Policjanci z Miami
Strasznie przereklamowane to Miami Beach. Człowiek się naoglądał Miami Vice i mu się wydawało, że to piękna promenada nadmorska pełna knajp, rozentuzjazmowanych tłumów, no i oczywiście pań w bikini i na wrotkach. Niestety, pań na wrotkach prawie nie ma. Nie ma też setek knajp i atmosfery niekończącej się imprezy. Jest za to długa na kilka kilometrów ulica obstawiona coraz wyższymi hotelami, a za nimi rozciąga się mocno zaśmiecona plaża.
Do Miami przyjechaliśmy późnym popołudniem, więc pod wieczór udaliśmy się na poszukiwanie miejsca na kolację. Wtedy jeszcze oczywiście nie wiedzieliśmy, że w przeciwieństwie do większości nadmorskich miast, możliwości lokalnej gastronomii wyczerpuje Burger King, a po coś więcej trzeba iść pół godziny albo podjechać taksówką w południowe rejony miasta.
Serce Miami Beach bije bowiem na południowym krańcu długiej mierzei, gdzie mamy słynną ulicę Ocean Drive - to taka, którą często chyba jeździł Don Johnson. Tam podjeżdżają wypasione fury, domorośli raperzy sprzedają swoje produkcje z bagażników aut a dziewczyny sączą drinki w megadrogich knajpach. Kłopot w tym, że sama Ocean Drive ma może 600 metrów - i tyle. Koniec atrakcji Miami Beach. Jest jeszcze druga ulica, Lincoln, nieco mniej szpanerska i nieco bardziej turystyczna, co łatwo poznać przy płaceniu rachunku w resturacji, gdy do cen dobijane jest prawie 30% w opłatach, podatkach i obowiązkowych napiwkach.
Wszystko inaczej, niż myślałem. Nawet ci policjanci z Miami inni niż się wydawało. Bo o jednym jeszcze nie powiedziałem. Jest w Miami dzielnica zwana "Małą Hawaną", ale to określenie należałoby zmienić na "Wielka Hawana" i obdarzyć nim całe miasto, w którym na ulicy słychać prawie wyłącznie język hiszpański. Tak więc nie żaden Miami Vice, tylko Agente de Policia, senor Johnson.
Hasta la Vista, Miami Vice.
I do zobaczenia wkrótce w Polsce, na Miami nasza podróż po Stanach się kończy.
Komentarze (0)
Pozostałe informacje
Koniec
No dobrze. Czas spojrzeć prawdzie w oczy. To koniec. Po ponad trzech latach ostatecznie straciłem parę do blogowania, nie ma co po... czytaj dalej »
Wyindywidualizowałem się
Wyindywidualizowałem się z rozentuzjazmowanego tłumu, a wszystko przez telefon – właściwie to jego brak. Już drugi raz tak m... czytaj dalej »
Letni salon stolicy
Podobno Warszawa to nudne miasto, władze co i rusz wymyślają więc kolejne atrakcje. A to rok Szopenowski, a to Europejską Stolicę ... czytaj dalej »
Jestem z Marsa, jestem z Marsa!
Za dużo telewizji. Zdecydowanie. Praca w stacji informacyjnej ma to do siebie, że w ciągu dnia, jak telewizji nie robimy, to ją og... czytaj dalej »
Sex in the city
Upał. Pot. Zaduch. Tłok. Dramat… No nie, lato w mieście ma też swoje plusy. Wysokie temperatury skłaniają do odsłaniania, przez co... czytaj dalej »
Relacja, której nie będzie
Na początek szczere wyznanie: kocham kolej. PKP. Naprawdę. Odkąd pierwszy raz pojechałem z mamą pociągiem, ekspresem Tatry do Zako... czytaj dalej »
Chleba i igrzysk
Trzeba utrzymać KRUS, choć wcześniej mówiono, że trzeba go zlikwidować. Trzeba przywrócić 50% ulgi komunikacyjnej dla studentów. N... czytaj dalej »
To znowu ja
Po półrocznej przerwie wracam w nowej roli. Jako literat. Ej, panie Mazur, skromniej! Pisarz? Hola, hola. Może jednak kronikarz? G... czytaj dalej »
Koniec świata
Na początek mały apel: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, co się dzieje z lokalem „U Boryny” przy Brackiej w Warszawie, niech zgł... czytaj dalej »
Alternatywa z Alternatyw
Pamiętają Państwo słynny odcinek „20. stopień zasilania” serialu „Alternatywy 4”? Inżynier tłumaczy tam dyrektorowi elektrociepłow... czytaj dalej »