 Ryszard Cebula  Pracę w mediach rozpoczął tuż po studiach w 1990 roku w Radiu RMF FM. Do TVN trafił w 2002 roku, gdzie przez 8 lat prowadził program UWAGA przygotowując jednocześnie reportaże interwencyjne. Obecnie prowadzi i przygotowuje magazyn "Prosto z Polski".
Redakcja informuje, że nie odsyła materiałów nadesłanych przez widzów Telewidzowie mogą się skontaktować z redakcją:   | | Skrzywdzili ją lekarze. Dwa razyCzwartek, 19 listopada
Pani Sonia z Katowic spadła z krzesła i złamała rękę. Niestety, kość nie chciała się zrosnąć i trzeba było wstawić specjalny drut, który miał w tym pomóc. Ale po jakimś czasie przebił skórę i wypadł. Podczas naprawiania tego błędu lekarze pomylili się po raz drugi i wszyli kobiecie w ranę gazik. Do tej pory kobieta nie otrzymała ani odszkodowania, ani przeprosin. Teraz walczy o rekompensatę przed sądem. Problemy Soni Muller ciągną się od sześciu lat. Przez ten czas przeszła złamanie ręki, zakażenie organizmu, no i kilka skomplikowanych operacji. A zaczęło się od wieszania firanek. Pani Sonia - prawie sześć lat temu - wywróciła się podczas tej prostej czynności i uderzyła ręką o stół. Trafiła do szpitala w Sosnowcu, gdzie okazało się, że kończyna jest złamana.
Drut wyszedł jej z ręki
Starsza kobieta regularnie odwiedzała sosnowiecki szpital, tak jak nakazali lekarze. - Co dwa miesiące miałam kontrolę, no ale ręka się nie zrosła - mówi krótko kobieta. Kobieta bardzo cierpiała, ręka dalej nie chciała się zrosnąć, więc lekarze zadecydowali - wstawiamy szyny. Specjalna konstrukcja miała pomóc w złączeniu się tkanki. Tylko że ktoś coś źle przymocował i po jakimś czasie z ręki wyszedł drut. - Wyszło, tak jak z wiecznego pióra - opisuje kobieta. Więcej szczegółów podaje Leszek Krupanek, prawnik pani Soni. - Element ustalający kość wyszedł poprzez skórę. On opuścił organizm pacjentki, co jest niedopuszczalne. Takie przeprowadzenie operacji świadczy o rażącym niedbalstwie - mówi adwokat.
Szpital św. Barbary w Sosnowcu, gdzie wstawiano szyny, uważa, że to nie jego wina. - Niestety medycyna to nie jest rzemiosło i czasami plany leczenia, które zakładamy ulegają zmianie. Współczuje Pani Soni, że tak się stało - mówi Beata Madowicz-Raban z sosnowieckiej kliniki.
Wszyli gazik...
Naprawiając swój poprzedni błąd, medycy popełnili kolejny. Kobieta przez prawie rok po zabiegu czuła się źle. W końcu poszła do lekarza, a ten... znalazł pod blizną po ostatniej operacji zaszyty w ranie gazik. - Wpierw mi ropę wypuścił, a później dopiero wziął pincetą czy nożyczkami, ja nie widziałam, bo już gotowa byłam, wyjął mi i wrzucił do tej ropy - mówi o nietypowym "znalezisku" w jej ciele Sonia Muller. Dodaje, że nakazała lekarzowi wydać sobie gazik. Teraz trzyma go jako dowód w swoim domu. A dodać trzeba, że kawałek opatrunku poważnie zaszkodził kobiecie. - Zrobiło mi się przez to zakażenie całego organizmu i tak mi nawalił pęcherz i nerki - mówi.
Dyrekcja szpitala św. Barbary poddaje w wątpliwość, czy gazik rzeczywiście trafił do ciała pacjentki w ich klinice. - My do tego wrócimy jako do pełnej skargi - zapewnia jednak Beata Madowicz-Raban.
Niedowład pozostał
- Gdyby drugi z tych zabiegów został wykonany w sposób prawidłowy, kolejne nie byłyby konieczne - mówi Leszek Krupanek. I prawdopodobnie ma rację. Gdyby drut nie wypadł, nikt nie wszyłby pani Soni gazika. Ale jednak tak się stało i teraz kobieta zadośćuczynienia swoich krzyw szuka przed sądem, gdzie walczy o odszkodowanie.
jr//kwjSkrzywdzili ją lekarze. Dwa razyhttp://www.tvn24.pl/8478,1,prosto_z_polski.html Niedziela, 15 stycznia Przez dwa tygodnie szary hyundai stał na pasie awaryjnym trasy ekspresowej S8 biegnącej przez Warszawę. Był nieoznakowany i nieoświetlony ale ani według policji, ani straży miejskiej samochód nie stanowił zagrożenia dla ruchu. Niedawno auto zniknęło. Jednak jak dowiedział się reporter TVN24, to nie żadna z wymienionych służb go odholowała. Według operatora drogi auto nigdy nie powinno się tam znaleźć. czytaj dalej »Niedziela, 15 stycznia Kosztował prawie 200 tys. zł, ma napęd na cztery koła i bagażnik, który pomieści zaledwie dwa węże gaśnicze. To częściowy opis nowego "wozu strażackiego", a dokładniej "specjalnego pojazdu rozpoznawczego" zakupionego przez podoficerską szkołę Państwowej Straży Pożarnej w Bydgoszczy dla jej komendanta Marka Misia. Sam komendant nie widzi nic złego w zakupie pojazdu, bo - jak twierdzi - ma on służbowe przeznaczenie. czytaj dalej » Niedziela, 18 grudnia W marcu w Warszawie powstał pierwszy specjalny ośrodek terapeutyczny dla dzieci niepełnosprawnych. Dla wielu rodziców był on szansą na normalne życie, a dla ich pociech na dobry rozwój. Jednak po zaledwie 10 miesiącach władze placówkę likwidują. Dlaczego? - Bo zmieniła się ustawa - tłumaczą urzędnicy. A rodzice nie potrafią tego zrozumieć i są załamani. "Dali nam nadzieję, a teraz ją odbierają", "Czuję się jakby podcięli mi skrzydła" - żalą się. czytaj dalej » Niedziela, 18 grudnia Na warszawskiej Pradze doszło do serii niepokojących pożarów. Paliło się 20 kamienic i dziwnym trafem tylko tam, gdzie doszło do reprywatyzacji domów. Wygląda to tak jakby ktoś chciał się pozbyć lokatorów zajmujących prywatne - obecnie - kamienice. Hipotezy takiej nie wyklucza nawet policja. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że zima za pasem a wielu ludzi - ofiar pożarów - nie ma prądu, gazu ani centralnego ogrzewania. czytaj dalej »Piątek, 16 grudnia Awans jako forma kary dla niesfornego pracownika? Burmistrz Lęborka mianował komendantem straży miejskiej funkcjonariusza, za którym ciągnie się sprawa tajemniczej alkoholowej libacji. czytaj dalej » Piątek, 8 grudnia O tym, że choruje na ostrą białaczkę szpikową dowiedziała się 6 tygodni po urodzeniu drugiego synka. Najpiękniejszy czas w życiu kobiety, w jej przypadku stał się koszmarem. Radość z narodzin przesłoniła choroba nowotworowa. Chłopcy zostali pod opieką taty, pani Wiesława walczy o życie w Klinice Hematologii i Transplantologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Jest już po dwóch chemioterapiach i wciąż szuka dawcy szpiku kostnego. czytaj dalej » Piątek, 6 grudnia Miała być najnowocześniejsza na wschód od Wisły sortownia śmieci, a jest śmietnisko i zakopywanie odpadów w ziemi. W Studziankach na Podlasiu wciąż trwa budowa zakładu, choć udowodniono, że już złamano tam prawo. Śmieci - zamiast utylizować - wrzucano do dołów bez żadnych osłon chroniących przed skażeniem. A wszystko to w sąsiedztwie Puszczy Knyszyńskiej i obszarów chronionych programem Natura 2000. czytaj dalej » Piątek, 2 grudnia Syn burmistrza Zakopanego kupił na niezwykle atrakcyjnym terenie stary drewniany domek. W tajemniczych okolicznościach budynek spłonął, a właściciel postanowił odbudować go w "nieco" zmienionej formie. Betonowy kolos nie przypomina zakopiańskiej architektury, jest więc niezgodny z prawem. Ale rośnie w oczach, a nadzór budowlany rozkłada ręce. czytaj dalej » Piątek, 2 grudnia - Proszę wziąć numer konta i dać tytuł: "Zadośćuczynienie za świństwa wyrządzone Wyższej Szkole Menedżerskiej w Legnicy, która jest sprawiedliwą uczelnią (...) I wpłacam niniejszym 600 tys. złotych - uniżony sługa (…) Maciej Wowk" - usłyszał od prorektora uczelni pan Maciej, który wraz z innymi studentami nie może doprosić się o swój dyplom licencjacki. Podejrzewają oni, że uczelnia blokuje ich wydanie, ponieważ kontynuują studia w innej szkole. Władze Szkoły odpierają zarzuty i twierdzą, że winni są sami studenci, którzy nie spełnili "podstawowych obowiązków". Jakich? Nie chcą ujawnić. czytaj dalej » | |  (3)  (2)  (6)  (10)  (36)  (3)  (2)  (1) |