji w przyszłości z innych gazociągów.

Po raz kolejny apeluję do naszych partnerów z Europy - kontrolujmy wspólnie ukraiński system transportu gazu. Zabezpieczymy dzięki temu dostawy do Unii oraz unikniemy zdominowania przez rosyjski Gazprom. Taki model działania umożliwi również modernizację naszej infrastruktury przesyłowej. Mam nadzieję, że decyzja KE będzie korespondowała z europejskimi wartościami.

Arsenij Jaceniuk

Jaki gaz Gazprom chce tłoczyć przez Nord Stream II, skoro nawet obecnych dwóch nitek Nord Stream nie wykorzystuje w pełni? Odpowiedź jest oczywista: przekierowanie surowca z już istniejących szlaków dostaw. Zresztą pierwszym etapem tej operacji było już uruchomienie Nord Stream. Jeszcze w 2011 r. przez Ukrainę Rosjanie wysyłali aż 2/3 swego eksportu do Europy. Obecnie to już tylko 1/3. Podwojenie mocy transportowych przez Bałtyk może dobić ukraiński tranzyt. A są to niemałe pieniądze – choćby w tym roku Kijów spodziewa się, że przez jej terytorium Rosja prześle co najmniej 60 mld m³, co da 1,8 mld dolarów z tytułu opłat tranzytowych.

Nic dziwnego, że w Kijowie mówi się o "nożu wbitym w plecy" i "zdradzie Niemców". Zaraz po nadejściu wieści z dalekiego Władywostoku premierzy Ukrainy i Słowacji na wspólnej konferencji prasowej w Bratysławie potępili umowę ws. Nord Stream II. Arsenij Jaceniuk nazwał ją "antyeuropejskim i antyukraińskim projektem". Ostrzegł, że zagrozi to dostawom gazu dla krajów południowo-wschodniej części UE i doprowadzi do podniesienia cen.

Jednak zaniepokojone projektem niemiecko-rosyjskim powinny być też inne kraje regionu. Rozbudowa gazociągów przez Bałtyk może doprowadzić do zmniejszenia transportu gazu rosyjskiego Jamałem – przez Białoruś i Polskę. Dużo więcej surowca na rynku niemieckim spowoduje zaś, że nasi zachodni sąsiedzi będą go chcieli kierować m.in. na nasz rynek. I wtedy połączenia gazowe z Niemcami – teoretycznie alternatywa dla kierunku wschodniego, element dywersyfikacji gazowej Polski – okażą się pozorną alternatywą, bo i tak będzie nimi płynął gaz rosyjski. Ten sam co z Jamału, tylko droższy, bo tłoczony na około. Możliwość zakręcenia kurka przez Gazprom na Jamale bez uszczerbku dla eksportu na rynki zachodnie (możliwość przekierowania w Nord Stream II) oznacza też, że Moskwa dostanie w ręce mocny polityczny środek szantażu wobec krajów tranzytowych, w tym Polski.

Rosyjska gra skrzydłami

Pomysł Nord Stream II można uznać za reakcję Gazpromu na coraz gorsze perspektywy projektu Turkish Stream – gazociągu przez Morze Czarne do Turcji, z opcją przedłużenia na Bałkany. Oba projekty łączy nie tyle chęć zwiększenia eksportu do UE, co chęć wyeliminowania Ukrainy z handlu gazem.

Od początku rządów Putina w Rosji widać przemyślaną długofalową strategię w budowie nowych gazociągów. Generalnie chodzi o ominięcie krajów tranzytowych Europy Środkowej i Wschodniej, przez które płynie zdecydowana większość rosyjskiego gazu do Europy, dwiema flankami. Na północy przez Bałtyk (Nord Stream, planowany Nord Stream II), na południu przez Morze Czarne (Blue Stream, planowany Turkish Stream). Po rozbudowie tych "oskrzydlających" gazociągów Gazprom będzie mógł powoli rezygnować z gazociągów kontynentalnych, budowanych głównie jeszcze w czasach ZSRR.

Bardzo długo sztandarowym projektem był South Stream, mający być odpowiednikiem Nord Stream. Jego celem było nie tylko ominięcie Ukrainy, ale też zablokowanie budowy niezależnych od Rosji szlaków dostaw do Europy gazu z Azerbejdżanu, Turkmenistanu i Iranu. Jednak niechęć niektórych krajów bałkańskich, Turcji oraz sprzeciw Brukseli spowodowały, że w grudniu 2014 Gazprom ogłosił, że rezygnuje z South Stream. Zastąpić go ma ułożony przez Morze Czarne do Turcji, a następnie do jej granicy z Grecją Turkish Stream. Gazociąg miałby moc przesyłową 63 mld m³ rocznie (cztery nitki). Pierwsza nitka miała być uruchomiona już w grudniu 2016 r. Jednak sytuacja się komplikuje. Chodzi nie tylko o spór o ceny surowca, ale też przepustowość. Turków interesuje tylko jedna nitka – dostarczony nią gaz uzupełniłby bilans gazowy kraju. Sytuację skomplikował na dodatek polityczny kryzys w Ankarze.

Oba projekty (Turkish Stream, Nord Stream II) pokazują, że mimo szumnych zapowiedzi o reorientacji eksportu gazu rosyjskiego z Europy na Chiny, Gazprom nadal traktuje kierunek zachodni jako priorytet. To samo wynika zresztą z umów o wymianie aktywów z zachodnimi koncernami. Przy okazji niejako nowe projekty w Europie mogą posłużyć Rosjanom w trudnych rokowaniach z Chińczykami na temat realizacji projektów gazociągów łączących Syberię z Państwem Środka (Siła Syberii, Ałtaj) oraz ceny dostarczanego nimi gazu.

Co z solidarnością europejską?

Umowy podpisane 4 września przez Gazprom z jednej strony, a zachodnie koncerny (głównie niemieckie) z drugiej wykraczają dalece poza biznes i poza bilateralne relacje Niemiec z Rosją. Obie uderzają w solidarność energetyczną UE, we wspólną politykę gazową. Pokazują też, że unijne sankcje nałożone na Rosję faktycznie nie dotyczą sektora energetycznego.

Niemcy, zgadzając się na takie warunki umów, występują wbrew tzw. trzeciemu pakietowi energetycznemu. Pozwala się bowiem jednej firmie, Gazpromowi, na kontrolowanie dostaw gazu, współudział w jego transporcie, a także jego sprzedaż. Tymczasem jednym z głównych założeń pakietu jest rozdzielenie funkcji dostawcy, operatora transportu i sprzedawcy.

Komisja Europejska ma więc dużo prawnych możliwości, żeby zastopować Nord Stream II. Oczywiście nie poprzez zablokowanie budowy podmorskiej części gazociągu, ale mogłaby to zrobić wymuszając stosowanie unijnego prawa wobec lądowej (w Niemczech) części infrastruktury tego projektu.

Pytanie, co zrobi Bruksela? Nie można nie doceniać siły lobbingu Gazpromu i jego zachodnich partnerów w UE, zwłaszcza niemieckich. Co więcej, umowa ws. Nord Stream II, sprzyjająca interesom wielkich koncernów Niemiec, Holandii, Francji czy Austrii niewątpliwie musiała być konsultowana i zaakceptowana przez rządy tych państw. Już raz Komisja Europejska zrobiła wyjątek i wyjęła spod przepisów trzeciego pakietu energetycznego lądową odnogę Nord Stream, czyli gazociąg OPAL na terytorium Niemiec.

Źródło: kremlin.ru Gazprom jest narzędziem polityki państwa rosyjskiego. Prezydent Władimir Putin z prezesem Gazpromu Aleksiejem Millerem

Istnieje niebezpieczeństwo, że umowami z Władywostoku Niemcy ostatecznie porzucają pomysły dywersyfikacyjne i stawiają na pewne dostawy gazu z Rosji. Gdyby to dotyczyło tylko Niemiec, nie byłoby tragedii. Problem w tym, że Berlin odgrywa dziś decydującą rolę w Unii Europejskiej i może wpłynąć na zmianę obecnej unijnej polityki energetycznej – której celem jest m.in. zmniejszenie zależności Europy od rosyjskiego gazu.

AGNIESZKA SZYPIELEWICZ

"Róbcie więcej piekła!" Za kulisami rosyjskiej propagandy

Zwierzenia byłych dziennikarzy

Wewnętrzna emigracja, alkohol, narkotyki - wielu dziennikarzy rosyjskich kanałów federalnych musi iść na kompromisy z własnym sumieniem, informując o wydarzeniach w Donbasie i na Krymie. Efekty ich pracy są jednak spektakularne - rosyjski widz jest przekonany o rzetelności przekazywanych informacji, a formułki od wielu miesięcy padające z ekranu stają się klockami w jego systemie myślenia.

17 maja w Donbasie zatrzymano rosyjskiego żołnierza Aleksandra Aleksandrowa. Ukraińskie władze oskarżają go i drugiego pojmanego Rosjanina, Jewgienija Jerofiejewa o terroryzm. Rosyjskie władze twierdzą z kolei, że mężczyźni pojechali na wschód Ukrainy jako ochotnicy, a z rosyjskiej armii zwolnili się w grudniu ubiegłego roku. Pojmani twierdzą, że pojechali do Donbasu jako żołnierze.

Szpieg z ustrojstwem

Dziennikarz "Nowej Gaziety" Paweł Kanygin na początku września opisał swoje spotkanie z rodzicami pojmanego Aleksandra Aleksandrowa, którym przekazał wiadomość od syna i nagrał ich, by mogli przekazać mu parę słów.

Tym, co rzuca się w oczy w reportażu Kanygina, są zwroty używane przez rodziców rosyjskiego żołnierza. Witają reportera wrogo, z niechęcią: – Czego pan chce? To zdrajca! Przecież pan pracuje na Ukrainę i Amerykę, na stronę przeciwnika pan pracuje! – taka była pierwsza reakcja ojca żołnierza. Po dokładnym spisaniu numerów auta, którym przyjechał reporter "Nowej Gaziety" mężczyzna powiedział mu jeszcze, że "tacy, jak wy [opozycyjni dziennikarze – red.] nie mają sumienia". – Nie wierzymy panu, pan pracuje dla wroga, a przez pana nie chcą nas puścić do syna na Ukrainę – mówił ojciec, a matka żołnierza dodała, że jej syn na pewno był torturowany i szprycowany narkotykami, dlatego powiedział ukraińskim władzom, że jest rosyjskim żołnierzem.

Filmik spodobał się m.in. rosyjskiemu wicepremierowi
Wideo: You Tube Filmik spodobał się m.in. rosyjskiemu wicepremierowi
– Pewnie ma pan gdzieś szpiegowskie ustrojstwo, które wszystko nagrywa i od razu wysyła do Waszyngtonu – grzmiał ojciec Aleksandrowa podczas pierwszego spotkania z reporterem.

Wszystkie te wyświechtane zwroty używane przez rodziców rosyjskiego jeńca są żywcem wyjęte z przekazów nadawanych przez rosyjskie telewizje federalne.

Po obejrzeniu nagrań Aleksandra Aleksandrowa, wykonanych przez Kanygina w ukraińskim areszcie w Kijowie, ojciec żołnierza stwierdził: – My jesteśmy maluczcy, to wielcy rządzą światem i decydują o naszym losie.

Maluczcy

Słowa państwa Aleksandrowów skomentował ostro dziennikarz Arkadij Babczenko, reporter wojenny, który wielokrotnie bywał w Donbasie i Kijowie.

– Skoro ci ludzie nie potrafią i nie chcą myśleć samodzielnie, to powinni stanąć w szeregu i wykonywać to, co się im rozkaże – powiedział, dodając, że nie jest mu szkoda ani pojmanego żołnierza, ani jego rodziców: – Jeśli ktoś w wieku ponad 50 lat nie potrafi się zdecydować, żeby pojechać po syna, jeśli mówi, że jest "maluczkim", to dlaczego ten maluczki ma kogoś interesować?

Skoro ci ludzie nie potrafią i nie chcą myśleć samodzielnie, to powinni stanąć w szeregu i wykonywać to, co się im rozkaże (...) Jeśli ktoś w wieku ponad 50 lat nie potrafi się zdecydować, żeby pojechać po syna, jeśli mówi, że jest "maluczkim", to dlaczego ten maluczki ma kogoś interesować?

Arkadij Babczenko

Babczenko przytoczył historię ojca ukraińskiego żołnierza, który bronił lotniska w Doniecku, a od wielu miesięcy jest jeńcem separatystów. Ojciec chłopaka zaproponował Aleksandrowi Zacharczence i jego ludziom, że sam jest gotów zostać jeńcem, byle separatyści dokonali wymiany i wypuścili jego syna.

Od niemal dwóch lat – odkąd na kijowskim Majdanie Niepodległości zgromadziły się tłumy protestujące przeciwko polityce Wiktora Janukowycza i zapłonęły pierwsze opony – prokremlowskie telewizje rosyjskie z coraz większym nasileniem stosują chwyty propagandowe, polegające m.in. na deprecjacji nowej władzy w Kijowie i podkreślaniu, że Ukrainą rządzą "faszyści i banderowcy" (od nazwiska Stepana Bandery).

Junta i faszyści

O juncie i zamachu stanu mówił m.in. w wywiadach i wystąpieniach przed rosyjskim parlamentem czy w orędziu do narodu sam prezydent Władimir Putin. Wielokrotnie sformułowań dyskredytujących nowy rząd i ukraińską głowę państwa używały rosyjskie MSZ, resort obrony, a ostatnio nawet przewodniczący rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksandr Bastrykin, który stwierdził w wywiadzie dla "Rossijskiej Gaziety", że premier Arsenij Jaceniuk (ur. 1974 r.) walczył na przełomie 1994/1995 r. po stronie czeczeńskich rebeliantów i torturował, a potem zabijał rosyjskich żołnierzy. Najwyraźniej Bastrykin "zapomniał", że w szeregach separatystów niemal do końca lat 90. walczył też, wraz ze swoim ojcem, Ramzan Kadyrow – obecny szef Republiki Czeczeńskiej.

Bezpieczniej nie rozmawiać

Wszystkie te określenia na tyle mocno wdrukowały się w świadomość odbiorców rosyjskiej telewizji i innych prokremlowskich mediów, że coraz częściej na profilach rosyjskich  internautów opozycyjnie nastawionych do kremlowskiej władzy można przeczytać, że zrezygnowali oni z dyskusji na tematy polityczne z rodzicami i innymi krewnymi.

"Inaczej straciłabym niemal całą rodzinę" – skomentowała jedna z czytelniczek rosyjskiego portalu opozycyjnego grani.ru, zablokowanego zresztą przez rosyjskie władze za rozpowszechnianie "antyrosyjskich treści" i dostępnego na terytorium Rosji jedynie po zastosowaniu kilku obejść w systemie.

Wojna informacyjna

Mechanizm tworzenia wiadomości w rosyjskiej telewizji i prasie prokremlowskiej został ustalony jeszcze przed obaleniem prezydenta Wiktora Janukowycza i wygraną tzw. Rewolucji Godności na Ukrainie. Relacje z Kijowa miały na celu wybicie działalności Prawego Sektora – ugrupowania dowodzonego przez Dmytro Jarosza, które powstało w trakcie protestów i połączyło kilka radykalnie nastawionych organizacji –czyli pokazanie, że protestujący to skrajni nacjonaliści i radykałowie. To był jednak dopiero początek ataku propagandowego.

Na kolegium w lutym 2014 roku redaktor naczelny powiedział, że zaczyna się "zimna wojna". Nie informacyjna, bo ta rozpoczęła się znacznie wcześniej, lecz właśnie "zimna", która dla wielu była atawizmem

rozmówca Aleksandra Orłowa

"Na kolegium w lutym 2014 r. redaktor naczelny powiedział, że zaczyna się 'zimna wojna'. Nie informacyjna, bo ta rozpoczęła się znacznie wcześniej, lecz właśnie 'zimna', która dla wielu była atawizmem" – anonimowo wspomina były dziennikarz prokremlowskiej telewizji WGTRK w wywiadzie udzielonym byłemu wicenaczelnemu kanału Rossija-24 Aleksandrowi Orłowowi, który został zwolniony w 2013 r. po tym, jak opublikował w sieci kilka komentarzy popierających opozycjonistę Aleksieja Nawalnego. "Naczelny powiedział, że nadeszła epoka, w porównaniu z którą lata 70.–80. to przedszkole, dlatego ci, którzy nie chcą w tym brać udziału, mogą znaleźć sobie jakąś inną dziedzinę, poza kanałem informacyjnym" – wspominał były pracownik WGTRK.

Kolegium na Kremlu

W rozmowie z Orłowem opowiadał, że szefowie kanałów federalnych co piątek jeżdżą na kolegia na Kreml, po których zapraszają najbliższych współpracowników i im przekazują, jakie wydarzenia i pojęcia należy akcentować. Dopiero po takich ustaleniach dziennikarze otrzymują wytyczne co do tego, jak mają konstruować wiadomości. Polityka informacyjna nie podlegała dyskusji – to również stanowiło część "zimnej wojny".

O tym, czy takie słowa jak "junta", "banderowcy", "ukropy" (pejoratywne określenie Ukraińców) padną z ekranu telewizyjnego, decydowano na codziennych kolegiach w wąskim kręgu, jednak nigdy nie padały one z ust redaktora naczelnego.

Kwitnący Krym

"Wiadomo było, że jeśli w serwisie informacyjnym mówimy o Ukrainie, to trzeba koniecznie dać jeden materiał z Krymu, Doniecka, Kijowa. W marcu 2014 r., po referendum, przyszło tradycyjne zadanie – z Krymu ma spływać co najmniej jeden materiał dziennie, można więcej. Codziennie trzeba było opowiadać o tym, jak Krym się rozwija, jak kwitnie przemysł i nauka, rośnie poziom życia i radość odzyskanych po latach współobywateli" – opowiadał Orłowowi były dziennikarz WGTRK.

Wiadomo było, że jeśli w serwisie informacyjnym mówimy o Ukrainie, to trzeba koniecznie dać jeden materiał z Krymu, Doniecka, Kijowa. W marcu 2014 roku, po referendum, przyszło tradycyjne zadanie – z Krymu ma spływać co najmniej jeden materiał dziennie, można więcej. Codziennie trzeba było opowiadać o tym, jak Krym się rozwija, jak kwitnie przemysł i nauka, rośnie poziom życia i radość odzyskanych po latach współobywateli

rozmówca Aleksandra Orłowa

O korespondentach działających na wschodzie Ukrainy mówił: "Spełniali funkcje całkowicie techniczne: stanowili podstawkę pod mikrofon, musieli tylko podejść do odpowiedniego rozmówcy, nagrać odpowiedni stand-up (komentarz wypowiadany do kamery), wypowiedzieć właściwą informację".

Ręczne sterowanie

Temperatura relacji opadła, gdy rozpoczęły się negocjacje w Mińsku. "Wszystko było kontrolowane ręcznie – gdy ruszyły pierwsze rozmowy, zakazano używania słów 'faszyści', 'banderowcy', 'junta'. Później sytuacja się odwróciła i wszystko zaczęło się od nowa. Gdy Igor Striełkow zdobywał kolejne miasta, udostępniano mu wszystkie możliwe terminy wejść, włączano niezależnie od wszystkiego. Później okazało się, że trzeba go wycofać, więc po prostu przestaliśmy go tak często pokazywać" – wspominał były pracownik telewizji federalnej.

Administracja prezydenta Władimira Putina zapowiedziała też, że kanały państwowe mają "skończyć wyścig po materiały na wyłączność". "Wszystkie materiały stały się wspólne. Wszyscy wymieniali się obrazkami [nagraniami – red.], rozmówcami, przekazywali sobie nawzajem kontakty. Różne holdingi, akcjonariusze, struktury medialne – wszystko to stało się jednością. Powstał jeden organizm propagandowy" – opowiadał pracownik WGTRK.

Czołgi i radioaktywny popiół

Kanały federalne to m.in. Pierwyj Kanał, NTV, WGTRK, w której skład wchodzą m.in. kanały Rossija1, Rossija2 i Wiesti24, oraz tabloidowy LifeNews i TV Zvezda należąca do ministerstwa obrony. Wszystkie te telewizje mają znaczące zasługi na froncie propagandowym – wystarczy przypomnieć "ukrzyżowanego chłopca" z materiału dziennikarki telewizji Pierwyj Kanał czy symulację prędkości, z jaką rosyjskie czołgi mogłyby znaleźć się w Polsce, z której udałyby się na paradę zwycięstwa do Berlina, pokazaną przez telewizję Piatyj Kanał. Nie sposób nie wspomnieć o autorskiej audycji Dmitrija Kisielowa, szefa agencji informacyjnej Rossija Siegodnia (dawniej RIA Novosti), "Wiesti Niedieli" na kanale Rossija1, w której dziennikarz udowadniał, że Rosja jest jedynym mocarstwem, które mogłoby zmienić Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół.

Wewnętrzna emigracja

Co ciekawe, jak przyznaje sam były pracownik WGTRK, dziennikarzy przekonanych o prawdziwości przekazywanych przez siebie informacji jest niewielu.

Mieliśmy bezpośrednie dyspozycje, by np. pilnie zaprosić znanego meteorologa, dyrektora Centrum Hydrologiczno-Meteorologicznego Rosji Romana Wilfanda, by ten powiedział, że na przełomie lat 2014 i 2015 nadejdzie straszliwie mroźna zima i wszyscy zamarzniemy. Pytaliśmy: a jeśli nie będzie mroźnej zimy (bo wszystko wskazywało na to, że będzie ciepła)? Było jednak polecenie, by podkręcać napięcie i udowadniać, że kraje Europy są uzależnione od rosyjskiego gazu, a jeśli go im nie damy, wszyscy zamarzną. Wszyscy wtedy o tym nawijali: czeka nas mroźna zima!

rozmówca Aleksandra Orłowa

"Głównie są to najwyższego szczebla trolle, z których 40-50 proc. w grudniu 2011 r. chodziło na plac Błotny protestować przeciwko powrotowi Władimira Putina na fotel prezydenta. Wszystko to, co pokazywali, absolutnie przeczyło ich przekonaniom. Nie odchodzili jednak z banalnych powodów: dzieci, kredyty. Rozumieli też, że nie mają dokąd odejść. Ktoś topił smutki w winie, ktoś zaczął ćpać, ktoś udawał się na 'wewnętrzną emigrację', w wolne dni czytając książki i usiłując zapomnieć o wszystkim, co działo się od poniedziałku do piątku" – mówił w wywiadzie z Aleksandrem Orłowem były pracownik WGTRK.

"Zima ma być mroźna!"

Inny anonimowy rozmówca Orłowa, były pracownik kanału informacyjnego WGTRK, wspominał, że na kolegiach żądano od dziennikarzy, by "robili więcej piekła". Opowiadał, że kamerę wysyłano na spotkania dotyczące historii. "Gdy dziennikarze dziwili się, po co wysyłać ekipę na tak mało interesujące wydarzenie, okazywało się, że pojawiali się tam prowokatorzy i podstawieni "właściwi" historycy, którzy zaczynali krzyczeć na prelegentów, że "chcą zafałszować rosyjską historię", a spędzeni na spotkanie staruszkowie podnosili larum – wspominał dziennikarz. Tak powstawał odpowiedni obrazek.

Ręczny tryb sterowania informacją dotyczy każdej dziedziny, w tym sportu, kultury, a nawet pogody. "Mieliśmy bezpośrednie dyspozycje, by np. pilnie zaprosić znanego meteorologa, dyrektora Centrum Hydrologiczno-Meteorologicznego Rosji Romana Wilfanda, by ten powiedział, że na przełomie lat 2014 i 2015 nadejdzie straszliwie mroźna zima i wszyscy zamarzniemy. Pytaliśmy: a jeśli nie będzie mroźnej zimy (bo wszystko wskazywało na to, że będzie ciepła)? Było jednak polecenie, by podkręcać napięcie i udowadniać, że kraje Europy są uzależnione od rosyjskiego gazu, a jeśli go im nie damy, wszyscy zamarzną. Wszyscy wtedy o tym nawijali: czeka nas mroźna zima!".

Gwiazdy ekranu

Na prawdziwe gwiazdy telewizji w ciągu ostatnich dwóch lat wyrośli komentatorzy, których wcześniej traktowano nie do końca poważnie – nacjonalistyczny, skandalizujący pisarz Eduard Limonow i słynący z kwiecistych, okraszonych wulgaryzmami wypowiedzi przewodniczący Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimir Żyrinowski. Obaj zaczęli niemal codziennie pojawiać się w rozmaitych studiach telewizyjnych i straszyć wynaturzoną, pozbawioną wartości duchowych "zgniłą Europą".

Niemalże celebrytami w świecie rosyjskich mediów prokremlowskich stali się Igor Korotczenko, redaktor naczelny magazynu "Obrona narodowa" i szef Centrum Analiz Światowego Handlu Bronią, oraz publicysta gazety "Izwiestija" Jegor Chołmogorow.

Igor Korotczenko chwali się na swoim profilu na Twitterze wizytą na tegorocznym Forum Ekonomicznym w Krynicy-Zdroju, twierdząc, że jest ono doskonale zorganizowane, ale zbyt dużo na nim "antysowietów".




 



 

Jegor Chołmogorow to z kolei "gorący zwolennik rosyjskiej wiosny, rosyjskiego świata, projektu Noworosja, marszu na Kijów i generalnie mocnego uderzenia" – jak określa go analityk Ośrodka Studiów Wschodnich Anna Łabuszewska. Wyczuł koniunkturę i na fali rosnącego patriotyzmu zbija polityczny i publicystyczny majątek, który pozwala mu tworzyć coraz dalej idące wizje "wstawania Rosji z kolan".




Telewizja się podoba

To wszystko razem, podlane populistycznym sosem i patriotyczną euforią podsycaną kolejnymi doniesieniami o "knowaniach Ameryki" i "kończącej się Europie" zalewanej falami imigrantów winduje oglądalność i dochody telewizji, a jednocześnie sprawia, że Rosjanie, choć żyje im się coraz trudniej z powodu sankcji, spadających cen ropy i rosnących walut, są coraz bardziej zadowoleni z przekazu, jaki serwuje im telewizja.

Propagandowe wideo rebeliantów. "Wasza armia, wasz rząd was opuściły"
Wideo: YouTube/Southeast of information-analytical agency Propagandowe wideo rebeliantów. "Wasza armia, wasz rząd was opuściły"

Jak podaje "Kommiersant", opierając się na wynikach badań opinii Centrum im. J. Lewady, od 15 lat na stałym poziomie utrzymuje się procent osób pozytywnie nastawionych do przekazów pokazywanych w rosyjskiej telewizji. W ciągu ostatnich 15 lat procent widzów, którzy uważają, że rosyjskie kanały podają "obiektywny i pełny obraz wydarzeń", wzrósł z 16 proc. do 21 proc. Jednocześnie do 8 proc. spadła liczba Rosjan, którzy uważają, że telewizja kłamie i wykorzystywana jest do manipulowania ludźmi. W 2012 r., po protestach na placu Błotnym i skazaniu Pussy Riot, takiego zdania było 17 proc.

Wiceminister łączności i komunikowania masowego Aleksiej Wolin uważa wręcz, że rosyjskie kanały telewizyjne odpowiadają zapotrzebowaniom obywateli, dlatego mają wysoką oglądalność i trzymają wysoki poziom.

– Narkomanowi też narkotyk podoba się coraz bardziej w miarę, jak choroba coraz mocniej uszkadza jego organizm – odpowiada ekspert fundacji "Społeczna Ekspertyza" i były sekretarz Związku Dziennikarzy Igor Jakowienko. Jego zdaniem pozytywna opinia o rosyjskiej telewizji to efekt "prania mózgu" widzów przez samą telewizję.

16.03.2015 | Propagandowa wojna Rosji. Ukraińskim przewrotem kierowały USA, nacjonalistów szkolono w Polsce
Wideo: Fakty TVN 16.03.2015 | Propagandowa wojna Rosji. Ukraińskim przewrotem kierowały USA, nacjonalistów szkolono w Polsce

Post scriptum

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji opublikowała właśnie raport słowackiej organizacji pozarządowej Memo 98 z monitoringu rosyjskich mediów prowadzonego w marcu przy udziale niezależnych pozarządowych organizacji m.in. z Ukrainy, Gruzji i Armenii, wspierających wolne media.

Z raportu wynika, że rosyjskie kanały federalne, takie jak m.in. Rossija1, NTV czy Pierwyj Kanał, posługują się "obraźliwym językiem i wrogą retoryką skierowaną przeciw oponentom i osobom o innych poglądach", operują językiem nienawiści i propagandy i manipulują widzami, np. mieszając komentarze i opinie z faktami, wybiórczo relacjonując fakty, odwołując się do niewiarygodnych źródeł i prezentując prowokacyjne wypowiedzi (np. Władimir Żyrinowski czy pisarz Eduard Limonow dotąd znacznie rzadziej gościli na antenach tych kanałów).

Jak piszą autorzy raportu, Władimir Żyrinowski jest wręcz pożądanym gościem audycji politycznych. "Jego twierdzenia o konieczności stosowania propagandy wojskowej, 'żeby Niemcy trzęśli się i nie mogli zasnąć w swoich łóżkach', że 'europejską armię należy sprowokować, żeby zaatakowała Rosję i następnie została pokonana w pobliżu jej granic' i że Rosja potrzebuje 'małej zwycięskiej wojny na froncie zachodnim', nie utrudniają temu mówcy występowania w rosyjskich kanałach telewizyjnych. Wręcz przeciwnie [...]. Tolerowane są nawet jego wypowiedzi wzywające do wojny, chociaż propagowanie takich treści jest zakazane przez rosyjskie prawo" – czytamy w raporcie końcowym Memo 98.

Nagminne jest demonizowanie przeciwnika (władze amerykańskie i ukraińskie to wrogowie, a UE "skacze, jak jej USA zagrają") i wytwarzanie atmosfery zagrożenia. Rozmowy z podstawionymi gośćmi, rzekomymi świadkami krwawych wydarzeń w Donbasie mają uwiarygodnić doniesienia o przestępstwach, popełnianych przez "juntę" na "ludziach Noworosji".

Jak podają autorzy raportu, celem rosyjskiej propagandy jest "przedstawianie Ukrainy jako bankruta, krytykowanie UE jako przeciwnej zasadom humanizmu, duchowości i zdrowego rozsądku", a nade wszystko krytyka Stanów Zjednoczonych jako mocarstwa, które dąży do osłabienia roli Rosji i destabilizacji sytuacji na świecie.

FILIP CZEKAŁA

Jak murarz z miłości do impresjonistów ukradł Moneta

10 lat trwały poszukiwania obrazu Claude'a Moneta "Plaża w Pourville", który zniknął z Muzeum Narodowego w Poznaniu. Złodziej wpadł, bo... nie płacił alimentów. Zeznał, że gdy zapukali do niego policjanci, wreszcie poczuł się wolny. Przypominamy tę niezwykłą historię w 15. rocznicę kradzieży.

Ta wiadomość wstrząsnęła nie tylko Poznaniem, ale całą Polską. 19 września 2000 r. w Muzeum Narodowym zauważono kradzież jedynego w Polsce obrazu Claude'a Moneta. Warta 7 mln dolarów "Plaża w Pourville" zniknęła już dwa dni wcześniej. Żaden z pracowników nie zauważył jednak, że w ramie wisi marnej jakości podróbka, niezbyt podobna do oryginału. Spostrzeżono to dopiero, gdy... jeden z narożników zaczął się odklejać.

Z miłości do Moneta
Wideo: tvn24 Z miłości do Moneta

"Informacje były niesłychane"

Sprawa spektakularnej kradzieży zelektryzowała media, a śledztwo objęło zasięgiem całą Polskę. W Poznaniu komendant policji powołał specjalną grupę dochodzeniową, która poszukiwała obrazu i złodzieja. Powiadomiono wszystkie przejścia graniczne. Wówczas Polska nie była jeszcze w strefie Schengen i nie można było swobodnie przekraczać granic.

Obraz zginął, gdy muzeum było czynne. Oryginał został podmieniony na nieudolnie wykonany falsyfikat.

Andrzej Borowiak z wielkopolskiej policji

– Wszystkie informacje, jakie zbieraliśmy w pierwszych godzinach naszej pracy, były niesłychane: okazało się, że obraz zginął, gdy muzeum było czynne, a oryginał został podmieniony na nieudolnie wykonany falsyfikat. Podczas oględzin na ramie i fałszywym obrazie zabezpieczyliśmy odciski palców, które mogły należeć do złodzieja – mówił rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak.

Na podstawie relacji kobiet pilnujących ekspozycji udało się też stworzyć portret pamięciowy złodzieja. Zapamiętały go, bo spędził tam kilka dni. Wysłał do muzeum faks, w którym podawał się za studenta i prosił o możliwość zrobienia szkicu obrazu wiszącego obok dzieła Moneta. Taką zgodę dostał i codziennie na kilka godzin przychodził do muzeum. Dane, które podał, były oczywiście fałszywe. Ustalono jednak, że złodziej może mieszkać w Olkuszu, bo stamtąd był wysłany faks.

Podejrzenia padły na miejscowego malarza. Policja weszła do jego mieszkania i zabezpieczyła kilka wykonanych przez niego kopii. Szybko jednak okazało się, że jest niewinny.

Umorzenie i nagły przełom po latach

Innych zatrzymanych już nie było. Odcisków palców i portretu pamięciowego nie dawało się do nikogo dopasować. Po roku śledztwo umorzono. Wydawało się wtedy, że obraz przepadł jak kamień w wodę.

Plaża w Pourville

Sprawa niepodziewanie znalazła rozwiązanie po 10 latach. Zdecydował o tym przypadek, a konkretnie... niezapłacone alimenty. Z tego powodu odciski palców Roberta Z. z Olkusza trafiły do policyjnej kartoteki. Okazało się, że są identyczne z tymi, które zabezpieczono na ramie obrazu.

41-latka, który pracował jako murarz, aresztowano. Przez 10 lat obraz Moneta przechowywał w szafie w swoim mieszkaniu. Tłumaczył, że chciał po prostu mieć dzieło mistrza i nigdy nie zamierzał go sprzedawać.

To była miłość od pierwszego wejrzenia

Robert Z. dzieła impresjonistów miał poznać w Paryżu, gdzie pracował przez jakiś czas na budowie. W wolnej chwili odwiedził Luwr i tam zakochał się w obrazach Moneta i Renoira. Po powrocie do Polski dowiedział się, że jeden z obrazów Moneta jest w Poznaniu. Zaczął planować, jak zdobyć go tylko dla siebie. Zajęło mu to około dziewięciu miesięcy. Plan dopracował w najdrobniejszych szczegółach.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten obraz na własne oczy, to mnie wmurowało

zeznał w sądzie Robert Z.

W Krakowie zlecił ukraińskiemu malarzowi wykonanie kopii. Była niezbyt podobna do oryginału, ale za to tania –kosztowała tylko 300 złotych. Gdy już miał kopię, poinformował muzeum, że jest studentem malarstwa i chce przyjechać zrobić szkic jednego z obrazów wiszących koło dzieła Moneta. Podał fałszywe dane i dostał zgodę. Pojechał do Poznania. W muzeum nie wzbudził żadnych podejrzeń. Przychodził tam przez kilka dni, godzinami wpatrywał się w dzieło Moneta. W sali zostawał sam. Miał czas, aby spokojnie podmienić obraz w ramie. Nikt nic nie zauważył. Ze zdobytą "Plażą w Pourville" wrócił do domu. Zadbał o obraz, który umieścił w specjalnej skrytce za szafą. Dręczyły go jednak wyrzuty sumienia, po kilku latach miał nawet pojechać do Poznania, aby się przyznać. Ostatecznie jednak zrezygnował. Rozpadło się jego małżeństwo, zaczęły się problemy z płaceniem alimentów. I właśnie przez nie wpadł. Odciski palców z ramy można było wreszcie dopasować do konkretnej osoby.

Robert Z. zeznał, że gdy policjanci przyszli w styczniu 2010 r. do jego domu, poczuł ogromną ulgę. Kiedy patrzył, jak wyjmują z szafy dzieło Moneta, czuł się wolny. Jego bliscy nie wiedzieli, co przez lata ukrywał w mieszkaniu.

Sąd dał się przekonać tłumaczeniom złodzieja. Proces trwał tylko jeden dzień. Choć oskarżonemu groziło do 10 lat więzienia, skazano go na 3 lata pozbawienia wolności. Po roku został zwolniony warunkowo. Ta sprawa budziła jednak wątpliwości. Nie wszyscy uwierzyli w tłumaczenia Roberta Z. Najważniejsze jednak wtedy było to, że obraz wrócił do muzeum.

Inspirowałem się filmem sensacyjnym "Afera Thomasa Crowna". Ukradłem obraz z muzeum w Poznaniu, bo tylko tam było dzieło Moneta

wyjaśniał Robert Z. po zatrzymaniu

Jedyny taki obraz w Polsce

Monet namalował "Plażę w Pourville" w 1882 r. Jest to olej na płótnie o wymiarach 60 x 73 cm. Eksponowany w poznańskim muzeum obraz przedstawia widok plaży w Pourville z dominującą skałą Amont, uchwycony ze skalnego urwiska w Varengeville. Monet malował ten motyw wielokrotnie; obecnie inne wersje obrazów z podobnym widokiem normandzkiej plaży znajdują się w zbiorach muzeów w Europie, USA i Japonii, oraz u prywatnych kolekcjonerów.

"Plaża w Pourville" nie jest najcenniejszym dziełem w poznańskim muzeum, nie należy też do najcenniejszych dzieł francuskiego malarza. Jest to jednak jedyny obraz Moneta w polskich zbiorach, a zatem szczególny.

Płótno Moneta w Wielkopolsce jest od 1906 r., kiedy to zostało zakupione przez niemieckie muzeum w Poznaniu. Przetrwało dwie wojny.

Po kradzieży w 2000 r. muzeum zmieniło zabezpieczenia, aby nigdy więcej nie doszło do podobnej sytuacji. Teraz nie ma już możliwości, aby w muzealnych salach na wiele godzin zostać sam na sam z dziełami mistrzów. Poza tym wszędzie są kamery monitoringu i systemy alarmowe.

DANIEL GRYT

Busy na wojennej ścieżce

Tak tanio wozić ludzi się nie da, to strategia obliczona jedynie na wygryzienie nas z rynku – alarmują rodzimi busiarze i co rusz rzucają kłody pod koła Polskiego Busa. Szkot, który jest jego właścicielem, się nie zraża. - Klimat biznesowy jest tutaj bardzo dobry, ludzie pracowici i przyjaźni – mówi nam Sir Brian Souter.

Klimat biznesowy w Polsce jest bardzo dobry, ludzie pracowici i przyjaźni.

Sir Brian Souter

Sir Brian Souter, 61-letni właściciel Polskiego Busa, często przedstawiany jest tak: Szkot, katolik i homofob.

Sam mówi, że „bardzo dobrze odnajduje się w Polsce”. - Klimat biznesowy jest bardzo dobry, ludzie pracowici i przyjaźni - wyjaśnia w rozmowie z tvn24bis.pl, dlaczego pięć lat temu zainteresował się naszym rynkiem i tu zainwestował. Nie ukrywa jednak, że jego obecność ma cel bardziej merkantylny.

Bo przecież „Polska to szósty największy kraj w Europie”, liczy się też nasze położenie geograficzne - wręcz idealne - jeżeli planuje się rozwijać biznes w całym regionie. A taki cel ma Souter.

Nad Wisłą stał się wcieleniem zbawiciela i wroga numer jeden. Pasażerowie kochają go za tanie bilety i nowoczesne autokary. Dzięki temu przewozy autokarowe w Polsce, po latach zapaści, znów stały się popularne. Dla lokalnego biznesu – małych, często rodzinnych firm parających się przewozem osób na mniejszą niż większą skalę - jest symbolem „obcego”, który próbuje pogrzebać ich firmy.

Konkurencja? Kto to taki?

Trudno namówić go na rozmowę o konkurencji, bo ta  - jak mówi - „nie istnieje”. Może czasami jest nią PKP, ale jedynie na najpopularniejszych trasach: do Gdańska, Krakowa lub Katowic.

Ta pewność siebie przekłada się na działania firmy. W poniedziałek Souter zaprezentował nową siatkę, w tym połączenia do średniej wielkości miast m.in. Kalisza, Ostrowca Świętokrzyskiego, Białej Podlaskiej czy Elbląga. Czerwone autokary zawalczą też o klienta biznesowego, który dysponuje grubszym portfelem. W autobusach tej kategorii ma być catering i więcej miejsca na nogi, bo na pokład wejdzie o 1/3 mniej pasażerów niż do klasycznego pojazdu używanego przez przewoźnika. Jedno się nie zmieni: najtańsze bilety wciąż będą dostępne za 1 zł.

Polski Bus kontra mali przewoźnicy
Wideo: tvn24bis.pl Polski Bus kontra mali przewoźnicy

Na poczynania zadziornego Szkota zerka z uwagą 30-letni Estończyk, Hannes Saarpuu. On i jego LuxExpress działają w Polsce od niedawna i kursują na razie na trzech trasach. Ale wprowadzenie przez Polskiego Busa oferty biznesowej to cios właśnie w tę firmę. Do tej pory estońskie autobusy kursujące pomiędzy Warszawą, Kielcami, Tarnowem czy Rzeszowem przyciągały klientów lepszym standardem.

- My promocyjne ceny biletów traktujemy jako zaproszenie do skorzystania z naszych usług – deklaruje w rozmowie z tvn24bis.pl Saarpuu. – Ta strategia pozwoli klientom przekonać się, że najwyższy standard to nie pusta, marketingowa obietnica - dodaje. Estończycy śledzą poczynania konkurencji i zapewniają, że „najbliższe miesiące to czas, by przeanalizować zmiany na polskim rynku przewozów autobusowych". - Planujemy rozszerzyć krajową siatkę połączeń. Nie chcemy jednak zdradzać na razie szczegółów - podkreśla Saarpuu.

Wojna za grosze

W związku z wejściem na polski rynek przewozu osób firm z zagranicznym kapitałem, przedsiębiorstwa rodzime i mniejsze firmy przewozowe bardzo odczuwają ich obecność.

Jerzy Biedulewicz

Właśnie te metody prowadzenia biznesu sprawiają mniejszym, lokalnym konkurentom największy problem. - W związku z wejściem na polski rynek firm z zagranicznym kapitałem, przedsiębiorstwa rodzime i mniejsze firmy przewozowe przeżywają kłopoty – przyznaje Jerzy Biedulewicz z Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych.

- Głównym założeniem Polskiego Busa jest stosowanie wobec innych, mniejszych firm wyniszczającej polityki cenowej poniżej kosztów wytworzenia, tak aby za bardzo niską cenę zebrać większość klientów z rynku, a co za tym idzie mniejsze firmy automatycznie zawieszają swoje połączenia lub całkowicie się likwidują - mówi.

O merytoryczną dyskusję na ten temat jest jednak trudno, bo dane o tym rynku są dość skąpe i ogólne. Wiadomo jedynie, że w 2013 roku w tej branży działało ok. 3,5 tys. firm, a na autobusy sprzedano 385 mln biletów, a do tego mali przewoźnicy – często nieprowadzący statystyk i nigdzie nieprzekazujący takich danych – mogli przewieźć około 200 mln pasażerów. Polski Bus chwali się, że ma ich 0,5 mln miesięcznie.

Żaden przewoźnik nie ujawnia też, ile tak naprawdę zarabia na tym biznesie lub ile dokłada do niego. Zazwyczaj zasłania się przy tym tajemnicą handlową. Trudno zatem oszacować, ile Polski Bus zarabia na jednym kursie lub ocenić rentowność konkretnych połączeń.

Znamy tylko ogólny model biznesowy: przewoźnik sprzedaje kilka miejsce w każdym autokarze za przysłowiową złotówkę, każde kolejne miejsce drożeje. Oczywiście w zależności od popularności trasy i terminu zakupu. Chwyt ten, znany wcześniej z tanich linii lotniczych, okazał się skuteczny. Od pewnego czasu stosują go również lokalni przewoźnicy.

W dalszej perspektywie jednak mniejsze polskie firmy nie są w stanie utrzymać cen na takim poziomie. To najprawdopodobniej doprowadzi do wycofania się tych firm z przewozów publicznych, a wówczas firmy, które zostaną na rynku będą mogły narzucać swoje, wyższe ceny na zasadzie monopolu.

Jerzy Biedulewicz

- Taka konkurencja jest dobra - zaznacza w rozmowie z tvn24bis.pl Sir Brian Souter. – Dobra zarówno dla przewoźników, jak i dla klientów. I prawda jest taka, że ceny są bardzo konkurencyjne. Średnie ceny w tym roku są dwa razy niższe niż średnie ceny w zeszłym - podkreśla.

Lokalni przewoźnicy dostrzegają jednak zagrożenia wyłaniające się zza horyzontu. – Na chwilę obecną konkurencyjność na poszczególnych trasach rzeczywiście przekłada się na niskie ceny dla klienta i można określić, że podróżowanie jest tanie – mówi Jerzy Biedulewicz z Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych. – W dalszej perspektywie jednak mniejsze polskie firmy nie są w stanie utrzymać cen na takim poziomie, co najprawdopodobniej doprowadzi do wycofania się tych firm z przewozów publicznych, a wówczas firmy, które zostaną na rynku będą mogły narzucać swoje, wyższe ceny na zasadzie monopolu – wyjaśnia.

Cenom biletów Polskiego Busa już raz przyglądał się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kontrola odbyła się właśnie na wniosek przedstawicieli polskich przewoźników. Urząd stwierdził w 2013 roku, że Polski Bus nie łamie prawa.

Bratobójcza walka?

Pierwszą bitwę z Polskim Bus rodzimi busiarze już jednak wygrali.

Do wożenia pasażerów w Polsce potrzebna jest odpowiednia zgoda. W przypadku przewozów autokarowych po kraju zgody takie wydają urzędy marszałkowskie. Ale od decyzji urzędów można się odwołać. Tak było właśnie w przypadku trasy Lublin - Rzeszów.

Samorządowe Kolegium Odwoławcze, do którego skargę skierowały Stowarzyszenie LEXMID i Stowarzyszenie Prywatnego Transportu Samochodowego BUS, zdecydowało o zawieszeniu trasy, którą realizował Polski Bus. Przewoźnik musiał oddać pole lokalnym firmom i choć się odwołał,  szanse na zmianę postanowienia są raczej nikłe.

Źródło: TVN24 BiS Sir Brian Souter - Właściciel Polskiego Busa

– Na naszym terenie działa 250 przewoźników. Funkcjonują w trudnych warunkach i nasza odmowa była podyktowana wyłącznie troską o ich kondycję w momencie, gdy duży przewoźnik uruchomi kolejne połączenia – wyjaśniła w rozmowie z „Kurierem Lubelskim" Beata Górka, rzeczniczka marszałka województwa lubelskiego. A przed SKO toczy się kolejne postępowanie w sprawie trasy Lublin-Kraków.

To jednak nie łagodzi nastrojów wśród polskich przewoźników. Obawiają się upadku, kiedy w kraju pojawią się kolejni gracze z milionami euro na koncie, które ułatwią start i wykrojenie jak największego kawałka tego rynku.

- Według naszej oceny okres najbliższych pięciu lat przy konkurowaniu z takimi firmami jak Polski Bus spowoduje, iż małe polskie firmy nie będą już prowadziły działalności regularnych przewozów autokarowych. Ten proces jest już dosyć mocno zaawansowany – kreśli pesymistyczną wizję Jerzy Biedulewicz z Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych. – Będzie to okres, który zmiecie z rynku polskiego przewoźnika, co bezpośrednio przełoży się na polskiego klienta, który będzie za przejazd musiał zapłacić cenę podaną przez monopolistę.

Nasi busiarze na pomoc państwa raczej liczyć nie mogę, bo nikt nie planuje żadnej ustawy. Przygoda z przewozami osób może być dla nich bardzo drogą lekcją wolnego rynku.

Konkurencją dla przewoźników drogowych coraz częściej stają się koleje i linie lotnicze. Materiał TVN24 Biznes i Świat z kwietnia właśnie o tej rywalizacji:

Weekendowy wyjazd? Sprawdź, czym pojechać
Wideo: TVN24 BiS Weekendowy wyjazd? Sprawdź, czym pojechać

BARTOSZ ŻURAWICZ

Samolotem wokół wiatraków. "Robi nam się tragikomedia”

Pilot: kiedyś bym nie uwierzył, że coś takiego może się dziać naprawdę

- To tak, jakby ktoś stawiał słup na środku „czteropasmówki” – mówią piloci z piotrkowskiego aeroklubu (woj. łódzkie). Chodzi o blisko 90-metrową elektrownię wiatrową wybudowaną tuż obok lotniska. Konstrukcja znajduje się blisko osi pasa i, zdaniem ekspertów, jest realnym zagrożeniem dla latających.

Kręcące się łopaty olbrzymiego wiatraka obok skrzydeł lecącego samolotu – taki widok oglądają niedoświadczeni piloci uczący się w piotrkowskim aeroklubie. Dla laika problem może wydawać się niejednoznaczny: w końcu wysoki na niecałe 90 m maszt stoi w odległości aż 3 km od progu pasa.

Postawią kolejny maszt przy lotnisku?
Wideo: TVN24 Łódź/Aeroklub piotrkowski Postawią kolejny maszt przy lotnisku?

Jak jednak podkreślają eksperci z zespołu Latajmy Bezpiecznie zajmującego się wykrywaniem niebezpieczeństw w lotnictwie cywilnym, inwestycja jest realnym zagrożeniem. Przewodniczy im kpt. Jacek Mainka.

- Na lotnisku w Piotrkowie odbywają się loty szkolne, a wiatrak stoi w rejonie tzw. kręgu. Nie tylko niedoświadczonym pilotom zdarza się zejść niżej podczas podejść do lądowania, na przykład przy silnych wiatrach. W Piotrkowie odbywają się skoki spadochronowe. Generalnie panuje spory ruch podczas operacji szkoleniowych i może dojść do kolizji z przeszkodą - tłumaczy nasz rozmówca.

Głównym atutem piotrkowskiego lotniska była przestrzeń wokół pasa. Dawała ona duży margines błędu pilotom. A ten się mocno zmniejszył – co widać na nagraniach, które przedstawiciele piotrkowskiego aeroklubu przekazali redakcji tvn24.pl.

– Chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak konstrukcja wpłynęła na nasze bezpieczeństwo. To tak, jakby ktoś wybudował słup na środku czteropasmówki. Pokażcie to państwo, niech wiedzą, jak nas urządzili – mówi tvn24.pl Jarosław Cempel, prezes aeroklubu.

Mierząca niespełna 90 m elektrownia powstała kilka miesięcy temu. Piloci bezskutecznie próbowali zatrzymać jego budowę. A teraz z niedowierzaniem słyszą o planie kolejnych inwestycji.

- Tam, gdzie teraz samoloty odchodzą przy lądowaniu na drugi krąg, ma stać kolejny maszt. Wysoki na 110 m - opowiada Cempel.

"Doświadczeni dadzą radę, ale..."

Piloci, z którymi rozmawiamy, przyznają, że do niedawna planów inwestora nikt by nie brał na poważnie. Ale kilka miesięcy wystarczyło, żeby inaczej spojrzeć na sprawę.

– Kiedyś w głowie by nam się nie mieściło, że kilka kilometrów od pasa mogą być stawiane jakiekolwiek wysokie budowle. Teraz nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Tragikomedia się robi – opowiadają nam piotrkowscy piloci.

Źródło: TVN24 Łódź/Google/CNES/MGGP Lokalizacja istniejącego już masztu

Dziś jednak w Piotrkowie na poważnie zastanawiają się, czy kolejny pas nie sprawi, że lotnisko przestanie być dobrym miejscem do szkolenia pilotów.

- Doświadczeni lotnicy doskonale radzą sobie nawet w gorszych warunkach. O nich się nie martwię. Ale u nas wiele osób dopiero zaczyna przygodę z lataniem. Potrzebują więc większego marginesu błędu. A ten kurczy się niemiłosiernie – denerwuje się prezes aeroklubu.

W granicach prawa?

Informacje o tym, że w Milejowcu, 4 km od progu pasa ma powstać elektrownia wiatrowa, potwierdza zastępca wójta gminy Rozprza, Mieczysław Warszada.

– W tej sprawie odbyły się już konsultacje społeczne. O swoim sprzeciwie mówią nie tylko piloci, ale też okoliczni mieszkańcy – opowiada samorządowiec.

Dodaje przy tym, że w gminie nie ma planów zagospodarowania przestrzennego. Dlatego ewentualna zgoda na budowę nowego masztu uzależniona jest m.in. od decyzji środowiskowych i warunków o zabudowie.

– Inwestor wystąpił już o te dokumenty. Jeżeli inwestycja będzie mieściła się w granicach obowiązującego prawa, wójt nie będzie miał podstaw, żeby odmówić zgody na jej powstanie – mówi Warszada.

Turbina kontra samoloty
Wideo: tvn24 Turbina kontra samoloty

"Inaczej się nie da"

Wokół aeroklubu ćwiczą piloci śmigłowców, latają poniżej 50 m, w nocy używają noktowizorów. Jak nam nastawiają wiatraków, to takie manewry będą musiały odbywać się gdzie indziej

Jarosław Cempel, prezes aeroklubu

W sprawie nowego masztu będzie musiał wypowiedzieć się Urząd Lotnictwa Cywilnego. Ale w Piotrkowie już prawie nikt nie liczy na interwencję z jego strony.

– W zeszłym roku zatwierdzili budowę 95-metrowego masztu, który stoi o kilometr bliżej niż ten planowany – tłumaczy Cempel.

Obejrzenie przekazanych nam przez pilotów nagrań może wzbudzić sporo wątpliwości co do tej decyzji. W końcu z podchodzącego do lądowania samolotu można bez problemu odczytać napisy na łopatach wiatraka.

Jak jednak tłumaczył nam Mateusz Kotliński z ULC, maszt mógł powstać, bo mieścił się w założonych przez prawo normach.

– W miejscu, gdzie powstała inwestycja, maksymalna dopuszczalna wysokość obiektów nie może przekraczać 295 m n.p.m. – tłumaczy Kotliński.

Fundamenty wiatraka powstały na poziomie 200 m n.p.m. Maszt mógł mieć aż 95 m. Obecnie ma ok. 10 m mniej.

Gęsto nad piotrkowskim niebem

Piotrkowski aeroklub jest certyfikowanym Europejskim Ośrodkiem Szkolenia Lotniczego. Oprócz hobbystów swoje umiejętności szlifują tu m.in. żołnierze i funkcjonariusze policji.

– Wokół aeroklubu ćwiczą piloci śmigłowców, latają poniżej 50 m, w nocy używają noktowizorów. Jak nam nastawiają wiatraków, to takie manewry będą musiały odbywać się gdzie indziej – twierdzi Jarosław Cempel.

Źródło: Aeroklub Ziemi Piotrkowskiej Inwestycja powstaje niemal w osi pasa

Sparaliżują plany?

Od kilku tygodni z piotrkowskim aeroklubem współpracują Polskie Linie Lotnicze LOT. To w Piotrkowie mają uczyć się praktyki piloci, którzy będą wozić pasażerów polskiego przewoźnika.

- LOT zakupił już trzy maszyny szkoleniowe. Rozwój projektu stoi jednak pod znakiem zapytania – wzrusza ramionami prezes aeroklubu.

Przedstawiciele zespołu Latajmy Bezpiecznie przyznają, że jego obawy są zasadne.

Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem związanym z Waszym regionem - czekamy na Wasze sygnały/materiały. Piszcie na Kontakt24@tvn.pl.

MACIEJ KUCHARCZYK

Psychotropy, gazy, promieniowanie. Żołnierze USA pozywają

Tajne programy testów na żołnierzach

Maszerowali w serce eksplozji jądrowej, doświadczali nieprawdopodobnych halucynacji po psychotropach, byli traktowani gazami bojowymi - dziesiątki tysięcy żołnierzy w USA było królikami doświadczalnymi. Teraz część z nich stara się o zadośćuczynienia przed sądem.

Tajne programy testów na żołnierzach, o których wiadomo dzisiaj, zostały przerwane w połowie lat 70., kiedy wiadomości o nich zaczęły się przedostawać do opinii publicznej i pojawiły się pytania o ich etyczność.

W 1975 roku sprawa stała się tak głośna, że amerykańscy wojskowi musieli się tłumaczyć przed Kongresem. Przyznali, że eksperymenty prowadzono na dużą skalę, ale nie interesowano się później zdrowiem ludzkich "królików doświadczalnych". Nie było na to pieniędzy.

Żołnierze służyli za króliki doświadczalne podczas prób jądrowych
Wideo: National Archives Żołnierze służyli za króliki doświadczalne podczas prób jądrowych

Proces o odszkodowania i opiekę

Większość uczestników eksperymentów, które największe natężenie miały po II wojnie światowej, dzisiaj już nie żyje. Wielu z pozostałych połączyło jednak siły i walczy przed sądem o zadośćuczynienie od Pentagonu w ramach pozwu zbiorowego. Domagają się ujawnienia przez wojsko, co dokładnie na nich testowano i z jakim wiązało się to ryzykiem. Chcą też otrzymać opiekę medyczną i pomoc w radzeniu sobie z różnymi chorobami, które mogą być wynikami eksperymentów. Chcieliby też otrzymać jakieś rekompensaty.

Wojsko nie chce się łatwo poddać i toczy batalię przed sądami. Obecnie sprawa dotarła do poziomu sądu apelacyjnego, który w czerwcu przyznał rację weteranom. Prawnicy rządu odwołali się jednak od tego wyroku i wnieśli o ponowne rozpatrzenie sprawy. Reprezentujący wojsko Departament Sprawiedliwości odmawia komentarza.

Wojsko zapewnia, że nieetyczne testy to zamknięta karta i dzisiaj nic podobnego nie ma miejsca. Weterani mają jednak żal, że nikt nie sprawdzał stanu ich zdrowia po eksperymentach. Z różnymi niecodziennymi schorzeniami i chorobami najczęściej musieli sobie radzić sami. Podczas eksperymentów zapewniano ich tymczasem, że nic im nie grozi i zarazem straszono poważnymi konsekwencjami, gdyby ujawnili, co przeżyli.

Skala testów prowadzonych na żołnierzach w USA nie jest dokładnie znana. Udziału w nich nie notowano w dokumentach personalnych, a oficjalne rejestry są niekompletne lub zaginęły. Szacuje się jednak, że za "króliki doświadczalne" mogło posłużyć nawet około 70 tysięcy wojskowych. Podobne testy prowadzono też między innymi w Wielkiej Brytanii, jednak informacje na ten temat są jeszcze bardziej skąpe. Prawdopodobnie eksperymenty przeprowadzało większość innych państw po obu stronach żelaznej kurtyny, ale tylko w USA ujawniono tyle informacji na ich temat.

Źródło: Naval Research Lab Przebieg testów dokładnie dokumentowano, ale do dzisiaj wiele materiałów miało zaginąć

Żołnierze wysyłani do komór gazowych

Pierwsze były próby z bronią chemiczną. Amerykański program jej testów osiągnął apogeum w latach tuż po II wojnie światowej. Do różnych eksperymentów z gazami bojowymi, głównie z gazem musztardowym i różnymi nowymi substancjami zdobytymi w Niemczech (między innymi tabunem i sarinem) na przestrzeni lat zaangażowano dziesiątki tysięcy ludzi. Ofiary najczęściej nie miały pojęcia, w czym uczestniczą.

Miałem wrażenie, jakbym cały się palił. Chłopaki zaczęli krzyczeć i wyć. Starali się wydostać. Niektórzy zemdleli.

Rollins Edwards

Eksperymenty z gazami prowadzono głównie w bazie US Army w Edgewood i placówce badawczej US Navy w Waszyngtonie. W obu postawiono niewielkie komory gazowe, które mieściły kilkunastu ludzi. Żołnierze najczęściej orientowali się, co ich czeka, gdy zamykały się za nimi stalowe drzwi i z rury pod sufitem zaczynał sączyć się gaz.

- Miałem wrażenie, jakbym cały się palił. Chłopaki zaczęli krzyczeć i wyć. Starali się wydostać. Niektórzy zemdleli. Kiedy wreszcie otworzyli drzwi i nas wypuścili, wszyscy byliśmy w raczej kiepskim stanie – wspominał w rozmowie z radiem NPR 93-letni dziś Rollins Edwards.

Testy prowadzono też w bardziej realistycznych warunkach. 95-letni Lopez Negron wspomina, że był członkiem drużyny wysłanej do dżungli, którą poddano atakowi gazowemu z samolotów. Choć mieli sprzęt ochronny, to i tak wszyscy zostali ciężko poparzeni. – Spędziłem potem trzy tygodnie w szpitalu – wspomina. Podczas innych testów musiał czołgać się po polu spryskanym gazem musztardowym. – Schodziła nam cała skóra z dłoni. Wydawały się zgniłe – opowiadał radiu NPR.

Pomimo tego nigdy nie oponował i nie kwestionował rozkazów. W latach 40. i 50. było to nie do pomyślenia, zwłaszcza że Negron jest Afroamerykaninem. Nigdy nie otrzymał specjalnej opieki lekarskiej od wojska. Skóra na rękach swędzi go do dzisiaj i nienaturalnie się łuszczy.

Źródło: Library of Congress Samolot rozpyla gaz nad kolumną maszerujących żołnierzy na terenie poligonu przy arsenale Edgewood

"Zawsze usmażony"

W latach 50. do testów broni chemicznej dodano próby z bronią jądrową. Wojsko USA chciało wiedzieć, jaki wpływ wybuch bomby atomowej ma na psychikę żołnierzy. W ramach ćwiczeń Desert Rock prowadzono manewry podczas rozmaitych testów broni jądrowej. Setki żołnierzy okopywały się w pobliżu epicentrum i na własnej skórze mogły poczuć podmuch wywołany eksplozją.

James D. Tyler był jednym z szeregowych marines, którzy w 1957 roku znaleźli się około ośmiu kilometrów od miejsca wybuchu najpotężniejszej bomby termojądrowej przetestowanej kiedykolwiek na terytorium USA. Siedzieli skuleni w okopach głębokich na około 180 cm. Jak wspomina weteran, nagle wszystko stało się jasnością. Mimo że miał zamknięte oczy i głowę zakrył ramionami, to i tak widział ostrą biel. Po chwili dotarła do nich potężna fala uderzeniowa. – Byłem w pobliżu dział, a nawet tych wielkich na okrętach, ale to wszystko były kapiszony w porównaniu z tamtym wybuchem – wspominał po latach.

Po odczekaniu chwili na sygnał wychodzili z okopów i ruszali w kierunku rosnącego grzyba atomowego. Docierali nawet na około 800 metrów od epicentrum. Na skażonym terenie symulowano następnie atak i obronę. Przemieszczały się kolumny żołnierzy i pojazdów. Marines ironicznie pozdrawiali się okrzykiem "Semper Fry", czyli "Zawsze usmażony", co było nawiązaniem do tradycyjnego okrzyku "Semper Fi", czyli "Zawsze wierny".

Napromieniowanie żołnierzy skrupulatnie monitorowano i nie dopuszczano do przekraczania limitów uznawanych za bezpieczne. Szeregowy żołnierz nie mógł otrzymać więcej niż sześć rentgenów. Uznawano to za niską dawkę, bo dopiero od około 50 zaczynały się pojawiać objawy choroby popromiennej.

Źródło: National Archives Marines obserwują eksplozję bomby atomowej na pustyni w Nevadzie. Niedługo później ruszyli naprzód i dotarli na 900 metrów od krateru

Teoretycznie wszystko w normie

W latach 50. nie rozumiano jednak jeszcze zbyt dobrze długoterminowych skutków promieniowania. To że żołnierz nie zaczął wymiotować i tracić włosów podczas ćwiczeń, nie oznaczało jeszcze, że wszystko jest dobrze. Dzisiaj wiadomo już, że promieniowanie może prowadzić do na przykład podwyższonego ryzyka zachorowania na raka i prawdopodobnie nikt nie próbowałby dziś podobnych eksperymentów.

Nie można jednak stwierdzić, jak ćwiczenia Desert Rock wpłynęły na ich uczestników. Tak jak w przypadku testów broni biologicznej, nie było programu monitorowania zdrowia żołnierzy biorących udział w eksperymentach z bronią jądrową. Nakazano im milczenie pod groźbą poważnych kar. Według rządu USA tylko w przypadku 1,5 tysiąca weteranów przekroczono dopuszczalne roczne dawki promieniowania.

Atomowe próby z udziałem żołnierzy zakończono w latach 50., a w 1962 roku w ogóle zaprzestano eksperymentalnych eksplozji jądrowych w atmosferze.

Źródło: Library of Congress Próby sprzętu ochronnego w arsenale Edgewood. W tym wypadku żołnierzy potraktowano tylko gazem łzawiącym

Halucynacje w służbie ojczyzny

Najdłużej, bo do lat 70, eksperymentowano z różnymi nowymi odmianami gazów bojowych i substancji psychotropowych. Wojsko szukało sposobów na zwiększenie odporności psychicznej żołnierzy i obezwładnienie przeciwnika.

Piegi na mojej ręce zaczęły się ruszać. Wydawało mi się, że mam robaki pod skórą. Próbowałem je sobie wyciąć żyletką. Potem miałem halucynacje przez dwa dni. Ze ścian wychodziły zwierzęta.

Frank Rochelle

Jak ujął to w wywiadzie dla gazety "New Yorker" płk James Ketchum, starano się osiągnąć wywołanie "częściowej awarii ludzkiego organizmu". Wojskowy pracował w arsenale Engelwood do 1975 roku i do teraz broni zasadności testów. – Byliśmy w bardzo napiętej konfrontacji z ZSRR i mieliśmy na przykład informacje, czasem wiarygodne, czasem nie, że oni produkują duże ilości LSD do zastosowania bojowego – twierdził były wojskowy, który napisał całą książkę w obronie eksperymentów.

Od lat 60. w próbach w USA brali udział już ochotnicy, których kuszono bardzo atrakcyjnymi przepustkami czy zwolnieniami z warty i służby w kuchni. Żołnierze chętnie korzystali z oferty, ale większość szybko zmieniała zdanie po pierwszym teście. – Umieścili nas w jednoosobowych celach ze ścianami obitymi czymś miękkim. Chwilę po tym, jak wyszła pielęgniarka, ściany zaczęły łopotać niczym flagi na wietrze – wspomina Bill Blazinski, który zgłosił się na ochotnika w 1968 roku. Dopiero w 2006 roku dowiedział się, że wstrzyknięto mu silną substancję atakującą układ nerwowy i od razu antidotum na nią.

Wielu żołnierzy jednak nadal nie wie, co im podano. Wojsko ujawnia bowiem tylko oznaczenia kodowe substancji, podczas gdy ich dokładny skład jest tajny. Frank Rochelle wie tylko, że w 1968 roku dostał zastrzyk z CAR 302668. – Piegi na mojej ręce zaczęły się ruszać. Wydawało mi się, że mam robaki pod skórą. Próbowałem je sobie wyciąć żyletką. Potem miałem halucynacje przez dwa dni. Ze ścian wychodziły zwierzęta. Na przykład wielki biały królik z krwistoczerwonymi oczami – opisuje weteran.

Wojskowi naukowcy przyznali przed Kongresem w 1975 roku, że choć zapewniali żołnierzy, iż nic im nie grozi i będą pod opieką medyczną, to nie było pieniędzy na późniejsze monitorowanie stanu ich zdrowia. Wiele wykorzystywanych do prób substancji miało znane efekty uboczne.

Żołnierze po LSD na mustrze
Wideo: National Archives Żołnierze po LSD na mustrze

Brytyjska śmiertelna pomyłka

Podobne eksperymenty prowadzono na pewno w wielu innych państwach. Wiadomo, że Brytyjczycy testowali broń chemiczną na swoich żołnierzach już od 1916 roku. W ośrodku w Porton Down wypróbowywano różne gazy bojowe i środki ochrony przed nimi. Prowadzone już w latach 90. dochodzenia wykazały, że uczestnicy eksperymentów nie byli informowani o tym, co ich czeka i jakie jest ryzyko. Niektórzy byli na przykład przekonani, że biorą udział w badaniach nad szczepionkami.

W 1953 roku doszło do tragedii podczas eksperymentów z sarinem. 20-letni żołnierz Ronald Maddison zmarł w godzinę po wystawieniu na działanie trującej substancji. Wojskowi lekarze starali się ustalić, jaka dawka sarinu będzie śmiertelna i nakrapiali na skórę żołnierzy jego małe ilości, po czym mierzyli reakcję organizmu, starając się później wyliczyć, o ile większa dawka doprowadziłaby do śmierci. Maddison najprawdopodobniej miał pecha i okazał się być nadwrażliwy na trującą substancję, bo czterech innych żołnierzy bez problemów przetrwało eksperyment.

Brytyjczycy prowadzili też podobne do Amerykanów próby z substancjami halucynogennymi. Zachowały się między innymi nagrania z manewrów, przed którymi nieświadomym żołnierzom podawano LSD. Substancja okazała się być bardzo skuteczna, bo po nieco ponad godzinie kilkunastoosobowy oddział do niczego się nie nadawał. Jeden żołnierz wpadł w psychozę i trafił do szpitala, inny z entuzjazmem próbował ściąć drzewo saperką, kolejny wspinał się na nie, aby nakarmić ptaki, a wszyscy w niekontrolowany sposób śmiali się, bełkotali i nie byli w stanie wykonać żadnego zadania, choć fizycznie nic im nie było. Konkluzja z eksperymentu była taka, że LSD sprawdziło się świetnie, ale trzeba popracować nad tym, jak właściwie podać tę substancję wrogim żołnierzom.

Eksperymenty w Porton Down prowadzono aż do 1989 roku. Wykorzystano do nich 25 tysięcy ludzi. Zdecydowana większość informacji na ten temat jest jednak tajna. Wojsko zapewnia, że dzięki eksperymentom opracowano wyjątkowo skuteczne systemy obrony przed atakiem chemicznym.

Eksperyment z brytyjskimi żołnierzami i LSD
Wideo: Imperial War Museum Eksperyment z brytyjskimi żołnierzami i LSD

JACEK STAWISKI

Tylko dla oczu prezydenta. CIA ujawnia tajne raporty

Pierwszy specjalny skrót najważniejszych informacji wywiadowczych przygotowany dla prezydenta Stanów Zjednoczonych dostarczono do domu Johna F. Kennedy’ego w Wirginii dokładnie 17 czerwca 1961 r. Prezydent przeczytał raport w pobliżu basenu, w którym właśnie się relaksował.

Pierwszy raport zawierał informacje z Moskwy o obradach Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, gdzie dochodziło do tarć między zwolennikami Nikity Chruszczowa i jego rywalami oraz kolejno o zjeździe książąt laotańskich w Szwajcarii, gdzie rozmawiali o komunistycznej partyzantce w kraju; o dostarczaniu nowoczesnych myśliwców dla Kuby i nowoczesnych bombowców dla Indonezji czy przerwanym teście sowieckiej rakiety międzykontynentalnej.

CIA odtajnia dokumenty z czasów JFK
Wideo: Reuterss Archive CIA odtajnia dokumenty z czasów JFK

Najważniejsze informacje ze świata dla prezydenta

Choć CIA istniała od drugiej połowy lat 40. XX wieku, kiedy na dobre rozkręcała się zimna wojna i rywalizacja ze Związkiem Sowieckim Józefa Stalina, to codziennie raporty zaczęto przygotowywać dopiero od wspomnianego czerwca 1961 r. Ale od tamtej pory wywiady przekazują je prezydentom codziennie, zaś dobra tradycja stanowi, że każdy nowy prezydent Ameryki, już nazajutrz po wyborze na stanowisko gospodarza Białego Domu, zostaje dopuszczony do raportów.

To JFK był inicjatorem pomysłu, aby dostarczać mu codziennie, oprócz niedziel, najważniejsze informacje i analizy połączonych służb wywiadowczych. Kennedy czytał raporty natychmiast po rozpoczęciu pracy. Jego następca, Lyndon Johnson, często czytał je już w piżamie, kładąc się do snu. Richard Nixon dostawał raporty po swoim doradcy do spraw bezpieczeństwa Henrym Kissingerze, który wprowadził szereg zmian w formacie raportu, dzieląc rozdziały dokumentu na "Najważniejsze wyzwania dla USA" i "Reszta istotnych spraw". Za czasów prezydentury Johnsona raport uzupełniono o dodatkową, obszerną część poświęconą wojnie w Wietnamie i sytuacji w Indochinach.

Ujawniony raport z 10 sierpnia 1961 roku

Tak w skrócie wygląda historia powstania codziennych raportów dla prezydentów Stanów Zjednoczonych, które od 1961 r. lądują w rękach każdego gospodarza Białego Domu i które nierzadko stanowią podstawę podejmowania lub nie zasadniczych decyzji w sprawach bezpieczeństwa. Dziś wiemy, że sumując statystycznie raporty prezydenckie z lat 60. XX wieku, niemal każdy raport zawierał informacje o Związku Radzieckim. Na drugim miejscu był Wietnam, potem Chiny. Europa Wschodnia (w tym PRL) pojawia się w połowie analiz, zaś Kuba w jednej trzeciej.

 

Źródło: CIA Raporty wywiadu były dawką skondensowanych informacji ze świata

Część informacji nadal tajna

Dokumenty, choć w większości odtajnione, zawierają nadal szereg ingerencji cenzorów CIA, którzy nawet po upływie niemal 60 lat nie zgadzają się na ujawnienie części informacji i analiz. Na odtajnienie PDB z czasów Obamy przyjdzie pewnie poczekać kilkadziesiąt lat, a jedyne, co wiemy dziś na temat tych raportów, to informacje, że prezydent zażyczył sobie na początku 2014 r., aby PDB dostarczano mu w formie elektronicznej, na tablecie. Wiemy też, że te raporty zawierają nie tylko informacje tekstowe, ale także zdjęcia, filmy wideo i inne pliki multimedialne.

Źródło: National Archives Kennedy zarządził, aby raporty nie przychodziły w niedzielę

Personalizowane informacje ściśle tajne

Obecny szef CIA John Brennan, prezentując raport o publikacji PDB, opowiedział wiele interesujących historii i anegdot związanych z okolicznościami powstawania i przekazywania raportów gospodarzom Białego Domu. Intrygujące są już pierwsze tajemnice PDB. I tak JFK nie godził się na pokazywanie analiz swojemu wiceprezydentowi Lyndonowi Johnsonowi, któremu po prostu nie ufał. Dlatego następca Kennedy’ego dowiedział się o istnieniu PDB dopiero po zamachu na JFK w listopadzie 1963 r. Nie był zadowolony z treści dokumentów, a wywiadowi dużo czasu zajęło, by go zadowolić.

To było zresztą trudne zadanie dla analityków CIA i innych służb: dokładne wyczucie, jakimi sprawami szczególnie interesował się prezydent; które analizy były mu potrzebne do podejmowania decyzji, a które były zbędne z punktu widzenia przywódcy Ameryki. PDB nie mogły zawierać zwykle takich treści, które prezydentowi były znane wcześniej. Sens PDB był inny: dostarczenie takich informacji i ocen, które były istotne i nieoczywiste z punktu widzenia decydentów. Również istotne było to, że dzięki raportom wiedział on to, co szczególnie zdaniem CIA jest ważne dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Wydawać by się mogło, że PDB w kluczowych momentach historii Ameryki i świata, dla przykładu w momencie kryzysu kubańskiego z października 1962 roku, zawierać będą jedynie informacje na temat konkretnego, dominującego zdarzenia. Nic bardziej mylnego.

Kiedy Ameryka i jej sojusznicy z jednej strony oraz Moskwa i jej sojusznicy z drugiej strony, zastanawiali się nad tym, czy wybuchnie III wojna światowa z użyciem broni jądrowej, historia świata nie zatrzymała się w miejscu i na planecie miały miejsce istotne wydarzenia, o których prezydent JFK musiał wiedzieć, niezależnie od przebiegu kryzysu w relacjach z Chruszczowem. Wśród tych wydarzeń były m.in. zacięta wojna graniczna między Indiami i Chińską Republiką Ludową, rosnąca penetracja Laosu przez wojska komunistycznego Wietnamu Północnego, wojny domowe w Jemenie i Kongo, a w Europie Środkowej rozpoczęcie przez państwa Układu Warszawskiego niezapowiedzianych manewrów wojskowych i rozpoczęcie przez NRD wzmacniania muru dzielącego Berlin.

Źródło: US Army Wiele miejsca w raportach poświęcono sytuacji w Berlinie

Ekspresowe tempo pracy

Cykl tworzenia raportów wynosi od początku dokładnie 24 godziny. Raporty muszą być maksymalnie obiektywne i dokładne, mają zawierać informacje, które są istotne, niezależnie, czy są dobre, czy złe. Zdarzają się błędy i pomyłki. Brennan przyznał, że CIA w 1968 r. nie była w stanie przewidzieć wielkiej Ofensywy Tet prowadzonej przez Wietnam Północny i Wietkong.

Źródło: Departament of Defense CIA nie ostrzegło prezydenta o ciężkiej ofensywie Tet w Wietnamie Południowym
Co wiedzieli, a czego mogli nie wiedzieć prezydenci Stanów Zjednoczonych w momentach przełomowych? Weźmy na przykład budowę Muru Berlińskiego.

Przegapiony mur

5 sierpnia 1961 r., na osiem dni przed budową muru, wywiad nie alarmował o możliwości jego powstania, przekazywał zaś informacje o słabnącej pozycji szefa państwa wschodnioniemieckiego Waltera Ulbrichta. W tym samym czasie z NRD do Berlina Zachodniego, wciąż otwartego miasta, uciekało dziennie około tysiąca obywateli Niemiec Wschodnich, ale w raportach z 6 i 7 sierpnia jest tylko wzmianka o możliwości rozmów Wschód – Zachód o przyszłości Niemiec w ogóle. Dopiero 8 sierpnia PDB zawiera notatkę o wzmacnianiu kadrowym straży granicznej NRD i rosnącej fali uchodźców do Berlina Zachodniego. 9 sierpnia w raporcie można było przeczytać, że "żaden z krajów bloku chińsko-sowieckiego nie planuje rozpocząć działań zbrojnych w najbliższym czasie".

Dopiero 10 sierpnia PDB rozpoczyna się od informacji o tym, że komuniści w NRD przygotowują decyzję o niedopuszczaniu obywateli do granic zachodnich sektorów Berlina od strony południowej i południowo-wschodniej oraz o planach zamknięcia mostu do Poczdamu. 12 sierpnia PDB informuje prezydenta, że MSZ PRL wezwało ambasadora amerykańskiego, któremu przedstawiono żądania rozpoczęcia rozmów w sprawie statusu Berlina. W dniu rozpoczęcia budowy muru, dokładnie 13 sierpnia, była niedziela i prezydent JFK nie otrzymał żadnego raportu.

Źródło: CIA Uproszczona mapa pokazująca przejścia graniczne w podzielonym Berlinie

Następnego dnia PDB zaczynał się od obszernej analizy decyzji o zaryglowaniu granicy między wschodnią a zachodnią częścią miasta Berlina. Analitycy donosili, że decyzję na władzach NRD wymusił Układ Warszawski, a odcięcie obywateli Niemiec Wschodnich od Zachodu nie oznaczało zakwestionowania przez Moskwę i Berlin Wschodnich praw aliantów zachodnich w mieście.

Prezydent otrzymał też tego dnia inne informacje, m.in. o rozmowach francusko-tunezyjskich, o wojnie w Kongu, o napięciach w Korei czy o manewrach Floty Bałtyckiej ZSRR. 15 sierpnia dowiedział się, że Nikita Chruszczow udał się na wakacje.

Raport zawierający ostrzeżenie o wzroście presji na Czechosłowację. Dzień później wkroczyły wojska Układu Warszawskiego

Ocenzurowana inwazja

W przypadku inwazji na Czechosłowację, jaką przeprowadził Związek Sowiecki i jego sojusznicy w sierpniu 1968 r., Amerykanom poszło lepiej. Spodziewano się akcji sowieckiej, a 19 sierpnia, na dwa dni przed inwazją, PDB alarmował o naciskach wojskowych Moskwy na Pragę, o nasileniu propagandy sowieckiej skierowanej przeciwko Praskiej Wiośnie oraz o  prowokacjach sowieckich agentów w Czechosłowacji. Wywiady oceniały, że presja na Pragę wzrośnie.

W raporcie z 20 sierpnia informacje o Czechosłowacji są nadal ocenzurowane przez CIA, więc nie wiemy, co zawierały informacje dla prezydenta. Raport z 21 sierpnia sporządzono już po rozpoczęciu inwazji, dlatego PDB z tego dnia zawiera wieści z Czechosłowacji. Ale znowu, zgodnie z zasadą, że świat nie stoi w miejscu, obok szerokiej analizy sytuacji w Europie Wschodniej, PDB informowało o postępowaniu Moskwy wobec sowieckich dysydentów czy o sytuacji wewnętrznej we Francji wstrząsanej wielkimi protestami społecznymi od wielu miesięcy.

Źródło: CIA Informacje dla prezydenta o narastającej presji na Czechosłowację

ARLETA ZALEWSKA

"Jestem córką generała, nie dam się"

Mimo, że to w PO ma "więcej znajomych niż w PiS" a wiceszefami jej fundacji są politycy z Platformy, to zdecydowała wystartować do Senatu z list partii Jarosława Kaczyńskiego. Anna Maria Anders, córka gen. Andersa, w pierwszym wywiadzie dla TVN24 zdradza, skąd taka decyzja.

Urodziła się w Londynie, na co dzień mieszka w Bostonie, polski paszport ma dopiero od roku. Warszawę odwiedza, ale nie ma tu mieszkania - zatrzymuje się w apartamencie w jednym z eleganckich hoteli. Ale jeśli zdobędzie mandat, przeprowadzi się na stałe.

Start w wyborach zaproponował jej Ryszard Czarnecki, europoseł Prawa i Sprawiedliwości. Rozmowy trwały kilka miesięcy. Jak mówi Anders, ostatecznie przekonał ją program PiS i orędzie, które nowo zaprzysiężony prezydent wygłosił w Sejmie.

Anna Maria Anders wchodzi do polskiej polityki
Wideo: tvn24 Anna Maria Anders wchodzi do polskiej polityki

- Właściwie przekonał mnie prezydent Duda. Byłam zaproszona na inaugurację. Słyszałam jego wystąpienie i (...) mogłam się podpisać pod jego programem na sto procent. No, może poza tym jednym komentarzem, który był taki kontrowersyjny - o głodnych dzieciach. Ja nie wiem, czy są głodne dzieci, to jest coś, czego ja muszę się dowiedzieć, zbadać - mówi TVN24 Anna Maria Anders.

Sama siebie określa jako "nowoczesną konserwatystkę". W Londynie głosowała na partię Davida Camerona, a w Bostonie na Republikanów. Gdy pytamy ją o gorący dziś temat przyjmowania uchodźców do Polski, odpowiada: "przyjmować, ale przede wszystkim chrześcijan".

Anna Maria Anders o polskiej polityce
Anna Maria Anders o polskiej polityce

Źródło: "Anna Maria Anders. Córka generała i piosenkarki" Zdjęcie z książki "Anna Maria Anders. Córka generała i piosenkarki"

"Jestem córką generała, nie dam się"

Anna Maria Anders zawsze była apolityczna, ale polityką interesuje się od lat. Ma to, jak mówi, po ojcu, z którym była bardzo związana.

 

Deklaruje, że jako senator chce pomagać Polonii i promować Polskę za granicą i opowiadać o "prawdziwej polskiej historii". - Jestem osobą międzynarodową. Mówię sześcioma językami i wydaje mi się, że mogłabym Polsce pomóc. Chce jeździć do innych krajów i mówić, jaka Polska jest - mówi kandydatka PiS.

Źródło: "Anna Maria Anders. Córka generała i piosenkarki" Zdjęcie z książki "Anna Maria Anders. Córka generała i piosenkarki"

Anders nie wstępuje do partii, a jedynie startuje z jej list. Zarzeka się, że nie zrobi ani nie powie nic, co będzie wbrew jej osobistym poglądom. Zdaje sobie sprawę, że polityka potrafi być brutalna. - Jestem córką generała, wdową po pułkowniku i matką porucznika (...) i ja się nie dam - oświadcza.

 

Źródło: "Anna Maria Anders. Córka generała i piosenkarki" Anna Maria Anders z rodzicami
Córka generała Andersa o uchodźcach. "To pierwszy obowiązek Polski"
Wideo: tvn24 Córka generała Andersa o uchodźcach. "To pierwszy obowiązek Polski"

Żałowali, ale było za późno

Decyzja o starcie najpierw zdziwiła, a potem zdenerwowała polityków PO w Warszawie. Uznali, że PiS podebrał im "ciekawą kandydatkę". Co więcej, związaną ze środowiskiem Platformy. W zarządzie jej Fundacji im. gen Andersa zasiada bowiem Lidia Krajewska, posłanka PO, a w radzie fundacji, były europoseł PO, Paweł Zalewski. Fundacja pomaga młodym Polakom, którzy mieszkają w krajach byłego Związku Sowieckiego.

W Platformie zawrzało, choć oferta dla Anders nigdy z jej strony nie padła. W Warszawie żelazną kandydatką partii jest wieloletnia senator Barbara Borys-Damięcka i większość lokalnych polityków PO nie chciała z niej rezygnować. Panie zmierzą się w okręgu nr 44, w którym głosują mieszkańcy  Białołęki, Bielan, Śródmieścia i Żoliborza. I co ważne, w tym okręgu liczą się również głosy Polonii, na które szczególnie liczy Anders. Jako córka legendarnego dowódcy, jest wśród Polaków mieszkających zagranicą niezwykle popularna.

Magdalena "Stella" Bohdanowicz

64 kg mniej? Im się udało, przeszli metamorfozę totalną

Jak schudnąć bez efektu jo-jo

Ciężka praca i mnóstwo wyrzeczeń - oto co tak naprawdę stoi za niesamowitymi metamorfozami, które widzieliście w TVN Meteo Active. Droga do celu jest długa, trudna, wybrukowana dietą i treningiem, ale efekt, jaki otrzymujemy na końcu - powalający. Jak twierdzą dietetycy, aż 80 procent sukcesu to prawidłowe jedzenie, reszta - ćwiczenia.

Aby schudnąć zdrowo i na dłużej, koniecznie musimy zmienić swój styl życia na aktywny. Nie na tydzień czy miesiąc, ale na stałe. Żywym dowodem na to, że warto to zrobić, są bohaterzy metamorfoz TVN Meteo Active, tacy jak Bartosz Sanocki, który schudł 64 kilogramy czy Dominika Gwit, która zrzuciła aż 50 kg.

Metamorfoza Bartosza Sanockiego
Metamorfoza Bartosza Sanockiego

Metamorfoza Dominiki Gwit
Metamorfoza Dominiki Gwit

Bohaterów metamorfoz łączy nie tylko wytrwałość i cierpliwość w dążeniu do celu. Wszyscy w życie wprowadzili odpowiedni plan treningowy i zbilansowaną dietę, która opiera się na 4-5 posiłkach co kilka godzin. Wcale się nie głodzą, po prostu zaczęli mądrze jeść.

Głodówka, czyli efekt jo-jo gwarantowany

Aneta Łańcuchowska, dietetyk prowadząca program "Pożegnanie z wagą" przyznaje, że bardzo często osoby, które chcą szybko i mocno schudnąć decydują się na głodówki lub ograniczają do picia soków.

- Taka "dieta" rzeczywiście przynosi zadowalające efekty, bo chudnie się od 2 do nawet 4 kg tygodniowo - przyznała. - Należy jednak pamiętać, że waga nie spada z powodu utraty tkanki tłuszczowej, ale dlatego, że spalają się mięśnie i traci się wodę - podkreśliła.

- Niestety później te kilogramy równie szybko wracają, w dodatku z nawiązką - dodała, wyjaśniając, że "wygłodzony organizm, który spowolnił swój metabolizm, bardzo szybko nadrabia".

Szymon Burzyński schudł 45 kg i chce zrzucić więcej

 

Monodieta = niedobory

Łańcuchowska zdecydowanie także odradza tzw. monodiety, takie jak np. dieta kapuściana. - Stosując je, dostarczamy sobie tylko tych witamin i składników mineralnych, jakie są w tym jednym produkcie. Po dwóch, trzech tygodniach mamy poważne niedobory - ostrzegła.

- Właściwa dieta odchudzająca to dieta, w której jest wszystko: produkty skrobiowe, mleczne, warzywa, owoce, mięso - wyliczała dietetyk. - Rzecz w tym, aby dostarczać ich mniej niż nasz organizm potrzebuje - podkreśliła.

Przy opracowanej właściwie diecie, w których nie zabraknie składników budulcowych, włączenie treningu stanowi dla organizmu dodatkowy bodziec do spalania. Zwłaszcza jeśli trenujemy z głową. I wcale nie chodzi w ćwiczeniach o to, by zamęczyć się na śmierć.

Magda Sobieska schudła 21 kg

 

Trenuj skutecznie

- By skutecznie walczyć z nadprogramowymi kilogramami, nie należy skupiać się tylko na treningu aerobowym - podkreśliła Joanna Palka, trenerka. - Warto go łączyć z treningiem siłowym, przeplatać je ze sobą, angażując jak największe partie mięśni - radziła. - Więcej mięśni oznacza więcej spalonych kalorii - wyjaśniła.

Jednak zanim ruszymy do pierwszej z brzegu maszyny na siłowni, warto wykonać analizę składu ciała i zgłosić się z nią do trenera.

- Trening powinien być dopasowany do składu ciała i jego budowy. W przypadku dużej nadwagi niewskazane będą np. przysiady, bo stawy kolanowe mogą nie wytrzymać obciążenia - zaznaczyła Palka. W treningu bowiem najważniejsze jest nie to, jak długo ćwiczymy czy ile potu z siebie wylejemy na podłogę siłowni.

- Kluczem do sukcesu jest technika wykonywania poszczególnych ćwiczeń - zaznaczyła trenerka.

Tomasza Grylewicz zrzucił 63 kg

 

Nie przyzwyczajaj ciała

- By trening przynosił efekty, warto rozpisać go sobie na cykle treningowe. Na przykład przez 3 tygodnie należy sukcesywnie zwiększać obciążenie, z jakim ćwiczymy, by w 4 tygodniu treningu odrobinę go zmniejszyć. Dzięki temu unikniemy przyzwyczajenia organizmu - wyjaśniała.

- Nie wolno zapominać o trenowaniu mięśni posturalnych, czyli tych, które są odpowiedzialne za sylwetkę; mięśni przy kręgosłupie, głębokich mięśni brzucha czy pośladków - dodała. - Nie ma sensu ćwiczyć tylko jednej partii mięśni, np. tylko bicepsa czy mięśni brzucha - tłumaczyła portalowi TVN Meteo Active trenerka. - Warto wykonywać takie ćwiczenia, w których angażowane są różne partie ciała - zauważyła. Przykładami takich ćwiczeń są m.in. martwy ciąg, przysiady ze sztangą czy klasyczne wyciskanie.

Tak schudł Łukasz Końcub.jpg

 

Kończ intensywnie

- Każdy trening warto kończyć tabatą, czyli krótkim, kilkuminutowym treningiem wymagającym od nas maksimum wysiłku w bardzo krótkim czasie - podpowiadała trenerka. Ćwiczeniami występującymi w treningu tabaty są np. szybko wykonywane pompki, bieg bokserski w miejscu czy skoki na skakance.

Tabata - ćwiczenia na odchudzanie
Tabata - ćwiczenia na odchudzanie

Dla każdego coś innego

Jeśli zależy nam na redukcji wagi poprzez utratę tkanki tłuszczowej, musimy połączyć trening opracowany przez doświadczonego trenera z dietą niskoenergetyczną. Inaczej niewiele osiągniemy. To dlatego, że dieta stanowi aż 70-80 proc. sukcesu w walce z nadprogramowymi kilogramami.

Opracowanie jadłospisu najlepiej jednak pozostawić fachowcom, czyli dietetykom.

- Dla dorosłego, dużego mężczyzny niskoenergetyczną będzie dieta dostarczająca 1800 kcal, podczas gdy dla drobnej kobiety pracującej w biurze będzie to 1200 kcal - poinformowała Aneta Łańcuchowska.

Istotne jest także, aby odchudzając się i ćwicząc, dostarczać swojemu organizmowi odpowiednich ilości niezbędnych składników. - Inaczej będziemy spalali mięśnie zamiast tłuszczu - przestrzegła jeszcze raz.

Metamorfoza Mateusza Rogalskiego. Dzięki diecie i ćwiczeniom zrzucił 32 kg

 

Chudnięcie - nauka zdrowych nawyków

- Jeżeli chcemy schudnąć, musimy nabrać dobrych nawyków żywieniowych. Musimy wiedzieć, co powinniśmy jeść i w jakiej ilości - wyjaśniła.

Gwałtownie nie należy także kończyć odchudzania, gdy już pozbędziemy się zbędnych kilogramów.

- Jeżeli na diecie odchudzającej zmniejszyliśmy ilość np. tłuszczu, to powoli musimy ją zwiększać, dodając do posiłku na tydzień np. łyżeczkę oliwy więcej - wyjaśniała. To samo dotyczy węglowodanów czy białka.

Co zrobić, by schudnąć?

1. Określ cel - najlepiej po konsultacji z dietetykiem. To on najlepiej będzie wiedział, ile kilogramów powinieneś zrzucić i jaka powinna być Twoja prawidłowa waga.

2. Opracuj plan - razem z dietetykiem i trenerem opracuj plan działania. Jak jeść? Co jeść? - to doradzi Ci ten pierwszy, drugi powie, jakie ćwiczenia są Ci najbardziej potrzebne i które najlepiej wpłyną na zrzucenie kilogramów.

3. Krok po kroku realizuj plan - bez oglądania się za siebie i bez zniechęcania się, "że to dopiero dwa kilogramy". Jeżeli będziesz ciężko pracować i robić to, co radzą specjaliści, odniesiesz sukces. Nie patrz na to, jak daleko jest do celu. Patrz na to, jak długą drogę masz już za sobą.

4. Jedz tak, by mieć z tego przyjemność - nie myśl o jedzeniu jako o wyrzeczeniach. Tak, musiałeś rzucić chipsy i colę, ale czy to znaczy, że wszystko inne jest złe? Spróbuj poszukać nowych smaków, które skomponowane są ze zdrowszych produktów. Gotuj tak, by na każdy posiłek czekać z niecierpliwością.

5. Nie dawaj się pokusom - większość dietetyków powie Ci, że raz na jakiś czas możesz sobie pozwolić na małe jedzeniowe szaleństwo. Nie bój się i rób to! Ale wszystko z umiarem. Jeżeli na dłużej porzucisz swoje nowe przyzwyczajenia, ciężko będzie Ci do nich wrócić.

6. Nie wstydź się tego, że ćwiczysz - jeżeli Twoja waga nie jest idealna, możesz mieć opory, by wyjść na ulicę, by biegać, czy jeździć na rowerze. Nie wstydź się! Większość ludzi, których napotkasz na swojej drodze, nie zrobiła tego kroku, co Ty. Oni nie wyszli dziś pobiegać, a do pracy wygodnie przyjechali samochodem. Oni nie będą mieć efektów, Ty tak.

7. Oprócz diety i ćwiczeń zrób coś jeszcze - jeżeli pracujesz na swój nowy wizerunek, nie trzymaj się kurczowo starych przyzwyczajeń także w innych dziedzinach niż tylko dieta i ruch. Zmień kolor ubrań, które do tej pory nosiłeś, uszesz się inaczej, pokaż innym, że jesteś innym człowiekiem. Nawet jeżeli zrzucanie kilogramów będzie szło wolno, inni zobaczą, że coś się zmieniło.

8. Uśmiechaj się - nic tak nie zmienia człowieka niż uśmiech. Robisz zakupy? Zapłać za nie z uśmiechem. Ktoś zapytał Cię o godzinę? Dlaczego nie odpowiedzieć z uśmiechem? Coś Cię zdenerwowało? Spróbuj oddalić złe myśli jak najdalej i pomyśl o czymś miłym. Zrób tak, żeby na twarzy pojawił się uśmiech. To trudne, ale gdy wypracujesz u siebie takie przyzwyczajenie do uśmiechania, życie będzie prostsze.